PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Biznes to wojna! – jak chłopak z łódzkiego getta zawojował świat „komputerem dla mas”

44 lata temu chłopak z łódzkiego getta rzucił wyzwanie całej branży komputerowej. Tak zaczęła się historia Jacka Trzmiela, twórcy Commodore 64 – najpopularniejszego komputera osobistego wszech czasów.

Udostępnij

Biznes to wojna! – jak chłopak z łódzkiego getta zawojował świat „komputerem dla mas”

Komputer Commodore C64 na wystawie Centrum Nauki i Techniki EC1 w Łodzi. Autor zdjęcia: José Repetto, grafika Klaudia Adamek

1
17.01.2026

Ostrożnie z tym śrubokrętem… Czasem jeden fałszywy ruch potrafił sprawić, że cały czas oczekiwania na załadowanie się gry poszedłby na marne. Ustawianie głowicy w magnetofonie komputera Commodore 64 to zadanie wymagające precyzji i stalowych nerwów. Prawie jak rozbrajanie bomby przez sapera.

Był koniec lat 80. Większość małolatów zwisało wówczas z trzepaków, łaziło po drzewach lub strzelało do figurek G.I. Joe tanimi petardami z wszechobecnych bazarów. Niektórzy tylko mieli to szczęście i dostali od wujka z Niemiec Zachodnich ośmiobitowy komputer udekorowany charakterystycznym logo z literką „C”. Wśród tych beztroskich szczeniaków byłem i ja. Skąd mogłem wiedzieć, że futurystyczny sprzęt stojący na moim biurku nigdy nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie mój rówieśnik, który to prawie pół wieku wcześniej wałęsał się po ulicach mojego osiedla? Jacek, bo tak się ten chłopak nazywał, również słyszał wystrzały. Ale nie tanich petard, tylko kul na Placu Bazarowym – miejscu egzekucji Żydów w łódzkim getcie. Ten sam dzieciak wychował później całe pokolenie komputerowych graczy i na zawsze zdefiniował raczkującą dopiero wirtualną rozrywkę.

Łódź w ogromnym stopniu ukształtował napływ ludności żydowskiej – to właśnie oni zdominowali tutejszy handel oraz cały wielki sektor włókienniczy, z którego to miasto słynie do dziś. Tuż przed wybuchem II wojny światowej ponad 30% Łodzian stanowili Żydzi. 8 lutego 1940 roku niemiecki okupant założył tu getto, przymusowo przesiedlając większość z nich do liczącego około 400 hektarów, pilnie strzeżonego, ogrodzonego murem i drutami kolczastymi obszaru obejmującego Bałuty, Stare Miasto i fragmenty Marysina. Łącznie przez Litzmannstadt Getto przewinęło się grubo ponad 200 tysięcy osób. I to tam trafił również Józef Trzmiel z rodziną. Mężczyzna ten przed wojną prowadził zakład szewski wyspecjalizowany w wyrobie cholewek. Razem z żoną i 11-letnim synem Idkiem Trzmielowie musieli przystosować się do życia w zupełnie nowych warunkach. To brutalne zakończenie dziecięcej beztroski mocno wpłynęło na charakter dziecka, które jeszcze do niedawna ganiało z patykiem po osiedlu i urządzało „pstrykane” wyścigi kapsli po rozrysowanych na ziemi torach rajdowych… W getcie głowa rodziny została wyznaczona do przymusowych prac dla okupanta. Podobny zresztą los spotkał i samego Idka, którego skierowano do fabryki odzieży.
 

Z getta na wolność

Łódzkie getto jako ostatnie w Polsce zaczęto likwidować wczesnym latem 1944 roku, a jego mieszkańców zaczęto wysyłać do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof). Transporty te były jednak tak duże, że proces likwidacji getta musiał zostać wstrzymany na prawie dwa tygodnie. Kolejne pociągi wyjeżdżające ze stacji Radegast kierowały się już do obozu Auschwitz – znacznie sprawniejszej maszyny do mielenia ludzkich istnień. W jednym z bydlęcych wagonów znaleźli się też Trzmielowie. Tuż po przyjeździe na miejsce lekarz SS, którym mógł być niesławny „anioł śmierci” – Josef Mengele, wyznaczył Józefa i jego liczącego sobie 15 wiosen syna do pracy fizycznej w Ahlem pod Hanowerem. Jest spora szansa, że chłopak zawyżył nieco swój wiek. To prawdopodobnie uratowało mu życie – dzieci ocenione na młodsze niż 14–15 lat zazwyczaj trafiały do komór gazowych.

