PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Nadchodzi erupcja: Lena Góra pomiędzy rolami

Do roli nauczyła się rosyjskiego i przez pół roku trenowała na siłowni. Ale Lena Góra nie lubi słowa „grać”. Gwiazda serialu „Przesmyk” i filmu „Erupcja” woli mówić o drganiach, falach, częstotliwościach.

Udostępnij

Aktorka Lena Góra

Lena Góra Autor zdjęcia: Krzysztof Powierża

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
22.11.2025

Z okna waszyngtońskiego pokoju hotelowego Leny Góry rozciąga się widok na Kapitol. Zdaje się na wyciągnięcie ręki. Aktorka co chwilę obraca kamerkę w telefonie, żebym też mógł na niego popatrzeć. – Trudno nie myśleć o tym, jak nierówno rozkłada się siła i sprawczość na świecie – wzdycha Lena.

W Stanach akurat trwają wybory lokalne. Góra liczy na to, że w Nowym Jorku – gdzie pomieszkuje – wygra demokrata Zohran Mamdani (spoiler: wygrał), jak gdyby miała nadzieję, iż to choć częściowo przyćmi rządy Trumpa.

Pokój wynajęli aktorce producenci „Debriefing the President”, serialu, który właśnie kończy kręcić. Fabuła została oparta na książce byłego analityka CIA Johna Nixona, który opisał swoje doświadczenia z amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku. Autor jako pierwszy wśród schwytanych osób zidentyfikował Saddama Husajna, a później go przesłuchiwał. Nixona gra Joel Kinnaman. Lena wciela się w agentkę CIA, Polly Stevens.

To nie jej pierwsza bohaterka w służbie wywiadowczej. Na początku 2025 roku w HBO Max zadebiutował „Przesmyk” (niedawno przedłużony o kolejny sezon) o polskiej agentce, Ewie Oginiec (Góra), która de facto ratuje nasz kraj przed rosyjską inwazją. Schemat? Nie według Leny. – Ta nowa rola była mi pisana. Dostałam ją jeszcze przed „Przesmykiem” – mówi.

Zanim stanęła przed kamerą „Debriefing the President”, wciągnęła w siebie stosy reportaży, analiz i książek o Bliskim Wschodzie. – Może inni potrafią tak po prostu zrobić robotę, nie wnikając w bohaterkę, nie przenikając jej. Ale nie ja – mówi o przygotowywaniu się do serialu. – Jestem za bardzo ciekawa świata. Potrzebuję się o nim jak najwięcej dowiedzieć. 

W „Przesmyku” jej Ewa bierze udział w misjach, tłucze przeciwników i sama jest przez nich bita. W pierwszym odcinku oplata muskularnymi nogami syna rosyjskiego oligarchy, który odkrył, że ich związek to podpucha i chce ją zabić. Bohaterka ściska mocno, unieruchamiając mężczyznę, by wreszcie oddać śmiertelny strzał z broni. Uzyskanie takiej formy wymagało od Leny półrocznego treningu na siłowni. Do roli nauczyła się też rosyjskiego. Nie fonetycznie, co jest normą w kinie i telewizji, ale bukwa po bukwie.

Tymczasem, ku mojemu zdziwieniu, mówi, że nie lubi grać. Chcę zapytać: po co to krygowanie, przecież jest aktorką? Lena mnie jednak uprzedza. – Jestem shapeshifterem, zmiennokształtną. Biorę to wszystko (rolę – przyp. red.) na energię, intuicję, słuchanie i właśnie przepoczwarzanie się. Jakby postać, w którą się wcielam, mnie opętała. Nie ma wtedy Leny, która coś gra – wyjaśnia.

Stwierdza, że dla niej aktorstwo w ogóle nie pochodzi z głowy. Tworząc człowieka na ekranie, szuka jego energii, wibracji, częstotliwości. Bowiem wszyscy operujemy na falach, napięciu, stresach. W scenariuszu szuka więc stanu skupienia postaci, miejsc wspomnianych napięć, muzyki. – Kiedy je poczuję i kiedy się z nimi zestroję, mogę drgać tą samą częstotliwością co postać. A jeśli byłoby to wszystko z głowy – to ja, Lena, Polka, Amerykanka, czy whatever I am – po prostu „nałożyłabym” na siebie rosyjskie słowa, wyuczone na pamięć, wtedy właśnie bym coś grała.

Może to tylko takie gadanie o metafizyce, a może forma aktorskiej metody zaczerpnięta z systemu Stanisławskiego (choć Góra twierdzi, że nie). Ale czy to ważne, skoro działa, gdy staje przed kamerą?

