PARTNERZY SERWISU

Psychologia i relacje
Kto płaci na pierwszej randce?
Ilekroć słyszę to pytanie, mam ochotę wysłać je bezpowrotnie kosmos razem z innymi problemami pierwszego, odklejonego świata. A jednak – gdy sama je zadałam w gronie współpracowników i znajomych – rozpętałam małą wojnę światopoglądów. Odpowiedzi? Skrajne. Od betonowych oczekiwań wobec płci po ich całkowite wymazanie, jak gdyby każdy z moich rozmówców pochodził z innej planety.
Udostępnij
Jak stereotypy płciowe i nierówności ekonomiczne dzielą nas na randkach? Autor zdjęcia: Getty Images
Jedni wyciągają z kieszeni rycerskość z dziada pradziada, drudzy – kalkulator i hasło „równość 50/50”, a jeszcze kolejni argument, że życie w patriarchacie jest zbyt drogie, by żądać od kobiet płacenia na randkach. Czy przypadkiem jednak w sporze o randkową ekonomię wszystkie strony nie grają w tę samą grę: utrzymanie porządku, w którym płeć ma mówić nam, jak się zachować, zanim jeszcze zdążymy się odezwać?
Queery nie zrozumieją
Mi ta romantyczna arytmetyka wydaje mi się banalnie prosta, bo nigdy nie pokłóciłam się z partnerką o rachunek. Jaki jest nasz sekret? Może jesteśmy beneficjentkami przywilejów, sukcesem swoich terapeutek albo dowodem na to, że szczęśliwie z perspektywy pary jednopłciowej problem wyraźnie męskich albo kobiecych powinności zwyczajnie nie istnieje.
Trudno powiedzieć – zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że umawiałam się też z chłopakami. Wprawdzie darłam z nimi koty o mnóstwo rzeczy, ale i tak podział rachunku w czasach mojej najgorszej biedy nigdy nie znalazł się w konfliktowej czołówce. Pamiętam tylko, gdy, chcąc wspaniałomyślnie podzielić rachunek, już mniej umyślnie zablokowałam sobie konto i wyszłam na idiotkę, ale – ku mojemu zaskoczeniu – nie była to ostatnia randka.
W każdym razie z lesbijskiego doświadczenia wynika, że bez sztywnego podziału na to, kto płaci, świat się nie wali. Queerowe pary nie mają w Polsce żadnych praw, ale już luksus pytania: „jak chcemy to ustawić?”, zamiast „kto powinien?” – owszem. To nie jest banał – to praktyczna lekcja, że romantyczna równość wcale nie wymaga matematyki ani heroicznych gestów. Moja dziewczyna przypomniała mi jednak o Rubenie Östlundzie, który nakręcił na ten temat wybitną scenę. Taką, która jasno pokazuje, że w napięcie wokół płacenia jest bardziej niż realne. Przynajmniej w heteroświecie.
W kinie jak w życiu
W filmie „W trójkącie” randka Carla i Yayi zaczyna się jak setki innych. Ładni ludzie w eleganckiej restauracji prowadzą swobodną rozmowę. Chyba mają całkiem miły wieczór. A potem na stół trafia rachunek i robi się gęsto. Yaya, choć wcześniej sugerowała, że tym razem ona zapłaci, nie kwapi się do sięgnięcia po kartę. Carl wyciąga swoją, ale z wyraźnym niezadowoleniem, co wzbudza jej podejrzenia.
Pada propozycja, że jedno płaci teraz, a drugie rozliczy się później. Tyle tylko, że tu przecież wcale nie chodzi o pieniądze, lecz o zasady, które każde z nich rozumie inaczej. Oczywiście wprost tego nie przyznają. Ostatecznie Yaya obrażona z wdziękiem godnym słonia postanawia wziąć wiszący w powietrzu (dosłownie i w przenośni) obowiązek na siebie, ale transakcja zostaje odrzucona.
Ten emocjonalny woltaż Östlund rozciąga w czasie do granic wytrzymałości. Kamera nie ucieka, każe widzom uczestniczyć do bólu krindżowym spektaklu, w którym trudno kibicować którejkolwiek ze zblazowanych i niechętnych do porozumienia się stron. Uśmiechy bohaterów rzedną. Milczenie trwa odrobinę za długo, by potem przerodzić się w pole bitwy o władzę, status, role płciowe i poczucie bycia wystarczającym. Wieczór się jeszcze nie kończy, a humor już jest popsuty. Szybko orientujemy, że bohaterom nie chodziło wyłącznie o makaron i wino. Zresztą, nigdy nie o to chodzi.