Nie wiadomo, co stało się z ojcem Idka. Według różnych źródeł – albo zmarł na tyfus, albo został zabity zastrzykiem z benzyny. Była to częsta metoda uśmiercania więźniów niezdolnych do dalszej pracy. Wojny niestety nie przeżyła też matka młodego Trzmiela, więc w momencie wyzwolenia hanowerskiego obozu chłopiec był sierotą. Dostawszy status displaced person – czyli osoby wysiedlonej wskutek wojny, Idek do 1947 roku przebywał w obozach dla uchodźców. I to właśnie w jednym z takich miejsc naznaczony wojenną traumą młodzieniec poznał Helen – dziewczynę, która podobnie jak on cudem przeżyła pobyt w jednym z miejsc zagłady. Para szybko się w sobie zakochała i prawdopodobnie jeszcze podczas pobytu w Niemczech wzięła ślub, a dzięki ułatwionym procedurom wizowym oraz wsparciu żydowskich organizacji humanitarnych udało jej się dostać pozwolenie na szybszy wyjazd do USA.
 

Nowy start w USA i narodziny Jacka Tramiela

Wchodząc na statek dla uchodźców, młodzieniec zamknął brutalnie rozdeptany hitlerowskimi butami okres swojego dzieciństwa. Od tej chwili nie był już Idkiem Trzmielem – dzieciakiem z łódzkiego osiedla, tylko Jackiem Tramielem – facetem bez grosza przy duszy, ale z wielkimi ambicjami i drapieżnym wręcz pragnieniem wydarcia od życia zadośćuczynienia za wszystkie krzywdy, które go spotkały. Najlepiej – z dużym procentem!

Jack_Tramiel_cropped

Jacek Trzmiel (Jack Tramel) twórca Commodore International Autor zdjęcia: Alex Handy/Wikimedia Commons

Na nowej ziemi Łodzianin imał się różnych zajęć. Spędził trochę czasu w wojsku, gdzie wyspecjalizował się w naprawie maszyn do pisania i sprzętu biurowego, pracował też jako kierowca nowojorskiej taksówki. Jednak to kupienie niewielkiego lokalu w Bronksie było przełomowym momentem dla dalszej kariery Tramiela. Mężczyzna skorzystał z pożyczki udzielanej przez Departament Spraw Weteranów – 25 tys. dolarów wystarczyło mu na wejście w posiadanie tej nieruchomości oraz zorganizowanie sobie tam warsztatu. Jack zorientował się bowiem, że od kilku lat szalenie popularnym sprzętem biurowym stała się wspomniana już wyżej maszyna do pisania. W Commodore Portable Typewriter Company, bo tak nazwał swój zakład, Polak zajmował się głównie naprawą tych urządzeń. Z czasem jednak zaczął je również sprzedawać. Tu jednak pojawiła się pewna przeszkoda – Tramiel nie miał szans w starciu z lokalną konkurencją, a przebitka na maszyny w jego sklepie była bardzo niska. Jack nie należał jednak do osób, które łatwo się poddają. 

Skoro lokalne ceny maszyn do pisania były wysokie, to trzeba było je sprowadzać z biedniejszych krajów. Na przykład z państw tzw. bloku wschodniego. Tyle że po drodze należało przebić się przez żelazną kurtynę... Cóż, pomysłowy Polak lubił wyzwania. Szybko zorientował się, że czechosłowackie firmy eksportują do niektórych krajów kapitalistycznych całkiem dobry jakościowo sprzęt, korzystając z państwowych centrali handlu zagranicznego. Tramiel nie mógł więc kupować maszyn bezpośrednio od producenta, tylko od zachodniego importera, który legalnie i z pełną dokumentacją wysyłał mu tanie, ale solidne zamienniki urządzeń kosztujących w USA majątek. Na każdym z produktów Jack umieszczał logo „Commodore”. Do początków lat 60. biznes pięknie mu się rozwijał, ale wkrótce rynek się nasycił, a wprowadzone embarga i inne utrudnienia sprawiały, że import towarów z krajów komunistycznych stał się praktycznie niemożliwy. Jack miał jednak asa w rękawie. Gwałtowny spadek cen układów scalonych sprawił, że wielkim hitem sprzedażowym stały się elektroniczne kalkulatory. Mężczyzna zrobił więc dokładnie to, co zaowocowało sukcesem w przypadku maszyn do pisania – namierzył producentów takich urządzeń za granicą, wynegocjował niską cenę i znalazł sposób na możliwie najtańszy transport tych produktów do USA. W międzyczasie przemianował swoją firmę na Commodore Business Machines.