Dla kontrastu Lena podaje dużo bardziej konkretny przykład. W „Przesmyku”, po tym jak jej bohaterka morduje rosyjskiego paniczyka i kończy misję, ściąga perukę i kieckę, zmywa makijaż. – Ewa przepoczwarza się w coś nowego. To dopiero shapeshifter – słyszę.

Aktorka Lena Góra

Lena Góra Autor zdjęcia: Krzysztof Powierża

Nasze spotkanie miało wyglądać zupełnie inaczej. 

Na dzień przed wylotem Leny do Waszyngtonu umówiliśmy się w niewielkiej kawiarni na Tamce w Warszawie. Punktem wyjścia wywiadu miała być „Erupcja” w reżyserii Pete’a Ohsa, jej najnowszy film, w którym nie tylko zagrała główną rolę – współtworzyła również jego scenariusz. Aktorka akurat była po premierze na kanadyjskim TIFF, a przed pokazem na American Film Festival we Wrocławiu. Zainteresowanie „Erupcją” było spore. Pewnie przez Charli XCX w drugoplanowej roli (i w scenariuszowych kredytach), obiecany wątek lesbijski, no i samą Lenę, którą rodzimi dziennikarze zdążyli wsadzić do szufladki „nadzieja polskiego kina” (przecież gra w Stanach!).

Scena dla wywiadu była idealna. Drewniane stoliki i krzesła jak ze szkoły (mogły wzbudzić wspomnienia dzieciństwa, które dla Góry skończyło się wcześnie, bo w 2006 roku, gdy w wieku 16 lat bez rodziców wyemigrowała do Londynu), w toalecie cytat z Jakuba Szapiry (pal licho, czy tego prawdziwego – literata, czy tego z „Króla”, powieści Twardocha, w której ekranizacji Lena zagrała Annę Ziembińską; dzięki tej roli po raz pierwszy przebiła się do szerszej świadomości), a wreszcie w radiu Lipnicka z Variusami śpiewała: „Ona ma siłę, nie wiesz, jak wielką…” (słowa odebrałem jako – może trochę zbyt kiczowate – podsumowanie przebytej przez Lenę aktorskiej drogi).

Tymczasem Lena nie pojawiła się na wywiadzie. Po krótkich poszukiwaniach okazało się, że z przepracowania przysnęła, telefon jej padł, a budzik nie zadzwonił. Przepraszała. Nawet zaobserwowała mnie na IG.

Aktorka jest w biegu, wiecznie między projektami, między Polską a Ameryką. Gotowa do zmiany. Nieuchwytna. Dziwnie ta sytuacja pasuje do klimatu „Erupcji”. Film opowiada o wybuchach namiętności, poznawaniu siebie, patrzeniu na Warszawę „zagranicznym” okiem (Pete Ohs pochodzi z Ohio, a Lena, zanim zawodowo związała się też z Polską, 11 lat mieszkała w USA), o bohaterkach, które szlajają się po stolicy. Paradoksalnie jednak w „Erupcji” dominuje atmosfera końca jednego porządku i oczekiwania na kolejny. I choć Nel, bohaterka Góry, mówi, że nie wyobraża sobie emigracji, w jej zachowaniu wyczuwam potrzebę ruszenia w drogę, wyrwania się. Jakby miała dość siedzenia w miejscu.

Kiedy kilka dni później łączymy się na Zoomie, dzielę się z Leną swoim wrażeniem schyłku w „Erupcji”. Słyszę, że kręcąc filmy, nie myśli o tym, co widownia wyniesie po seansie.
– To trochę tak jak z malowaniem obrazu: kiedy jest skończony, jego odbiór w ogóle nie powinien mieć nic wspólnego z artystą. Nie jest już jego, tylko tego, kto go odbiera. Sztuka nie jest dla twórcy. Tylko przez niego przechodzi – mówi. 

Być może odbiór „Erupcji” faktycznie zależy od odbiorcy, odbiorczyni. Ale przecież Nel, jak zresztą wszystkie bohaterki Góry, uderza w podobne tony, które słychać też w jej biografii.

– Moje filmy odbijają rzeczywistość, a rzeczywistość odbija moje filmy – stwierdza.

Aktorka Lena Góra

Lena Góra Autor zdjęcia: Krzysztof Powierża

Gdy skończyła 19 lat, musiała przejść poważną operację kolana.
– Groziło mi, że nigdy nie będę prosto chodzić. Obiecałam sobie, że jeśli jakimś cudem wyzdrowieję, to sky is the limit. A drapacze chmur są, wiadomo, w Nowym Jorku – opowiada.

