PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Żabson. Ostatni ziomal
Pewnego wieczora po prostu pojawił się na scenie kieleckiego klubu, w którym raperzy rozgrywali freestyle’owy turniej. Stanął przed mikrofonem i dał się nieść swojej sile. A publiczność nic. Ale Żabson był zawzięty. Jak Eminem w „8 mili”. Sam przeciw całemu światu.
Udostępnij

Żabson w sesji okładkowej do drugiego numeru GQ Poland Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
Gdybyś miał powiedzieć o sobie samym, kim jesteś, co usłyszymy?
Jestem raperem, jestem artystą, jestem wydawcą, menedżerem, producentem, reżyserem. Człowiekiem orkiestrą. Inaczej się w tych czasach nie da. Od początku tak naprawdę, odkąd zacząłem robić muzykę, ważne było dla mnie zrozumienie całego procesu, jak powstaje muzyka, a także jak się robi wideo, na czym polega marketing, jak wygląda sprawa wydawnictwa, dystrybucji. Przy każdym z tych wyzwań pracuje wielu ludzi i każdy ma swoje zadanie. Tylko od ciebie zależy tak naprawdę, ile się nauczysz.
Mija mi właśnie 10 lat pracy i powiem ci, że rzadko miewam takie momenty, w których mnie coś przerasta. Kiedy łapię kryzys, wszystkie te doświadczenia dają mi pewność, że istnieje rozwiązanie i trzeba to po prostu ogarnąć. Ostatnio usłyszałem, że moja agentka wszystkich ostrzega: „Nie mów tak Żabie, on nie wierzy, że czegoś się nie da”. Może to nie będzie łatwe, może w pierwszej chwili nie widzisz rozwiązania, ale zawsze jest droga dojścia do celu i ja to wiem właśnie dlatego, że mogłem się nauczyć tego, jak pracują producenci, scenarzyści, a także ludzie od marketingu, wydawcy. Podglądałem profesjonalistów, a potem sam próbowałem to robić na własną rękę.
Po swojemu.
Tak, dla mnie ważne jest, żeby robić po swojemu. Tak rozumiem pozycję niezależnego artysty. Zaczynałem jako dzieciak zachłyśnięty kulturą hip-hopu, muzyką, imprezami. Nigdy bym nie powiedział, że 10 lat później będę takim ogarniętym gościem. Jestem z siebie bardzo dumny. Moja mama też jest ze mnie dumna, a to dla mnie ważne. Powtarzała: „Ja się o ciebie nie martwię, czy ty zrobisz tak, czy siak, ufam twoim decyzjom”. Udowodniłem mamie, że stawiam na swoje. Wydaje mi się, że kiedy mówisz rodzicom: „Chcę być raperem”, to oni na to: „Czyś ty gościu zwariował? Skończ studia, idź do pracy”. Ale ja udowodniłem mamie i mój wariacki pomysł po prostu zrealizowałem.
Skąd się bierze ten brak zaufania rodziców wobec planów ich dzieci?
To pokłosie komunizmu. Ludziom ciężko było uwierzyć, że jednostka może coś zmienić. Może moja mama nie wierzyła w samą siebie, ale we mnie umiała uwierzyć. Dziadek był szewcem, ale nie mógł robić butów po swojemu, bo pracował w państwowej fabryce i robił państwowe buty. Im bardziej dojrzewam, tym silniej czuję potrzebę poznania dzieciństwa babci, dziadka, mamy, dowiedzenia się, w jakich warunkach żyli, z czym się musieli mierzyć.
Co cię do tego skłania? Chcesz docenić własną wolność?
Chcę zrozumieć ich, a także współczesność. Dlaczego teraz jest tak, jak jest. Dlaczego czasami ktoś ma zamkniętą głowę? Może się wychował w takich realiach, że ciężko mu uwierzyć we własne siły, skoro wmawiali mu, że człowiek nic nie może, bo tylko społeczeństwo jest wartością. Ja chcę pokazywać ludziom, żeby się nie bali być indywidualistami.

Satynowy płaszcz Dries Van Noten, zegarek Omega, srebrny sygnet Stettin; stylizacja: Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
Czy chcesz powiedzieć, że to dzięki mamie, jej wsparciu jesteś artystą? Skąd się w tobie wzięła potrzeba uprawiania sztuki?