Commodore Business Machines

Kalkulatory, które polski przedsiębiorca sprowadzał z Japonii, były oczywiście oznaczone charakterystycznym logotypem jego firmy. Jackowi zależało bowiem na stworzeniu rozpoznawalnej marki. Przez ostatnie lata prowadzenia biznesu w Stanach Zjednoczonych Łodzianin nabrał sporo odwagi, a jednocześnie jego zachowanie jako biznesmena stawało się coraz bardziej agresywne. Commodore, owszem, sprowadzało kalkulatory z Japonii, ale to w USA były montowane chipy. A te produkowała amerykańska firma Texas Instruments. I wszystko pięknie działało aż do momentu, kiedy wspomniane przedsiębiorstwo wypuściło na rynek własne kalkulatory. Wiedząc, że jedyną konkurencją są dla niej ich właśni klienci, wystarczyło jedynie obniżyć cenę urządzenia do kwoty niższej niż rynkowa wartość jednego układu scalonego sprzedawanego innym producentom sprzętu elektronicznego, w tym Commodore. Tramiel dostał solidną lekcję. I od razu wyciągnął z niej wnioski – zdał sobie wówczas sprawę, że kluczem w utrzymaniu się na powierzchni jest przejęcie kontroli nad przedsiębiorstwami produkującymi układy scalone, bo to właśnie od tych zminiaturyzowanych zespołów elektronicznych będzie zależeć przyszłość wielu branż.

Łodzianin miał ogromne szczęście. Oto bowiem Chuck Peddle, jeden z głównych projektantów z MOS Technology – firmy założonej przez inżynierów Motoroli, desperacko szukał inwestorów, by uratować popadającą w bankructwo spółkę. Jack wiedział, że już nie wygra wojny o pozycję na rynku kalkulatorów, ale w tamtym momencie to już nie miało znaczenia. Za stosunkowo niewielkie pieniądze przejmował właśnie kontrolę nad firmą o naprawdę wielkim potencjale. Przedsiębiorstwo MOS Technology może i miało długi oraz prowadziło sądowe batalie o prawa patentowe, ale jej inżynierowie „wyczarowali” układ scalony, który wkrótce miał zmienić zasady gry w ledwie dopiero raczkującym światku komputerów biurowych. Ośmiobitowy mikroprocesor 6502 – chip ten nie był najszybszy w porównaniu z tym, co oferowała konkurencja, ale łatwość jego integracji z urządzeniami oraz śmiesznie niska cena sprawiały, że był to wręcz idealny układ do montowania w sprzęcie nadającym się do masowej produkcji. Tramiel, dostawszy bolesną, biznesową naukę od teksańskiego producenta kalkulatorów, postanowił zrobić dokładnie taki sam bezlitosny ruch w stosunku do innych graczy na rynku. Przejąwszy bowiem kontrolę nad MOS Technology, od razu przywłaszczył sobie mikroprocesor, zabezpieczając dla siebie główny łańcuch jego dostaw. Od tego momentu miał nieograniczony dostęp do najważniejszego układu scalonego znajdującego się w bebechach chociażby ośmiobitowych generacjach komputerów Atari czy Apple. Bezkompromisowy biznesmen nadal sprzedawał ten produkt wybranym odbiorcom, ale od teraz priorytet w dostępie do chipu miała firma Commodore.

