W królestwie absurdów: Vogule Poland i ich scenariusze na przyszłość
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
W królestwie absurdów: Vogule Poland i ich scenariusze na przyszłość
Madam i Patryk Chilewicz z Vogule Poland nie potrzebują strategii ani wielkich manifestów. Wystarczy im celebrycki chaos, który analizują z równą dawką humoru i ironii. Z Barcelony oglądają polski szołbiznes jak przez lustro weneckie. Celebryci nie mogą spać spokojnie.
Udostępnij

Vogule Poland Autor zdjęcia: Bartłomiej Kaczmarek, kolaż GQ Poland
Przyszłość. To o niej głównie chcą rozmawiać Madam i Patryk Chilewicz z duetu Vogule Poland. – Mamy premierę naszego singla (pt. „Vogule Poland” – przyp. red.). Planujemy również nagrać do niego teledysk – mówi Madam chwilę po tym, jak rozsiadamy się w śniadaniowni na warszawskim pl. Grzybowskim. Spotykamy się na dzień przed ich koncertem „Winda do nieba” w Progresji.
Są barwnymi ptakami w sterylnej przestrzeni z blachy, cementu, drewna i szkła, wypełnionej ludźmi w szarych swetrach, ciężkich płaszczach i parkach w kolorze militarnej zieleni. W końcu mamy listopad. Oni jakby na przekór. Madam w tęczowej bluzie z nadrukiem wielkiego ślimaka, różowymi pazami w zielone płomienie i łańcuszkiem z okiem zamkniętym w sercu, przypominającym wytwór mrocznego umysłu Guillermo del Torro. Patryk matchuje się z nim tą kampową ekstrawagancją. Ma na sobie różowy sweter z zieloną twarzą i bujną czupryną z wełnianych nici. Spodnie w szalonych kolorach. Na szyi łańcuszek ze świecidełkami. Ten pierwszy ma burzę (teraz czarnych, bo często farbuje) włosów. Ten drugi jest łysy.
Słońce przywieźli z Barcelony, do której pięć lat temu przeprowadzili się z powodu homofobii w Polsce.
– Mam wrażenie, że mój styl cały czas ewoluuje, to niekończąca się podróż – komentuje Patryk, kiedy pytam o to, co mają na sobie. – Po prostu tak się teraz czuję. My nad tym (modą – przyp. red.) specjalnie nie filozofujemy.
Kiedy mieszkali w centrum Warszawy, ich styl był dużo bardziej zachowawczy.
– Regularnie spotykaliśmy się z zaczepkami na ulicy. To było oczywiste, że się hamowaliśmy, ze strachu o własne bezpieczeństwo – dodaje Madam.
Vogule Poland to marka, której nie da się pomylić z żadną inną. Powstała blisko 14 lat temu jako projekt Patryka. Choć z Madamem w związku są od dekady (w 2023 roku wzięli ślub), w duecie działają od ośmiu lat. Niemal każdego dnia na YouTubie sieją popkulturowy ferment. Ich „Prasówka” to bezpośredni komentarz do najświeższych dramatów z rodzimej celebrosfery, przegląd tego, czym żyje szołbiznes, i tego, co oni sami przeżywają, zwykle z lekką przesadą i ironią.
Do kraju przyjeżdżają jako turyści, biznesowo, grać koncerty. Przy okazji odwiedzają najbliższych.
Hiszpania dała im dużo swobody. Nie zastanawiają się już, co myślą o nich inni. Odpuścili nerwówkę. Złapali się też za rękę na ulicy. Czy emigracja otworzyła ich kreatywnie? Trudno im spekulować, czy nowe pomysły nie narodziłyby się też w Polsce. Za to zorganizowali Remont Tour, by zarobić na odświeżenie mieszkania, które kupili w Barcelonie. W planach mają swój własny festiwal (ale o nim na razie cicho sza). Patryk w przyszłym roku wydaje powieść częściowo opartą na swojej biografii.
Tymczasem na YouTubie nagranie goni nagranie („Vogule co myślisz”, „Cokolwiek”, „Memories” – by wymienić tylko kilka cyklów). Ich przywitanie: „Cześć wszystkim”, „Dzień dobry”, „Tu Patryk Chilewicz”, „Madam”, dla wielu osób (na YT mają 276 tysięcy subów) jest początkiem niemal codziennego rytuału.
– W dużej mierze nasze życie internetowe polega na tym, że przeżywamy wszystko trochę „na próbę”, a potem dzielimy się tym z innymi – mówi Madam, zapowiadając e-book „Vogule to Barcelona”, ich autorski przewodnik po mieście, w duchu cyklu „Vogule Travel”, w którym donoszą o ich podróżniczych wtopach. – Dzielimy się zarówno sukcesami, jak i porażkami. Ostrzegamy albo próbujemy jakoś wpłynąć na to, żeby odbiorcy nie popełniali naszych błędów.