Szczerze? Jestem dzieckiem telewizji. Rodzice dużo pracowali. Tata był maszynistą, mama też pracowała na kolei. Pracowali dużo, żeby dać radę. Mam dwójkę rodzeństwa, trzeba było jakoś wiązać koniec z końcem. Mam po rodzicach etos pracy, choć zauważam to tak naprawdę dopiero teraz. Pracuję codziennie od 7 do 23, do tego podróże, social media i tak dalej. Dziś rozumiem, że to mama pokazała mi, że praca daje rezultaty. Ale sama zajawka na muzykę wzięła się z telewizji. Mój starszy brat miał cały czas odpaloną Viva TV – kanał muzyczny. On słuchał elektroniki, mnie fascynował rap. Tworzyć zacząłem z nudów.
Pochodzę z Opoczna, dwadzieścia parę tysięcy mieszkańców. Jeśli nie masz tam własnego biznesu albo dobrej pracy, to chcesz wyjechać. Ja też chciałem. Dziś wolałbym coś dać swojemu miastu, grywam tam koncerty darmowe, robimy charytatywne rzeczy. Lubię to miasto, mimo że właściwie mnie jako artystę stworzyło to, że tam się nic nie działo. Nie tylko mnie, bo Kuban, mój przyjaciel od dziecka, jest też bardzo znanym raperem, wyprzedał Torwar w zeszłym roku. Kiedyś jako dzieciaki obiecaliśmy sobie, że zostaniemy raperami. Nie mieliśmy żadnych innych perspektyw, nie było jeszcze nawet wtedy basenów w Opocznie, nie było nic do roboty. Nagle poczuliśmy, że muzyka sama nas wybrała.
Gdy zaczynaliśmy, nie wyobrażałem sobie jakiejś wielkiej kariery, nie chodziło o pieniądze, to był po prostu przymus. Było nas więcej, myślę, że ze dwudziestu. Spotykaliśmy się w szkole, jeden przynosił gitarę i freestyle’owaliśmy, graliśmy i tam poczułem, że jestem w tym dobry. Kiedy przeprowadziłem się do Kielc, tam były już bitwy freestyle’owe. Nieźle mi szło, ale przegrywałem, bo byłem obcy. Nie byłem z Kielc, nie miałem sympatyków. I to był prawdziwy impuls. Byłem jak Eminem w filmie „8 mila”. Mój styl rapowania, a także ubierania się budził tam kontrowersje – 15 lat temu, jak włożyłeś różową bluzę, to był w Kielcach szok.

Moherowa marynarka, koszula, szorty, skarpetki z monogramem, okulary i torba Louis Vuitton, zegarek Omega, sygnet Stettin, buty Dries Van Noten; stylizacja Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
Przejmowałeś się?
Oczywiście, że się przejmowałem, ale mnie hejt motywuje. Od dziecka byłem pokazywany palcami, byłem najpopularniejszy w klasie, byłem liderem, a to się wiąże z tym, że kiedy się odwracasz, ktoś ci wbija nóż w plecy. To był ten rodzaj popularności, która w innych budzi niechęć. Od dziecka tak miałem, więc dziś, kiedy mnie pytają, czy mi sodówa nie uderzyła do głowy, mówię im, że ja się z tą sodówą już urodziłem. Miałem 10 lat i chodziłem ubrany jak skate, bo choć mnie wytykali palcami, stawiałem na swoim, jeśli czułem, że coś jest oryginalne i fajne. Mama zawsze w tym mnie wspierała, akceptowała tę moją inność. Mamy moich kolegów zabraniały im chodzić w takich ciuchach, ale moja mówiła: „Synu, noś, co chcesz, bądź taki, jaki chcesz, tylko dobrze się zachowuj i się dobrze ucz”. Wiadomo, nie?
To są dobre zasady.