To w tych czasach podejście Tramiela do prowadzenia interesów nabrało znacznie bardziej drastycznego wymiaru. Rynek stał się dla niego prawdziwym polem bitwy. Miejscem pozbawionym jakichkolwiek zasad. Boiskiem, gdzie za ciosy poniżej pasa nikt nie daje czerwonych kartek. „Business is war” – mawiał, podkreślając, że na tym placu boju nie ma miejsca na litość, a wygrać może tylko ten, który umie z zimną kalkulacją zadawać przeciwnikowi celne ciosy.

Tramiel był znany ze swojej, przesadnej wręcz, oszczędności. Jedną z ważniejszych decyzji po przejęciu MOS Technology było wstrzymanie wszelkich projektów badawczych, a największy nacisk położył na cięcie kosztów – mikroprocesor musiał być jeszcze tańszy. Jednocześnie Chuck Peddle został wytypowany do zaprojektowania możliwie jak najbardziej budżetowego komputera opartego na tym układzie scalonym. Urządzenie miało być bezawaryjne i bajecznie wręcz proste w obsłudze – najlepiej gotowe do pracy chwilę po wyciągnięciu z pudełka. W ten sposób narodził się Commodore PET, który swoją premierę miał w 1977 roku. Był to sprzęt kompletny – klawiatura, monitor i nośnik danych były zamknięte w jednej obudowie. Prototypową wersję tego komputera Peddle stworzył w sześć miesięcy, wykorzystując kilka desek i kineskop wymontowany z monochromatycznego telewizora. Zadanie było jedno – zdążyć przed Consumer Electronics Show, czyli największymi na świecie targami nowych technologii, imprezą, która odbywała się co roku w Las Vegas. Siedem lat wcześniej zademonstrowano tam światu magnetowid, a w 1975 roku firma Atari chwaliła się konsolą z Pongiem – jedną z najstarszych elektronicznych gier w historii.

DSC_4419

Komputer Commodore C64 na wystawie Centrum Nauki i Techniki EC1 w Łodzi. Autor zdjęcia: José Repetto

Udało się. Commodore PET zachwyciło gości targów. Był to bowiem komputer wręcz stworzony z myślą o placówkach edukacyjnych. I chociaż jego możliwości były znacznie uboższe niż chociażby mającego premierę w tym samym roku Apple II czy wspomnianych ośmiobitowców od Atari, to Tramielowi udało się zaistnieć w branży i sprzedać kilkaset tysięcy tych urządzeń. Czy dobrze na tym zarobił? Raczej niewiele – przedsiębiorca stawiał na niską marżę. Marzyło mu się za to zalanie rynku swoimi komputerami. 
Na prawdziwy sukces trzeba jeszcze było poczekać… Łodzianin doskonale wiedział, gdzie kryli się jego potencjalni klienci. To nie placówki edukacyjne, biblioteki ani ośrodki badawcze, tylko zwykli obywatele mieli kupić jego kolejny produkt. Podobnie jak Ferdinand Porsche, owładnięty ideą stworzenia „samochodu dla ludu”, tak i Tramielowi sen z oczu spędzała wizja „komputera dla wszystkich”. Taki produkt musiał być mniejszy, bardziej ukierunkowany na rozrywkę i co najważniejsze – znacznie tańszy niż urządzenia sprzedawane przez konkurencję, czyli Atari i Apple. I znów udało mu się ten cel osiągnąć. Wydany w 1980 roku Commodore VIC-20 miał niewielką obudowę z klawiaturą i zewnętrznym nośnikiem danych. W momencie swojej premiery kosztował ledwie 299 dolarów, czyli kilkukrotnie mniej niż mające premierę w podobnym okresie Atari 800. Urządzenie trafiło do supermarketów i dzięki kusząco niskiej cenie stworzyło wręcz nową gałąź rynku komputerów tak tanich, że można je było kupić nawet pod wpływem impulsu… 
Wojna, która towarzyszyła wychowankowi łódzkich ulic od dzieciństwa, nadal trwała. Tym razem jednak to nie Trzmiel był tu ofiarą. W tej bezwzględnej, okrutnej batalii cenowej chłopak z getta Litzmannstadt wydawał rozkazy i decydował o losach swoich przeciwników. Na VIC-20 Tramiel zarabiał grosze, ale nawet tych kilka marnych dolarów na sztuce jest do zaakceptowania, jeśli dzięki takiej taktyce wróg powoli się wykrwawia. Komputer trafił do 2,5 mln osób, co spokojnie można uznać za wielki sukces i wstęp do ostatecznej, wielkiej batalii o pozycję w branży.