Wystarczy się dogadać?
Można by teraz uderzyć w wyższościowe tony, że każdy niezręczny taniec rąk sięgających lub tylko udających sięganie po rachunek i portfel da się zastąpić prostym komunikatem: „chciał(a)bym zapłacić, czy mogę?”, „podzielmy się” albo: „dziś ja, kolejnym razem ty”. Łatwo uznać, że skoro komuś przychodzi z trudem ta prosta wymiana zdań i uszanowanie stanowiska drugiej strony, dalej będzie tylko gorzej. Jak randkowicze poradzą sobie z wyborem filmu w kinie, rozmową o granicach i upodobaniach w seksie czy wejściem w relację? Nie chcę nawet zgadywać, jak wiele osób wikła się w wybitnie niesatysfakcjonujące sytuacje, bo boi się cokolwiek powiedzieć i ustalać, a później trudno im się z czegokolwiek wycofać.
Niestety kultura (niesłusznie, ale skutecznie) nauczyła nas wbrew temu, co opowiadają terapeuci par, że negocjacje nie są materiałem na porywający film romantyczny. Nie do końca sprawiedliwa i uczciwa wydaje się więc prosta konstatacja, że wystarczy się dogadać. Komunikacja, którą tak chętnie wskazuje się jako rozwiązanie, sama jest zasobem o zróżnicowanej dostępności.
Nie każdy ma ten sam komfort mówienia o pieniądzach. Kobiety socjalizuje się przecież do bycia miłymi, nie do negocjowania warunków, mężczyzn zaś – do ekonomicznej dominacji i przejmowania inicjatywy bez pytania o zgodę. Osoby z klas nieuprzywilejowanych beszta się za próbę rozmów o finansach, a elity przecież takich dyskusji odbywają, bo pieniądze lubią ciszę, prawda? Choćby dlatego rachunek na randce bywa tak elektryzujący – skrywa wszystko co niewygodne, a więc na przykład kwestię tego, kto ile zarabia, kto się z tego powodu wstydzi i kto doświadcza oceny przez pryzmat portfela.
Na to wszystko nakładają się oczekiwania rozpięte na trajektorii stereotypów płciowych, opartych na tradycji, że facet zawsze płaci, przez co wiecznie odgrzewane dyskusje o randkowej rachunkowości wydają nierozwiązywalne. I nie, młode pokolenia wcale nie przychodzą z odsieczą.
Czy mężczyzna to bankomat?
Badania empiryczne pokazują wręcz, że stare randkowe skrypty wciąż trzymają się mocno, choć w innych obszarach obserwujemy zmiany. Z przeprowadzonej w 2023 roku i opublikowanej w Psychological reports analizy doświadczeń 552 studentów wynika, że mężczyźni najczęściej pokrywali cały rachunek na pierwszych randkach i byli przekonani, że to oni powinni płacić. Kobiety deklarowały większą gotowość do współdzielenia kosztów, choć w praktyce rzadziej przejmowały inicjatywę.
Co ciekawe, wyznawane poglądy niespecjalnie miały odbicie w rzeczywistości. I choć kolejne sondaże pokazują, że z egalitarnym podejściem i dzieleniem rachunku na pół zgadza się zwykle więcej niż połowa ankietowanych, realia pokazują coś innego. Moje młodsze koleżanki mówią mi wprost: „tylko udaję, że sięgam po portfel, bo liczę, że on mnie zatrzyma”. Jeśli będzie inaczej, na drugą randkę nie ma co liczyć.
Nie tak dawno natrafiłam viralową rolkę, w której mężczyzna przekonywał, że bardziej opłaca mu się włączyć Pornhuba, niż wyjść na randkę. Wyliczał koszty stylizacji, kolacji, drinków, napiwków, taksówek i tak dalej. No nijak mu się to nie spięło. Widzę problematyczność tak bardzo transakcyjnego podejścia do relacji, ale ciekawi mnie, skąd w tym chłopaku przekonanie, że całość sfinansowania randki spoczywa na nim. Nie zadowolę się łatwym wrzuceniem go do grona inceli, którzy tak naprawdę nienawidzą kobiet, choć oczywiście nasz bohater wyciąga bardzo błędne wnioski z nierówności ekonomicznych i płciowych w swoich pozostałych materiałach.