Mama zawsze była po mojej stronie, choć byłem czarną owcą, bo moja rodzina jest raczej mało rapowa, to bardziej klimat disco polo. Więc kiedy w spodniach 4XL z warkoczykami na głowie i w koszulce „na ministranta” wjeżdżałem na wigilię u rodziny na wsi, to z kogo się śmiali wszyscy wujkowie? Ja w płacz i do mamy, a mama jak lwica walczyła o moją inność. To mi pozwoliło rozwijać tę inność. To dało mi de facto moją karierę, sukcesy, finansową stabilność. Jestem artystą, bo mama zawsze kibicowała mi w tym, żebym był sobą.
Miałeś w rodzinie jakiś wzór?
Właśnie nie bardzo, nie mam w rodzinie nikogo, kto jest muzykiem. A ja zawsze jestem głodny nowych rzeczy, nowej wiedzy, nie boję się próbować. Wolę się przekonać, że coś nie jest dla mnie, niż żyć w niewiedzy. Jestem raperem, ale to nie znaczy, że słucham tylko rapu. Projektuję swoje ubrania na scenę, bo jestem ciekawy mody. Ciekawość to klucz do długowieczności. Kto wysiada z pociągu ciekawości, zostaje na stacji. Jeśli chcesz jechać dalej z młodymi ludźmi, którzy mają w jednym palcu najnowsze trendy, wsiadasz do ich przedziału, rozmawiasz z nimi, uczysz się od nich.

Plisowany płaszcz i koszula ze stójką Homme Plisse Issey Miyake/vitkac.com, spodnie Maison Margiela/vitkac.com, buty Zegna, krawat i spinka vintage Celine/ Today Is Boring, kowbojki z kryształami Doka/ Today Is Boring; stylizacja: Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
I wzajemnie się inspirujecie. Ty pomagasz młodym zrobić pierwszy krok.
Ostatnie pół roku spędziłem w Los Angeles, kręcąc klipy z God.wifi, moją młodą współpracowniczką, kiedyś fanką. Dużo mi daje jej młodzieńcze, inne spojrzenie na muzykę, a z kolei ja mogłem jej pomóc w wydaniu muzyki.
Dlaczego akurat w Los Angeles?
Bo ludzie tam nas kupują. Przez tę naszą polskość. Niektórym wydaje się, że ta polska inność powoduje jakiś kompleks, ale ja tu raczej wychodzę z założenia, że oni nic o nas nie wiedzą, bo jesteśmy egzotyczni i tak faktycznie jest.
Ludzie w Stanach się tym jarają, dla nich jesteśmy jak Korea Południowa, przy czym ostatni rok dla Polski to jest wznoszący czas. Dużo się o nas mówi, dużo ludzi przyjeżdża tutaj, Polska jest cool po prostu. Wymieszaliśmy pierwiastki Wschodu i Zachodu w taki sposób, w jaki żaden inny naród tego nie zrobił, i dlatego w LA ludzie się jarają naszymi pracami, moimi teledyskami, zdjęciami, które robi God.wifi. Nawet mi przyszło do głowy, żeby rzucić wszystko na rok, jechać do LA i produkować teledyski dla artystów stamtąd. Zastanawiam się, czy życie nie jest za krótkie na jedno życie. Wiesz, o co mi chodzi? Czy nie byłoby fajnie pozostawić życie rapera, przeprowadzić się do innego kraju i zbudować tam wszystko od zera i zobaczyć, jak to by było. Jest jeszcze coś na tym świecie, co może się okazać kolejnym moim talentem.
Co mógłbyś robić twórczo i z przyjemnością?
A co, jeśli się okaże, że będę np. zajebistym reżyserem filmów? Chciałbym kiedyś to zrobić. Jak Taco Hemingway, który gdzieś w Londynie znika z polskiego rapu na dwa, trzy lata, żeby być Filipem, nie Taco Hemingwayem. Ty nie tęsknisz za tym, żeby mieć dwa życia naraz? Żeby mieć tę wyrazistość i rozpoznawalność z jednej strony i święty spokój z czasem na normalny rozwój z drugiej.
I żeby się sprawdzić w kolejnej dziedzinie. Ryzyko jest takie, że kiedy zostawiasz swój sukces samopas, potem może trudno będzie wrócić.
Mnie to jara. W Stanach ludzie poznawali naszą sztukę, zanim się dowiedzieli, że mam miliony wyświetleń. Widzieli teledysk, podobało im się, choć nie wiedzieli, kim jestem, a to dla mnie było potwierdzeniem tego, że robię fajne rzeczy. Słyszałem od nich: „Wow! My nie robimy takich rzeczy, a wy robicie, macie świetny vibe”.