Dwa lata później stoisko Commodore na kolejnej edycji targów Consumer Electronics Show znów przyciągało tłumy. Każdy chciał bowiem zobaczyć nowe dziecko tej firmy. A pozornie nie różniło się ono od poprzednika, bo w ramach cięcia kosztów i przyspieszenia jego premiery Jack zdecydował się na użycie w tym urządzeniu tej samej, charakterystycznie obłej obudowy, która wcześniej została wykorzystana w VIC-20. Zmiana estetyki oznaczałaby długie prace nad świeżym projektem i opracowanie nowych form wtryskowych. Czyli koszty. A Tramiel nie był ani estetą, ani wizjonerem w stylu Steve’a Jobsa. Dla niego liczył się czysty pragmatyzm i chłodna, wojskowa wręcz, kalkulacja – wiedział, że konkurencja wisiała mu na karku, więc skorzystał z poprzednio już zakontraktowanych linii montażowych. Dzięki temu i zaoszczędził pieniądze i nie stracił czasu. Poza tym najważniejsze było przecież to, co kryło się w środku obudowy. Przede wszystkim wstawiono tam nowoczesny układ scalony – MOS Technology VIC-II odpowiedzialny za wyświetlanie obrazu. Rynek domowy pragnął przecież gier. Trzeba więc było znacznie poprawić wydajność przetwarzania grafiki. Tutaj inżynierowie z przejętej przez Commodore spółki zerżnęli rozwiązanie podpatrzone u konkurencji i wprowadzili obsługę sprite’ów, czyli animowania dwuwymiarowych obrazków rastrowych. Do tego VIC-II wspaniale sobie radził z płynnym przewijaniem obrazu, co było kluczowym udogodnieniem dla programistów gier tworzących chociażby platformówki. Komputer dostał też obłędne 64 KB pamięci RAM oraz jednoukładowy syntezator muzyczny SID, którego plumkania brzmią dziś może dość archaicznie, ale w tamtych czasach to dzieło MOS Technology było prawdziwą rewolucją na rynku ośmiobitowych maszyn domowych.
 

Rewolucja Commodore 64

Zgodnie z życzeniem Jacka powstał „komputer dla mas, a nie dla klas”. Commodore 64 był wydajny, banalnie prosty w obsłudze oraz robiący piorunujące wrażenie jako sprzęt do gier komputerowych. I co najważniejsze, oczywiście – był tani. W wojnie Tramiela C-64 miał stać się masowo produkowanym czołgiem z działami wycelowanymi w konkurencję. Urządzenia trafiły do supermarketów, gdzie znalazły się tuż obok sprzętu RTV i konsol do gier. W dniu swej premiery nowy produkt Commodore kosztował 595 dolarów, ale w kolejnych latach firma brutalnie cięła ceny, osiągając w połowie lat 80. absolutnie nierealny dla rywali pułap 199 dolarów! I tym razem pomysł Łodzianina sprawdził się w stu procentach – marża była bardzo niska, ale tu liczył się szalony popyt. A ten drastycznie podskoczył w okolicach 1983 roku, kiedy to na C-64 zaczęło powstawać coraz więcej programów i gier, a chwilę później ten powolny, nieśmiały strumień zamienił się w regularną powódź! Tramiel był na to gotowy. Kluczowe dla wygrania tej wojny było dla niego przetrwanie, a nie tworzenie kultu marki, robienie z siebie ikony czy dorabianie produktowi ideologii. Ten ostatni miał bronić się sam. Z delikatną pomocą mniej lub bardziej czystych zagrań w stosunku do konkurencji. Jack absolutnie nie wierzył w fair play... Jednym z bezkompromisowych ciosów z jego strony była np. oferta studolarowego rabatu dla każdej osoby, która kupiłaby produkt Commodore, zostawiając w rozliczeniu swój poprzedni komputer lub konsolę.