Widzę raczej, że część tych wkurzonych na dziewczyny i (rzecz, jasna) feministki facetów, którzy zamykają się w swoim świecie i nie mają przywilejów, mniej lub bardziej świadomie dotyka słusznych postulatów. Mężczyzna, który nie jest w stanie „postawić” kolacji, może być postrzegany gorzej na rynku matrymonialnym niż jego zamożniejsi koledzy. Ryzykuje utratę twarzy, atrakcyjności, symbolicznego statusu, zwłaszcza jeśli zestawimy to z wszędobylskimi w sieci bzdurnymi rolkami o męskiej lub żeńskiej energii. Ich twórcy, a niestety w dużej mierze także i twórczynie przekonują, że nie można się za bardzo wyłamywać ze stereotypów płciowych, by nie spłoszyć potencjalnej randki. W efekcie słychać, że prawdziwa dama zawsze daje się zapraszać na kolacje i pod żadnym pozorem za nie płaci, bo mogłaby urazić wyrażaną grubością portfela męskość potencjalnego partnera i sama stracić na atrakcyjności jako niewystarczająco uległa kobieta.
Wobec takich nie bez powodu krytykowanych postaw incelskie oskarżenia o traktowanie mężczyzn jak bankomaty częściowo stają się zrozumiałe. Sama zaś już zupełnie po feministycznemu uważam wręcz, że facet nie ma żadnego obowiązku płacić na randce. Ale… kobieta też nie. Zwłaszcza, że obok influencerek, które nie pójdą z tobą do łóżka ani nigdzie indziej, jeśli najpierw nie zapłacisz za drinki w knajpie, funkcjonuje też cała gama mistrzów podrywu twierdzących, że ich portfel otwiera wszystkie drzwi i uzasadnia późniejsze żądania.
„Inwestycja” w czas i ciało
Jak wobec tego wygląda równościowa analiza? Na pewno nie polega na przeniesieniu winy na jednostki w postaci roszczeniowych mężczyzn czy kobiety, lecz dostrzeżeniu kulturowo-społecznej struktury, która od dekad uczy jednych, że muszą być dostarczycielami zasobów, a drugie – że ich obecność ma określoną wartość rynkową. Kobieta niekoniecznie staje się w tej sytuacji beneficjentką, lecz zostaje uprzedmiotowiona, szczególnie, gdy pokrycie rachunku jest traktowane jak inwestycja.
„Skoro zapłaciłem, to coś mi się należy” – nawet jeśli to zdanie nigdy nie padnie wprost, często brzmi w męskich głowach jako oczywistość. Rachunek staje się zaliczką na bliskość, seks czy drugą randkę – dostęp do czyjegoś ciała i czasu wbrew elementarnemu prawu do poszanowania granic niezależnie od tego, kto wyciągnął kartę przy terminalu.
Słuszna obserwacja brzmi więc: mężczyźni znajdują się pod presją ekonomiczną w randkowaniu, niesłuszna – kobiety tę presję wymyśliły. Rachunek na randce nie jest testem hojności ani emancypacji. Jest momentem, w którym na wierzch wychodzą klasowe różnice i niespójne oczekiwania wobec płci. Jeśli chcemy z niego wyjść, nie wystarczy apel o „dogadanie się”. Trzeba podważyć samą zasadę, że romantyczna inicjatywa musi mieć z góry przypisanego sponsora. Nie dlatego, że trzeba teraz kogokolwiek pozbawiać przyjemności z okazania uprzejmości. Ale dlatego, że obowiązek wynikający z płci jest zaprzeczeniem równości.
Mniej paniki, więcej rozmowy
Tu ważna uwaga: równość w romantycznych wydatkach nie oznacza automatycznego „po połowie”, liczonego linijka po linijce z kalkulatorem w ręku. Kobiety wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni, częściej pracują na niestabilnych umowach i wykonują nieodpłatną pracę opiekuńczą czy reprodukcyjną. Z pewnością też więcej czasu i pieniędzy muszą inwestować w wygląd. Dlaczego więc miałyby jeszcze płacić za faceta? Bo chcą. Bo akurat są tymi szczęściarami, które dobrze zarabiają. A przede wszystkim – bo ustaliły to wcześniej z partnerem bez ukrytej faktury emocjonalnej.