Jesteś wyjątkowym przykładem, bo my w Polsce często nie potrafimy docenić nie tylko siebie samych, brakuje nam wiary w siebie i w to, że to, co się dzieje dookoła nas, jest wyjątkowe.
Myślimy, że jesteśmy przeciętni, a nasze autostrady są trzy razy lepsze niż włoskie i niemieckie. Wydaje mi się, że aby pokochać Polskę, trzeba wyjechać na dłużej. Wracasz i mówisz, ale tu jest wszystko dobrze wymyślone. Moja koleżanka z São Paulo dziwiła się, że mamy na tramwaj oddzielną linię, oddzielną na ścieżkę rowerową i osobną na chodnik. My nie tylko nie doceniamy siebie samych, nie doceniamy też naszych przedstawicieli, których doceniają ludzie na świecie. Mam taki modowy przykład.

Haftowana kryształami piżama Dolce & Gabbana, buty Saint Laurent; stylizacja Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
No opowiadaj.
Był tydzień mody w Mediolanie, ubierała mnie marka Iceberg. No to było niezwykłe, mega kolorowe, ja nie mam granic, jeśli nikt nie chce czegoś włożyć, ja to włożę. Wrzuciłem zdjęcia i mnie tutaj wyśmiali. Ale Iceberg napisał: „Może nie byliście najpopularniejsi na tym pokazie, ale wyglądaliście najlepiej”. Ci, co się na tym znają, chwalili nas, moją dziewczynę i mnie, że pokazaliśmy tę markę w bardzo nowoczesny sposób, a na naszym podwórku oblali nas wiadrem szamba.
Wiem, to boli, ale liczą się jednak opinie ludzi, którzy się znają.
Uczyłem się tego przez całą karierę. Zacząłem od kawałka „Pokora”, w którym śpiewałem: „Nie nauczą mnie pokory”, ale paradoksalnie tego właśnie nauczyło mnie życie. Pokory i tego, żeby czerpać z doświadczeń innych ludzi. To klucz do rozwoju. Po co samemu popełniać błąd, który już ktoś przed tobą popełnił?
Młodzi ludzie mają z tym problem.
Sam miałem z tym problem, przecież kiedy jesteś młody, wiesz wszystko najlepiej, nie? Ale ważne jest, kiedy wierzysz w siebie, kiedy masz własne zdanie, żeby dopuścić głos specjalistów, ludzi, którzy się na czymś znają. Biznesmen, który ma pięć dobrze prosperujących firm, ma prawo cię uczyć biznesu. A projektant, którego ubrania ludzie naprawdę lubią, ma prawo ci powiedzieć, że coś jest słabe w modzie, a coś jest dobre.
My w Polsce mamy jakiś problem z uznawaniem sukcesów, z nienawiścią, może zazdrością. W Stanach cudzy sukces staje się inspiracją. Miałem taką rozmowę z bezdomnym. Poprosił mnie o papieroska, powiedziałem, że nie mam, wsiadam do Cybertrucka, a on, człowiek, który mieszka na ulicy, mówi do mnie: „You are beautiful”. A ja mówię: „Dziękuję, bardzo mi miło i życzę ci, żebyś sobie poradził, żebyś wrócił do domu, do normalnego życia”. A on mówi: „You don’t understand, they are jealous, cause you are beautiful”. American dream dotyczy bardzo niewielkiej liczby ludzi. Ameryka to nie są Kardashianki, Travis Scott i gracze NBA, tylko bardzo dużo ubogich, bezdomnych ludzi, osób żyjących poniżej normy społecznej, ale american dream polega na tym, że widzisz kogoś, kto osiągnął sukces, startując z normalnego miejsca, może nawet z nizin społecznych, i to jest dla ciebie przykład, że ty też możesz pewnego dnia osiągnąć sukces.