Żeby bardziej przyoszczędzić na produkcji, linie montażowe zakładano w wielu krajach. I tak na przykład maszyny pochodzące z RFN były dostosowane do systemu PAL, od swego odpowiednika z USA różniły się układem klawiatury (QWERTZ) i były dopasowane do innych norm elektrycznych. Takim sprytnym zagraniem przedsiębiorca pięknie unikał płacenia ceł i oszczędzał na kosztach dostaw. Produkcja działała pełną parą i rynek na całym świecie dosłownie został zalany Commodore 64. W ciągu całego okresu sprzedaży „komoda” trafiła do 17 mln odbiorców, co sprawiło, że do dziś znajduje się ona w Księdze rekordów Guinnessa jako najlepiej sprzedający się w historii model komputera stacjonarnego!
Tramiel wygrał bitwę o ośmiobitowy jar. Dookoła C-64 powstał cały, bogaty ekosystem firm programistycznych, wydawców, a nawet i artystów tworzących muzykę. Narodziła się cała demo scena związana z tym sprzętem, a każdy liczący się producent gier komputerowych musiał stworzyć wersję swojego programu skierowaną na tę platformę. W pewnym momencie Commodore sprzedawało więcej komputerów niż cała konkurencja razem wzięta.

Wiemy już, że w stosunku do rynkowych rywali Jack był absolutnie bezlitosny i pozbawiony jakichkolwiek sentymentów. Niestety, nie inaczej traktował swoich własnych pracowników. To była przecież wojna – żołnierze musieli być posłuszni i zdyscyplinowani, morale wysokie, a każdy błąd powinno się przykładnie karać. Tramiel nie ufał praktycznie nikomu, więc trzymanie załogi twardą ręką i pokazywanie dominacji było dla niego naturalnym odruchem utrzymywaniem władzy w Commodore. Według relacji jego pracowników miał on w zwyczaju bezlitośnie drzeć się na podwładnych przy otwartych drzwiach swojego biura – tak by cała reszta osób z załogi mogła usłyszeć, co ją czeka, jeśli kiedykolwiek nawali. Kiedy wpadał w furię, robił się ponoć czerwony jak pawiani zad, a jego ryk był tak donośny, że nie sposób było go nie usłyszeć. „Jack Attack” – tak mówiono w firmie o nagłych eksplozjach agresji jej szefa.

W 1983 roku do siedziby Commodore przyszli dwaj studenci, by pochwalić się napisaną przez siebie grą, w której gracz wcielał się w postać małego, czerwonego stwora o obłej budowie ciała. Program przypadł do gustu Michaelowi Tomczykowi – strategowi marketingowemu przedsiębiorstwa. Słusznie zauważył on jednak, że nazwa programu, czyli Cubic Critters, za bardzo przypomina tytuł wielkiego hitu sprzed roku – Q*bert. Zaproponował więc, by gra została ochrzczona mianem Jack Attack, ponieważ jej protagonista przypominał Tramiela w momencie jego szału. Tomczyk miał nawet powiedzieć swojemu przełożonemu o zmianie tytułu produkcji stworzonej przez ambitnych programistów. „Zaśmiał się (...). Jack był niski i krępy, ale miał głęboki, donośny głos, który mógł wstrząsnąć ścianami. Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę ze znaczenia nazwy Jack Attack, ale wiedział, że chodziło o niego” – wspominał później.

Zgodnie z dewizą mówiącą, że zwycięskiego składu się nie zmienia, Łodzianin utrzymywał to urządzenie na rynku tak długo, jak tylko się to dało. W 1986 roku sprzęt dostał wreszcie nową, futurystycznie wyglądającą klawiaturę. Niestety, nie wszystko może trwać wiecznie i na przełomie lat 80. i 90. sprzedaż C-64 zaczęła spadać. Na rynku rozpychały się pierwsze pecety, a młodzi gracze przesiadali się na nowoczesne, 16-bitowe konsole, które oferowało chociażby Nintendo czy Sega.