Teraz nad bajglem z burakiem i jajkami poche Patryk i Madam snują wizję swojej przyszłości. Choć bez biznesplanu. Nawet wejście na rynek muzyczny nazywają kaprysem, fanaberią. Obudzili się pewnego dnia i stwierdzili: „To dobry pomysł”.
Może to tylko takie gadanie, by utrzymać undergroundowy status chochlika polskiego celebryckiego poletka? Może najszczersza prawda?
Ale skoro twierdzą, że działają bez większego planu, tym chętniej pytam o jedno zdanie na końcu ich singla, które – skierowane do rodzimych gwiazd i gwiazdeczek szołbizu – brzmi jak plan na całe życie duetu:
„Mogę ci powiedzieć tylko to, że do końca świata i jeden dzień dużej my będziemy relacjonować wszystkie twoje odpały. Masz to jak w banku”.
Czyli celebryci, celebrytki nie mogą czuć się bezpieczni?
– To już zależy od tego, jak poprowadzą swoją karierę – odpowiada Madam. – My tylko komentujemy rzeczywistość, nie bierzemy niczego z kosmosu. Jeśli ktoś robi coś chujowego, śmiesznego albo żenującego, to po prostu o tym mówimy.
O gwiazdach chłopacy z Vogule Poland mogą nawijać bez końca.

Vogule Poland Autor zdjęcia: Bartłomiej Kaczmarek
Miesiąc przed ich wizytą w Polsce i naszym wspólnym śniadaniem łączymy się na Zoomie, by porozmawiać o tym, co ich triggeruje w celebrytach, że chcą o nich publicznie gadać?
– Kłamstwo, sztuczność, hipokryzja, czyli ogólnie to, z czego gwiazdy słyną najbardziej – wymienia Madam. – To całe prezentowanie fikcji pod przykrywką prawdy.
Patryk dodaje, że zdarza im się denerwować na kuriozalne sytuacje, ale starają się przekształcać to w śmiech. Podaje przykład detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, który kilkuletniemu synowi kupił absurdalnie drogie auto. Albo Agnieszki Kaczorowskej, robiącej dramę w „Tańcu z gwiazdami” tylko po to, by (najprawdopodobniej) wypromować własne perfumy.
– (Podczas codziennego scrollowania – przyp. red.) najbardziej pobudzają mnie te momenty, kiedy gwiazdy kompletnie tracą kontakt z rzeczywistością i metaforycznie przestają dotykać trawy – dodaje Chilewicz.
Vogule Poland pokazują, że nie warto ginąć w okopach internetowych komentarzy za ulubionego celebrytę. Podobnie jak nie warto urządzać wirtualnego linczu na kimś, kogo się nie trawi. Można po prostu mieć większy dystans do życia osób, które żyją gdzieś daleko i pokazują tylko wycinek swojej rzeczywistości.
Choć z tym dystansem bywa różnie.
– Staramy się nikogo personalnie nie obrażać, choć czasami jest ciężko – wtrąca Madam. – Niekiedy nie mamy wyjścia, bo np. jeśli rozmawiasz o działaniach Marianny Schreiber, musisz nazwać rzeczy po imieniu.
Podczas śniadania na pl. Grzybowskim pojawia się podobny temat, tym razem Daniela Martyniuka, syna słynnego discopolowca.
– Kiedyś rozmowa o nim nie wzbudziłaby żadnych kontrowersji – zauważa Madam. – Teraz jest inaczej. Kiedy mówimy o kimś, nie stajemy „nad” nim, tylko podajemy fakty i prostujemy bzdury, które ten ktoś publiczny mówi. W przypadku Martyniuka chodzi o problemy natury psychicznej. Jeżeli publiczna osoba próbuje zawstydzić ludzi za to, że mają takie problemy, trzeba o tym otwarcie mówić. Nie ma się czego wstydzić, a wręcz powinno się być dumnym, jeśli prosi się o pomoc, bo to pierwszy krok do zmiany.
Pod materiałami o celebrycie podają numery pomocowe, by – jak mówi Patryk – „stawiać granice tego nieśmiesznego absurdu”. Obaj w pewnym momencie życia potrzebowali pomocy specjalistycznej i nadal z niej korzystają.
Dla mnie to sygnał, że traktują swoją publiczność poważnie, z troską, która w internetowym ekosystemie bywa rzadkością. To moment, kiedy ich żart przestaje być tylko żartem, a zaczyna działać jak system bezpieczeństwa dla oglądających. Tak tworzy się społeczność.