U nas – wydaje mi się – jest odwrotnie. Często nie życzymy ludziom, żeby mieli lepiej, ale żeby mieli tak źle jak my. Dla mnie to przykra refleksja, bo ja też jestem z blokowiska. Każdy marzy o tym, żeby wszystkich swoich ziomków z bloku zabrać do willi, prawda? Zresztą to się czasem dzieje w Ameryce. Zabierają ludzi do tej willi, utrzymują po dwudziestu kumpli, kupują im Rolexy, ciuchy, całe sklepy Louis Vuitton. A dwa lata później sami zasuwają w Macu czy gdzieś, bo wszystko przetrwonili. Gucci Mane, legenda rapu, zachorował na schizofrenię. Podczas nawrotu choroby rozdawał łańcuchy, pierścienie, które kosztowały miliony dolarów, oddawał je kolegom, którzy mieli świadomość, że ma epizod chorobowy i przyjmowali tę biżuterię bez problemu. Podobny epizod miał Kanye West, rozdał wszystkie swoje Lambo kolegom.
Ale są i pozytywne historie. Ktoś zaczyna rapować, jego kumpel łapie za kamerę i mówi: „Ja nie robię klipów jeszcze, ale skoro ty zaczynasz rapować, to ja zaczynam robić klipy”. Trzeci mówi: „Ja zaczynam robić bity”. Czwarty zostaje fotografem. Można osiągnąć sukces, grając w drużynie. Jeżeli wszyscy chcemy, mamy kapitana, to możemy popłynąć na wspólnym statku.
Otoczenie buduje rzeczywistość. Twoja energia i podejście do życia zależą od energii ludzi, którymi się otaczasz. Kiedyś robiłem materiał o Robercie Lewandowskim, rozmawiając ze wszystkimi jego kumplami. Jeden z nich został jego prawnikiem, inny ochroniarzem, potem założył firmę transportową, trzeci jest jego menedżerem. Stworzyli drużynę.
W moim życiu to najbliżsi przyjaciele łamali mi serce. Do tego stopnia, że skreślasz ludzkość całą. Ale ja kocham patrzeć na to, jak człowiek może rozwinąć pełny potencjał. Na przykład God.wifi – poznałem ją z dziewięć lat temu, była moją fanką, a teraz jest dojrzałą osobowością, naprawdę się rozwija i łezka mi się kręci w oku, jak widzę, że moja pomoc dała jej trochę wiatru w żagle, kiedy tego najbardziej potrzebowała. Kocham Polskę za ten potencjał, jaki jest w ludziach. Bo jest, tylko zniewolony tym ograniczeniem z poprzedniego systemu, który tłumił wiarę w siebie.
Nie obawiasz się, że God.wifi pewnego dnia pofrunie gdzieś dalej?
Miałem już takie sytuacje w życiu i na pewno nie było to dla mnie łatwe, ale taka jest kolej rzeczy. Jestem niezależną osobą, więc rozumiem też niezależność innych ludzi, ale lojalność cenię bardzo. Ponad wszystko. To najbardziej zanikająca cecha wśród młodych ludzi. Nie wiem, czy to przez internet, przez płytkość tych kontaktów, ale ludzie bardzo łatwo porzucają przyjaciół i znajdują nowych. Dla mnie relacja ma swoje znaczenie. Każda więź niesie z sobą plusy i minusy.
Mama mnie nauczyła, że więź to jest coś bardzo wartościowego. Nauczyła mnie, żeby nie być dłużnym wobec nikogo i dla mnie to jest naturalne, że dług lojalności jest prawdziwy i ja nigdy w życiu nie złamałem takiego długu. Nie chodzi o to, że ty mi pomogłeś, to teraz ja muszę być wiecznie lojalny. Nie musisz. Ale jeśli będziesz, ja to docenię, zbudujemy długoterminową relację. Przyjaźń, miłość są na tym zbudowane. To był nasz osiedlowy kodeks honorowy.
A teraz brakuje zasad. Kiedyś, kiedy zrobiłem coś głupiego, to mnie nie karała mama, tylko starszy koleś z osiedla. Przyszedł, powiedział: „No co wy robicie tutaj?”, i piłkę zabrał. A dzisiaj co? Żadnych zasad.

Marynarka, spodnie, krawat i koszula z monogramem Herse, zegarek Omega, okulary Cartier, sygnet The Great Frog, buty Dries Van Noten, skarpetki Uniqlo; stylizacja: Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
A jakie są twoje zasady?