Dotrzymała danego sobie słowa i z Londynu poleciała do Stanów. Bez planu, tylko z trzymiesięczną wizą turystyczną, która nie dawała możliwości legalnej pracy. Na szczęście, jak mówi, była ładna i chuda. Na wybiegach królował heroin chic, czyli androgeniczne modelki z podkrążonymi oczami. – Choć byłam młoda, miałam zmęczone oczy – mówi Lena. – Z dnia na dzień dostałam propozycje różnych współprac.

Musiała przyciągać uwagę.

„Lena to osobowość przez wielkie »O«! Kiedy pojawia się na ekranie, reflektory kierują się na nią. To cecha, którą widziałem tylko u kilku gwiazd filmowych” – napisał mi w mejlu Jeremy O. Harris. W „Erupcji” gra Claude’a, artystę i organizatora szalonych domówek. 

Na początku kariery w modelingu bywało różnie. W wywiadach Lena opowiadała o imprezach ze sławnymi ludźmi. Podobno wieczorem potrafiła być na imprezie z Mary-Kate i Ashley Olsen, a rano jeść bułki ze śmietnika. Poznała Kanye Westa na przyjęciu w Paryżu. Na kolacji w obawie, że będzie musiała sama za siebie zapłacić, nie zamówiła nic. Później na nocnej stacji benzynowej kupiła co bądź, byleby zapchać burczący brzuch. Jej wypowiedzi cytowała później polska prasa, wylewając fundamenty pod pomniczek „naszej w Ameryce”.

Minęły trzy lata takiego życia.

– Zakochałam się wtedy w chłopaku, który też był modelem. Oboje mieliśmy dość naszego zawodu. Chciałam pisać książki, być jak Susan Sontag. Zmieniać świat, robić rewolucje, tworzyć wielkie teksty. Tymczasem miałam tylko ładnie wyglądać. Doprowadzało mnie to do szału – wspomina w naszej rozmowie. – Stwierdziliśmy: Fuck this!

Postanowili z chłopakiem pojechać do LA, ale nie po to, aby zahaczyć się w Hollywood. Stamtąd, jak mówi, prowadzi autostrada w każdą stronę. Potrzebowała przestrzeni, oddechu, widoku na horyzont. 

Choć myśl o karierze gdzieś się w niej tliła. Kiedy jednak zaczęła czytać scenariusze na castingi, stwierdziła, że nie będzie się upadlać (mimo to jej filmografię zdobi kilka ról epizodycznych na granicy statystowania). Postacie były płaskie, stereotypowe. Dlatego wsiedli na motor i pruli przed siebie. – Najpierw mieliśmy harleyaa davidsona, a potem triumpha z lat 70. Ten drugi był custom made z tzw. sissy bar, długim siedziskiem i oparciem dla mnie – opowiada.

Zdarzało się, że firmy modowe płaciły im za sesje zdjęciowe w ich ciuchach. Tak dorabiali, by móc utrzymać się na powierzchni. 

Gdy Lena rozstała się z chłopakiem modelem, pokochała amerykańskie fury.

Aktorka Lena Góra

Autor zdjęcia: Krzysztof Powierża

Samochodów miała kilka. Czasem się ledwo trzymały. Woziła je od mechanika do mechanika, sama też naprawiała.

– Nauczyłam się jeździć na fordzie falconie z 1964 roku, który nie miał wspomagania kierownicy. Byłam tak chuda, że ledwo dawałam radę z kręceniem kierownicą. Później miałam dwa 1969 buicki GS, więc trochę bardziej fancy. Jeden czarny, drugi czerwony. 

Tego drugiego pożyczył od niej George Clooney do reklamy Casamigos. Za to żyła w Ameryce przez rok. Ten czarny zagrał w teledysku „Johnny & Mary” Bryan’a Ferry’ego. 

Włóczyła się po amerykańskich bezdrożach. Trafiała do barów ze striptizem, piła whisky z harleyowcami w knajpach, spała w tanich motelach i głośno puszczała muzykę, przekraczając ograniczenia szybkości na pustynnych drogach. 

Gdy jej słucham, na myśl przychodzą mi filmy Seana Bakera, w których z wrażliwością kreśli portrety marginalizowanych ludzi. – Może dlatego intuicyjnie jest mi do niego blisko? Może to on reżyseruje moje życie? – śmieje się Góra, gdy mówię o podobieństwach do obrazów twórcy „Red Rocket” (zresztą jednego z jej ulubionych filmów).

Swoje doświadczenia z drogi wrzuciła do „Roving Woman”. Gra Sarę, którą Hollywood boyfriend wyrzuca z chaty bez środków do życia. Kobieta kradnie więc samochód i wyrusza w podróż. Przy piosenkach Connie Converse i Johna Hawkesa zaczyna przewartościowywać swoje życie.