GettyImages-1139260076

Autor zdjęcia: Getty Images

Czy to znaczy, że „komoda” zakończyła swój żywot? Bynajmniej. Powolne podnoszenie się żelaznej kurtyny sprawiło, że urządzenia te zaczęły trafiać pod strzechy w krajach zacofanego wschodu Europy. I tak też polski dzieciak, który uważał, że szczytem technologicznego rozwoju ludzkości jest łapanie spadających jajek na ekranie popularnej radzieckiej gierki, nagle dowiedział się, że można mieć w domu sprzęt rodem z filmów SF. Początkowo takie cuda oglądało się jedynie przez szybę Peweksu. Przeciętnego Polaka z całego asortymentu dostępnego w tym sklepie było stać co najwyżej na gumę do żucia Donald, a nie na komputer o realnej wartości ponad sześciu miesięcznych pensji. I mówimy tu o najtańszym modelu C-64, zaopatrzonym w odtwarzacz kaset, a nie stację dysków! Dla zobrazowania tego, o jakie kwoty chodziło, nadmienię tylko, że marzenie większości naszych rodaków, czyli Fiat 126p, kosztował około dwukrotnie więcej niż mocno zakurzony już model omawianego tu komputera. Na szczęście w tamtym okresie mnóstwo Polaków wyjeżdżało do Niemiec na okresowe roboty. Zazwyczaj „na czarno”. I to w dużej mierze z kraju bratwurstów i donośnego jodłowania trafiały do nas, używane, mocno wysłużone, ale nadal całkiem sprawne ośmiobitowce. A że fabryka Commodore znajdowała się za naszą zachodnią granicą, to na samym początku lat 90. dostęp do leciwych już urządzeń był stosunkowo łatwy. „Komody” masowo wręcz przyjeżdżały do nas w plecakach wracających z emigracji tatusiów, którzy chcieli przywieźć do domu coś więcej niż tylko zarobione w pocie czoła pieniądze.

W okolicach 1991 roku mój dorywczo pracujący w Niemczech wujek przywiózł mi nieco pożółkły komputer z magnetofonem Datasette i małym, dość wyszczerbionym, śrubokrętem do regulowania głowicy. Inni szczęśliwcy z mojego osiedla dostali swoje „komody” dzięki znajomym rodziny jeżdżącym „na tirach” lub krewnym, którzy byli marynarzami lub robili szemrane interesy na granicy.

Wraz z pojawieniem się C-64 w Polsce okazało się, że mamy u nas bardzo ambitnych i utalentowanych twórców. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać firmy wyspecjalizowane w tworzeniu gier na tę platformę. Kiedy na zachodzie Europy pisano już programy na nowocześniejsze urządzenia, u nas rynek podbijały takie przedsiębiorstwa jak LK Avalon, Mirage Software i całe mnóstwo mniejszych podmiotów, które masowo wypluwały nośniki z grami. Te ostatnie były potem recenzowane w szalenie wówczas poczytnych magazynach typu „Bajtek” czy niemniej dziś już legendarny „Top Secret”.

Trzmiel pośrednio wrócił do swojego rodzinnego miasta. Dzieciaki kupujące na pierwszych giełdach komputerowych czy chociażby w budce domu handlowego Uniwersal spiracone kasety z grami nie miały pojęcia, że ośmiobitowa maszyna, na której katowały Barbariana nigdy by nie powstała, gdyby nie dramatyczne doświadczenia dzieciaka z żydowskiego getta. Idek dopiął więc swego. Kiedy życie brutalnie dało mu w kość, on szybko otrzepał się, chwycił je mocno za jaja i z uporem owładniętego obsesją dyktatora przejął nad nim pełną kontrolę.

Więcej w tym temacie:

1

W połowie Peruwiańczyk, w całości – podróżnik na wiecznym, dopaminowym głodzie. Od lat wałęsa się po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie szuka przygód i z uporem maniaka pakuje się w coraz to większe kłopoty. Przez ostatnie dwie dekady wyprodukował sporo reportaży o swoich wyprawach dla takich magazynów jak „Focus”, „Angora”, „Poznaj Świat” czy „CKM”. Ma też na swoim koncie kilka tysięcy mniej lub bardziej poważnych artykułów napisanych dla Joe Monstera. Prywatnie jest zawodowym leniem figurowym, miłośnikiem ciężkiego rocka oraz kiczowatego kina z lat 80. Lubi też żurek i ruskie pierogi. Od niedawna razem z ekipą kilku innych podróżniczych zapaleńców prowadzi agencję turystyczną Po Peru.

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.