Możesz oczekiwać od ludzi tylko tego, co sam im dajesz. Jeżeli nie jesteś lojalny, nie oczekuj lojalności. Jeżeli sam nie traktujesz ludzi równo, no to nie oczekuj, że będziesz traktowany na równi. Jeżeli chcesz pokazać komuś, jak być lojalnym, pokaż mu to na swoim przykładzie. Rozmawiam z młodymi i wiem, że ciężko jest im znaleźć taką osobę, social media wpędziły ich w totalny brak zaufania. Za moich czasów, gdyby ktoś na imprezie kogoś nagrywał, jak tamten zalicza przysłowiowego zgona, byłby zaraz wygnany z imprezy. Dziś ktoś nagrywa i od razu wrzuca do internetu, żeby zdobywać lajki. Dla mnie to nie do pomyślenia, a teraz to normalne.
Chciałbym jeszcze wrócić do twojej młodości, do tego momentu przełomu, w którym zrozumiałeś, że rap to już nie tylko hobby, lecz także życiowe spełnienie.
Kiedy zaczynałem, rap był niezależny, dużo można było zrobić na YouTubie. Wrzucałeś i się działo. Dziś wiele zależy od wytwórni, od Spotify, od iTunes. Nie trzeba było tego zgłaszać, specjalnie dystrybuować. Moje pierwsze teledyski kręcił kolega kamerką GoPro, nagraliśmy to wspólnie, wrzuciliśmy na kanał i już. Zadziałało. To było bardzo nowoczesne. Negatywne emocje u starszego pokolenia raperów wzbudziło użycie demonizowanego autotune, czyli modulatora głosu. Grałem na nim jak na instrumencie. Nie chodziło o kamuflowanie niedoskonałości śpiewu, ale odwrotnie – o użycie tych niedoskonałości do stworzenia melodii. Autotune pomaga mi to robić. No, ale też zadbałem, żeby wyglądać swagowo.
Swagowo, czyli stylowo po prostu.
I zauważalnie. No i zadbałem, żeby muzyka nie była dołująca. Ja bardzo szanuję polski rap, czułem jego wpływ na moje życie. Zwłaszcza Molestę czy Borixona, który potem stał się ojcem chrzestnym mojego rapu, podał mi rękę i pozwolił się uczyć. Borixon był kolorowy, amerykański i ja też chciałem tworzyć taką muzykę. Kolorową i motywującą. Ludzie często wyciągają z mojej muzyki same negatywy, nawijki o seksie, pieniądzach, używkach i imprezach. O tym jest rap, ale ważne jest, co przemyca między tymi słowami, i nagle do kogoś trafia jakaś myśl: „Ej, może to jest racja, nie?”. A jakbyś napisał poradnik życia, to nikt tego nie odpali, bo pomyśli: „Nikt mi nie będzie mówił, jak żyć”. Ja zresztą tego nie robię. Ja mówię, jak żyłem, co zrobiłem i jak to się udało.
W mojej muzyce liczy się motywacja. To jest impuls, który daję ludziom. Zawsze im mówię, żeby wierzyli w siebie, żeby obierali własną drogę. Mówię o tym, jak ja byłem dyskredytowany przez środowisko, jak pani w szkole uprzykrzała mi życie, jak robiłem rap po szkole i jak się stałem gwiazdą liceum, no i – gdy już się przeprowadziłem do Kielc – jak miałem pod górę w środowisku. Wielu ludzi tak ma. Rysują, uprawiają sport, a szkoła może im dodać skrzydeł albo uśrednić.

Marynarka i koszula Versace/ vitkac.com, okulary Jacques Marie Mage/Moko 61; stylizacja Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
Bo masz być taki, jak masz być. Jeśli nie spełniasz oczekiwań, to jeszcze damy ci łatkę, że jesteś jakiś inny.
A jacy są wybitni ludzie? Malarz nie musi rozwiązywać działania matematycznego, a matematyk nie musi umieć malować. Wielu geniuszy na świecie nie poznaliśmy, bo środowisko ich uśredniło. Ja od 10 lat mówię fanom: „Patrzcie oto ziomek z małego miasta, syn kolejarzy, bez wykształcenia muzycznego, wyprzedaje ogromne koncerty, a ludzie jarają się tą muzyką. Bierzcie przykład”. Właśnie wydałem o tym płytę, nazywa się „Hollywood Smile”.