Feministyczna odpowiedź na tytułowe pytanie nie brzmi więc: „dziel rachunek zawsze po połowie” ani „nigdy nie pozwól mu zapłacić”, lecz: żadna płeć nie ma przypisanego obowiązku finansowania romantycznej relacji. Jeśli ktoś chce to zrobić – super. Jeśli ktoś chce się dzielić – też. Jeśli ktoś mówi: „mam w tym miesiącu krucho”, a druga osoba odpowiada: „chodźmy na spacer zamiast do restauracji” – to jeszcze lepiej.
Jasne, komunikacja – jak już ustaliliśmy – bywa trudna, bo każdy z nas startuje z innego miejsca, ale bez niej po prostu nic na dłuższą metę się nie uda. Dlatego zamiast moralnej paniki wokół rachunkowych powinności, potrzebujemy więcej uważności na to, z jakich światów ekonomicznych i kulturowych przychodzimy na randki – w końcu po to one właśnie są.
Więcej w tym temacie:
- Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać
- „Zaproszenie”. Najbardziej niezręczna kolacja roku
- Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?
- Libido na minusie. Kiedy brak ochoty na seks powinien niepokoić?
- „I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?
- Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Psychologia i relacje
Nie pytaj, czy wracać do byłej. Zapytaj, co nowego możecie sobie dać
Ponad dwie dekady po rozstaniu Michał Wiśniewski i Mandaryna znów są razem. W międzyczasie każde z nich zdążyło przeżyć osobne życie, a w przypadku Wiśniewskiego także kolejne małżeństwa. Taka historia aż prosi się o romantyczną puentę o miłości, która przetrwała próbę czasu.
Psychologia i relacje
Czy Strava może okazać się nowym Tinderem?
Internet i aplikacje coraz częściej zastępują bezpośredni kontakt między ludźmi – także ten pierwszy. Pandemia dodatkowo przyspieszyła ten trend, a jednocześnie wywołała boom na aktywność fizyczną – szczególnie outdoorową i grupową. Wraz z popularnością sportowych społeczności rośnie liczba użytkowników aplikacji takich jak Strava, które dla wielu stały się nową przestrzenią poznawania ludzi – niczym Tinder dla aktywnych.
Psychologia i relacje
Niewerbalny język miłości ojców. Dlaczego łatwiej umyć samochód, niż powiedzieć „kocham”?
Okazywanie uczuć i emocji nie musi być wyłącznie werbalne. – W przypadku ojców to, co najważniejsze, częściej bywa wyrażane za pomocą gestów – mówi nam psychoterapeuta Michał Pozdał.
Psychologia i relacje
„I że cię nie opuszczę... aż do kolejnych motyli w brzuchu”. Czemu zdradzamy?
Skoro coraz bardziej kontestujemy monogamię, a prawo i obyczaje nie zmuszają nas do niej tak silnie, jak naszych przodków, to czemu wciąż wybieramy niewierność zamiast etycznej poliamorii?
Psychologia i relacje
Czy szczęścia naprawdę można się nauczyć? Pytamy Ewę Woydyłło
Nie nazwałabym szczęścia kompetencją, ale jak najbardziej zgadzam się z tym, że ponosimy odpowiedzialność za jego osiągnięcie – mówi nam dra Ewa Woydyłło.
Psychologia i relacje
Obsesja samodoskonalenia i friction-maxxing. Jak wpadliśmy w pułapkę bycia lepszą wersją siebie?
Kult nieustanne samodoskonalenia trwa. Po jednej stronie mamy pogoń za lepszym wyglądem i próbą zatrzymania biologicznego zegara. Po drugiej – friction-maxxing, który ma przywracać nam sprawczość. Gdzie szukać rozwiązań i – co ważniejsze – jak nie stracić w tym siebie?
Psychologia i relacje
Myślisz, że jesteś dobrym partnerem. Eksperci mają inne zdanie
Nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, czy naprawdę słuchasz, czy potrafisz odpuścić rację i czy wiesz, czego twój partner lub partnerka tak naprawdę potrzebuje – zanim sami ci o tym powiedzą.
Psychologia i relacje
Nie dorastamy, bo nas na to nie stać?
Wielu z nas wychowali zupełnie niedojrzali i niegotowi do roli opiekunów rodzice, ale słyszymy, że to my jesteśmy zdziecinniali. A co powiedzieć o apologetach i architektach systemu, w którym ciężka, uczciwa praca nie gwarantuje stabilności?