Madam Autor zdjęcia: Bartłomiej Kaczmarek
Dla osoby niezorientowanej nie tyle w polskim szołbiznesie, co w contencie prezentowanym przez Vogule Poland, język duetu nie do końca może być zrozumiały. W filmikach na YouTubie wracają enigmatyczne określenia, jak: „Kmiot”, „Nochalowska”, „Maskara”, „Mam tego dość”, „Hell win – znacie angielski”, „Solidarity, solidarity” czy „Lipa dupa”. Bardzo często pojawiają się nie tylko w kontekście osób, które niegdyś je wypowiedziały, lecz także jako przerywniki, wtrącenia w wypowiedziach Patryka i Madama. Tak jakby posługiwali się specjalnym kodem. Tylko jego poznanie gwarantuje w pełni dołączenie do tej wspólnoty śmiechu.
Chilewicz co prawda nie chce tego nadmiernie roztrząsać, ale gdyby miał wskazać na kim bardziej mu zależy - na stałych czy nowych odbiorcach, odbiorczyniach – wybrałby tych pierwszych.
Madam jednak protestuje. – Ważne jest dla nas też to, żeby zarabiać pieniądze, bo musimy z czegoś żyć i funkcjonować. Dlatego ważne są nowe osoby. Ale jednocześnie zawsze poruszamy tematy, które nas interesują, niezależnie od tego, czy są one klikalne, czy nie – mówi. Na kanale wielokrotnie z przekąsem stwierdzał, że jego mąż nie jest dobry w pieniądze.
Aby przyciągnąć nową widownię, wybierają również te tematy, które w danej chwili najbardziej grzeją publikę.
Jednak to oddane vogulemaniaczki i vogulemaniacy, jak nazywają swoich fanów i fanki, są głównym core’em przekazu chłopaków. Wiele z tych osób z nimi dojrzewało.
Pytam, czy mają sprecyzowane oczekiwania wobec nich.
– Kiedyś liczyłem, że zawsze będą mnie trzymały w takiej metaforycznej kołysce – będą mnie wspierały, „miziałły”, dodawały otuchy – mówi Patryk. W pewnym momencie skonfrontował się jednak z rzeczywistością i zobaczył, że świat nie jest tak skonstruowany. Tym bardziej ten wirtualny. Hejt to ich chleb powszedni. Mimo że filtry YouTube’a skutecznie blokują mowę nienawiści, Chilewicz porzucił oczekiwania wobec innych.
Madam stara się nie czytać komentarzy, też tych na innych socialach, choć nie przychodzi mu to łatwo. – Ciągle balansujemy – stwierdza z goryczą w głosie. – Z jednej strony jest wymiana energii – my coś publikujemy, ludzie to odbierają, wyrażają swoje zdanie, więc wypadałoby poczytać, co mają do powiedzenia. Z drugiej strony istnieje ryzyko, że negatywne komentarze wpłyną na mnie i zmienią mój nastrój, pogląd.
Jest bardziej pamiętliwy niż mąż. Dodaje: - Kiedy ktoś napisze coś niemiłego, to nie chodzi o to, że zaczynam się zastanawiać, czy jestem „słoniem” – wiem, że nim nie jestem.
Ma na myśli sytuację, gdy ktoś go źle zrozumie lub coś błędnie zinterpretuje. Wtedy zaczyna analizować: „Może nie tak to wyszło?”, „Może należałoby coś wyjaśnić?”. Wie, że nie ma to najmniejszego sensu, bo nigdy nie przekona wszystkich do siebie ani do swojego zdania.
Jednak potrzeba bycia powszechnie lubianym siedzi zbyt głęboko.
– Pewnie to pozostałość z traumatycznego dzieciństwa. Wtedy często byłem wybierany ostatni, wytykano mnie palcami. Patryk miał podobnie – kontynuuje Madam. – W pewnym momencie sami się w tym zatraciliśmy. Kiedy wszyscy byli mili dookoła, myśleliśmy: „Wszyscy nas lubią!”. Ale to bardzo powierzchowne. Ktoś może cię lubić w jednej chwili, a za chwilę nienawidzić.
Dopytuję, czy celebryci, celebrytki chcą się z nimi kumplować. Przechodzili różne etapy koegzystencji. Kiedy byli nierozpoznawalni, tamci udawali, że w ogóle nie istnieją. Gdy zaczęli zdobywać pewną widoczność, gwiazdy nagle chciały być ich znajomymi. Kiedy zaś przestali budzić zainteresowanie, ci sami ludzie natychmiast o nich zapominali – znów udając, że w ogóle nie istnieją.
– Świadomie podjęliśmy decyzję o wyprowadzce do Hiszpanii, wiedząc, że wpłynie na naszą rozpoznawalność i działalność zawodową – słyszę od Madama. – Wtedy wielu celebrytów zaczęło nas blokować – tak po prostu. Ale to nie ma znaczenia, bo mamy fejkowe konta.