Skąd ten tytuł?
Zrobiłem sobie grill na zęby, który widziałem u raperów z Ameryki, gdy byłem dzieckiem. Pojechałem do Stanów i zrobiłem go u gościa, który robił go Beyoncé, Drake’owi, Travisowi Scottowi, największym raperom świata. Nazywa się Johnny Dang, jubiler z Teksasu wietnamskiego pochodzenia. Słyszałem kiedyś, jak raperzy nawijali o nim, pojawiał się w teledyskach, pisali o nim kawałki, gość legenda: „Johnny Dang”. Zresztą mój kawałek o nim też się tak nazywa. I teraz pokazuję fanom: „Patrzcie, ten koleś, który był zwykłym gościem, oglądał teledyski i mówił sobie, że kiedyś też tak chciałby mieć, jedzie do Stanów, bo tam powstał rap, ma takiego samego grilla, jeździ zajebistymi furami, robi fajne rzeczy, mieszka w pięciogwiazdkowych hotelach”. Ktoś mi powie, że to jest konsumpcjonizm totalny, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że ja spełniam marzenia 15-latka. Żyję życiem, które kiedyś mi imponowało, ale na które nie mogłem sobie pozwolić, ponieważ jestem chłopakiem z blokowiska. Nagrałem tę płytę po kryzysie twórczym. Musiałem zawrócić.
Do radości tworzenia?
Właśnie. A to właśnie było, kiedy miałem 15 lat i robiłem pierwsze freestyle’e. I powiedziałem sobie, co by zrobił 15-letni Żabson, gdyby mógł być w studiu z Wizem Khalifą? I zrozumiałem, że ja muszę być inspiracją dla ludzi, pokazać im, o czym marzyłem. I to chcę powiedzieć dzisiaj. Był system, który zniewolił ludzi, ale ja staram się z tym walczyć i widzieć światełko w tunelu. I mówię: „Ja mogłem, a nie jestem jakiś specjalny”. Wiesz, o co chodzi? Ja się po prostu starałem. Pracowałem. Porażki mnie nie pokonały. Jestem wyjątkowy tylko w tej wytrwałości. To jest moja moc.

Marynarka i koszula Versace/vitkac.com okulary Jacques Marie Mage/Moko 61; stylizacja Andrzej Sobolewski Autor zdjęcia: Zuza Krajewska
Słuchają cię prawie dwa miliony ludzi na Spotify, masz gigantyczne zasięgi na każdej platformie. Przy wszystkim, co potrafisz, jesteś świetny w marketingu i umiesz wykorzystywać modę. Czym ona jest dla ciebie?
To dla mnie przestrzeń do eksperymentów. Przede wszystkim ubrania są przedłużeniem charakteru. Nie wiem, czy szata zdobi człowieka, może nie zdobi, ale pokazuje, kim on jest. Widać, czy jest schludny, czy nie. Tego nie oszukasz. Nie mam stylisty, ale wokół mnie jest bardzo dużo osób, które stylizują innych, więc ich zapraszam, to są moi ziomale po prostu i wymyślamy, jak się ubrać. Moja dziewczyna jest królową mody i zawsze lubię, jak się ubiera.
Ile jesteście razem?
Pięć lat. Stałem się długodystansowcem, co dowodzi, że wszystko zależy od tego, na kogo trafisz. Nie da się tego oszukać, nie da się tego przemyśleć. Ja sobie mówiłem, że raper w klubie raczej nie znajduje miłości, tylko zabawę, no a moją dziewczynę poznałem w klubie. Śmiejemy się z tego do dzisiaj. Jesteśmy sobie przeznaczeni i okazało się, że moda jest też naszym łącznikiem. Ona się bardzo cieszy, że ja rozumiem język mody. Dziewczyny lubią, kiedy chłopak go kuma. Czasami to ja ją stylizuję. Mówię: „Nie, no, w tym wyglądasz gorzej, może zmień to na to”. Nieraz ona mnie stylizuje i to jest jakaś kolejna więź w naszej relacji. Pojechaliśmy na tydzień mody razem, mogliśmy się tam zaprezentować jako para. Jak gdzieś wychodzimy, to zawsze mówimy „dziękujemy”, bo mieliśmy okazję się ładnie ubrać. Event nie jest dla nas tak ważny jak to, że razem wymyślamy stylówkę pasującą do siebie. Mówimy, że wyglądamy jak szefowie.
Oboje dużo pracujecie, podróżujecie. Jak sobie z tym radzicie?
Teraz właśnie, podczas tego pracowitego okresu zrozumiałem, jakie to jest cudowne, że ona mi nie robi problemów, że nie dzwoni z pretensją: „Jak my mamy być razem?”. Moja dziewczyna nigdy mi nie zrobiła czegoś takiego, rozumie takie życie, bo nieraz wyjeżdża w ramach kampanii czy na zaproszenie jakiejś marki i wtedy ona pracuje, nie może się do mnie odezwać. Rozumiemy to oboje. Wspieramy się w tym, jakbyśmy byli sobie nawzajem menedżerami. Pomaga mi się zorganizować, bo ja przez ADHD mam czasem 15 zadań na linii frontu i ona mówi: „Usiądźmy, ja ci to spiszę, żebyś był spokojny”. Ja z kolei bardzo wspieram jej pomysły. Teraz produkuję jej nowe odcinki na YouTubie, bo mam doświadczenia z teledysków. Mogłaby kogoś wynająć, stać ją na to, ma budżet na nowy projekt, ale ja to potrafię, więc robię. I to z przyjemnością. Uważam, że dobre jest i po prostu zdrowe kibicowanie sobie i podziwianie wzajemnych sukcesów.
Myślę, że Lila i ja właśnie teraz się najbardziej kochamy, po pięciu latach tego związku. Śmiejemy się czasem, że dopiero teraz jesteśmy najszczęśliwsi i najbardziej zakochani, cieszymy się z tego, bo to prognozuje, że za pięć kolejnych lat będzie jeszcze lepiej. Głębiej i pełniej. Nie będę ukrywał – każdy ma problemy i my swoje mieliśmy, ale żeby się cieszyć z sukcesu drugiej osoby, trzeba też swoją lekcję przejść, prawda? Przepracować traumy, niespełnione oczekiwania wobec samego siebie. Przezwyciężyć niepewność, niską samoocenę, brak wiary w siebie.
Opowiedziałem jej o moim świecie, a ona mi z kolei uchyliła rąbka tego kobiecego: make-upu, influencingu, stylówek, rzeczy, których czasem mężczyźni nie zauważają. A to bardzo ważne, gdy bliska osoba cię szanuje, dostrzega, rozumie twój świat. Wiem, jakie to ważne, bo na początku nikt nie dostrzegał, że mam jakiś talent.
Tak to pamiętasz?
Nikt nie zauważył, że dużo szybciej od innych zapamiętuję teksty. Na apelu w szkole to ja zawsze mówiłem. Miałem to już gdzieś w sobie. Dobrze śpiewałem. I nikt tego nie zauważył. Nikt nie zapytał: „Może ty będziesz śpiewał, może pójdziesz w to, może zostaniesz aktorem?”. Mama wierzyła, ale wszyscy inni przegapili. Zauważanie w innych ludziach różnych rzeczy ma wielką siłę. To też jest talent. Może w ogóle najważniejszy.
Dar.
Czasem z takiej iskierki może wyjść jakiś król świata, wiesz, o co chodzi, laureat Nagrody Nobla, gość, który wyprzedaje stadiony. Ale żeby tak się mogło stać, musi pojawić się na jego drodze ta jedna, tylko jedna osoba, która rozpali ten ogień. Bo wszystko tam już czeka, ale czasem ludzie nie mają w sobie tej siły. Ja chcę im ją dawać. Moja droga jest dobrym przykładem.
Grooming Gosia Macias
Scenografia Anna Rosłaniec
Asystenci fotografki Igor Rębiś, Krystian Strupieniuk
Asystent scenografki Mateusz Lewandowski
Produkcja Piotr Fiedler, Zbyszek Szymańczyk
Artykuł oryginalnie ukazał się w drugim numerze GQ Poland.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.