Nie potrzebują ich zainteresowania. Chcą, żeby po prostu żyli – jak mówią – odrealnionym życiem. Przyglądają się im jak przez weneckie lustro. Łakną ich dram, by móc je komentować.
Wierni i wierne kościoła Vogule Poland są głodni contentu.
Gdy wrzucam na IG pytanie, kto ogląda Vogule Poland i dlaczego, dosłownie zalewają mnie wiadomości. Czytam: „Są dobrym usypiaczem. Gadają takie clueless bzdury, że mózg tak szybko się nie męczy”. Albo: „Do oglądania wciągnęłam też swojego partnera, to nasz rytuał i źródło wewnętrznych żartów”.
Określenia: „rozrywka”, „odpoczynek po pracy”, „guilty pleasure” pojawiają się najczęściej. Ale nie tylko.
„Po okropnym rozstaniu, a potem dwóch śmierciach bliskich osób to było jedyne medium, które byłam w stanie konsumować” – pisze Maja w DM. Dodaje, że wieści ze świata szołbiznesu były wystarczająco błahe, żeby nie dociążać umysłu, a narracja chłopaków dość angażująca, żeby odciągnąć ją od własnych projekcji. Kontynuuje: „Ważne jest jeszcze to, że chłopaki otwarcie mówią o swoich trudnościach, o kryzysach psychicznych, potyczkach z codziennością, więc łatwo się z nimi utożsamić w momencie poczucia izolacji i nie nadążania”.
Do dziś to Mai safe space.
Dla wielu osób istotna jest też queerowa tożsamość Patryka i Madama, o której mówią otwarcie. Wspominali o swoim ślubie w hiszpańskim urzędzie – pokazując jednocześnie, jakie prawa tam uzyskali: chociażby pełną ochronę partnerską, uznanie ich rodziny przez państwo. Podkreślając, że te same podstawowe gwarancje, oczywiste w Hiszpanii, w Polsce wciąż pozostają poza zasięgiem.
Zauważam, że „bycie” reprezentacją brzmi jak ciężar. Im to zdaje się jednak nie przeszkadzać.
Odpowiedzialność widzą gdzieś indziej. Im zasięgi są większe, tym wzrasta rozpoznawalność (choć Madam podkreśla, że nie przekłada się ona na oglądalność kanału). Powoduje, że widownia oczekuje od nich komentarza również na palące, niekoniecznie celebryckie tematy, jak chociażby wspomniana sytuacja osób LGBT+ w Polsce.
– Czasami zapuszczamy się w takie „smutne” rejony, choć staramy się nie, bo naszym core jest raczej rozbawiać, rozluźniać i dobrze spędzać czas z ludźmi. Ale jeśli pojawia się coś poważnego, potrafimy zwrócić na to uwagę – mówi Patryk.
Z kolei komentując celebryckie dramy, dają platformę również toksycznym osobom, które żyją dla wzbudzania kontrowersji. Wiedzą, że ta relacja jest skomplikowana, bo działają jedną nogą w mainstreamie. – Mamy poczucie obowiązku i odpowiedzialności za to, co jest klikalne. Ale mam wrażenie, że jakoś nam to wychodzi – dodaje Chilewicz.
Tym „jakoś” jest inteligentny komentarz albo nagana. To też ciśnięcie zdrowej beki. Mają wyczucie. Chociaż ktoś i tak się pewnie obrazi.
Wreszcie są autentyczni. Co również podkreślają vogulemaniaczki i vogulemaniacy w DM-kach.

Patryk Chilewicz Autor zdjęcia: Bartłomiej Kaczmarek
W warszawskiej śniadaniowni siedzimy już przy resztkach zimnych kaw. Zagadaliśmy się. Patryk patrzy na zegarek. Przed nimi kolejny wywiad.
Pytam: – Wyobrażacie sobie moment, w którym nie macie już contentu?
Słyszę chóralne: Nie!
– On się sam tworzy. Dramy, dziwne sytuacje – same się dzieją – mówi Chilewicz.
Madam podaje konkretny przykład: - Czy ktoś przewidziałby, że przez ostatnie dwa lata ludzie będą mówić o Kasi Cichopek? Przecież to absurd – wydawałoby się, że coś takiego nie ma prawa zaistnieć. A o Kaczorowskiej? Aktorka grająca całe życie w „Klanie”. Kogo ona miałaby obchodzić? A jednak czas pokazał inaczej.
Po sekundzie dodaje: - Niektórzy celebryci bardzo chcą zaistnieć w mediach, więc robią i mówią głupoty. Po prostu.
Absurd goni absurd, plotka rodzi plotkę. Właśnie w tym chaosie rysuje się ich przyszłość.
Więcej w tym temacie:
- Męskość na lajkach. Jak algorytmy definiują współczesnych facetów?
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.