„Fabułę »Roving Woman« Lena przeżyła już wcześniej – na prawdziwych drogach, w kurzu i falach upału, w pobliżu odległych gór, które jakby wyłoniły się z oceanu. Szła tak, aż przeszła przez samą siebie, minęła ludzi spotykanych po drodze. Wreszcie doszła do momentu, w którym zrozumiała, że ostatecznie jest sama” – czytam odpowiedź Chrisa Hanleya, doświadczonego producenta filmowego, a prywatnie przyjaciela Leny, na moje pytanie o to, jak podejście do aktorstwa Góry różni się od jej hollywoodzkich kolegów i koleżanek po fachu. 

Hanley pojawia się też w jednej ze scen „Roving…”, w której wypowiada podobne metaforyczne mądrości, brzmiące jak początek filmu o powstaniu nowych form życia – epicko. 

I jeszcze: „Lena była twórczynią, która zamieniła swoje życie w sztukę. Aktorstwo było dla niej jak taniec do muzyki rozbrzmiewającej w jej głowie. Ona już była postaciami, którymi miała się stać na ekranie” – pisze producent.

Rys samotności, o której wspomina Hanley, jest widoczny w poszukującej sensu Sarze w „Roving…”, ukrywającej prawdziwą siebie Ewie w „Przesmyku” i małomównej Nel z „Erupcji”. Chociaż chyba najbardziej widać go w „Imago” w reżyserii Olgi Chajdas (obie z Górą napisały też scenariusz). Lena gra swoją matkę, Elę „Malwinę” Górę, nazywaną „wariatką”, trójmiejską artystkę punkową, stojącą w kontrze do PRL-owskiego systemu i społeczeństwa. Na marginesie. W 2023 roku za tę rolę Góra dostała nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą na FPFF w Gdyni. 

– Nie mówię w żadnym języku bez akcentu, zawsze ktoś w końcu to wychwyci. Zawsze jestem foreign, exotic, other. To pozornie fajne, ale czasem też krępujące – podsumowuje Lena.

Wymienione przez aktorkę określenia, mimo że alienujące, paradoksalnie zwracają na nią uwagę. Na przykład polskich twórców. – Lena przy „Królu” posiadała stosunkowo niewielki dorobek, ale już wtedy miała w sobie drapieżność i bezpośredniość potrzebną do roli Anny Ziembińskiej. Co więcej, nosiła w sercu pewną obcość, brak przynależności wynikający z życia między różnymi kulturami. To bardzo do Anny pasowało – mówi mi reżyser Jan P. Matuszyński, który po „Królu” zaangażował Górę w „Przesmyku”, i to w głównej roli.

Tymczasem Lena jest przeciwna szufladkowaniu. Nie rozumie potrzeby przyporządkowania innych geograficznie, kulturowo, narodowo. Jej praca polega na odklejaniu się od podziału. Ma potrzebę jednoczenia. 

Agata Trzebuchowska, która w „Erupcji” gra Ulę, dawną miłość Nel, pisze do mnie w mejlu, że tytuł filmu oddaje charakter Leny. – Jest niepohamowana, pełna pasji i inicjatywy, która wywołuje wstrząsy – podsumowuje.

Jakie to wstrząsy?

Być może w społeczeństwie. Gdy pytam Górę, czy jako outsiderce zależy jej na karierze w Stanach, słyszę, że „w ogóle zależy jej na rzeczach”. – Na karierze też, ale dlatego, by móc tworzyć sztukę dla ludzi – mówi aktorka. – Bo jeśli ludzie oglądają moje filmy i seriale, czują je, komentują, nawet jak ludzi wkurzam – to znaczy, że to, co robię ma sens.

Skoro już dostała talent, jej obowiązkiem jest go dobrze wykorzystać. 

Czasami Lena ze swoim podejściem do kariery i życia myśli, że przybyła z kosmosu. – To, czy jestem z Polski, czy z Ameryki, wydaje mi się tak samo śmieszne jak pytanie, czy jestem z Pragi, czy z Mokotowa. Whatever. Jestem człowiekiem – słyszę. – Choć, szczerze mówiąc, też nie do końca czuję, że z tej planety. Czasem patrzę w niebo. Leci 3I/ATLAS, myślę sobie: „O, wreszcie jakaś rodzina przelatuje”. Jeśli już miałabym się gdzieś umiejscowić, pewnie w kolejnej galaktyce gdzieś za bramą Pasu Oriona. Tu tylko wpadłam z wizytą. 

Na razie nigdzie się jednak nie wybiera.

Fotograf: Krzysztof Powierża

Asystent fotografa: Igor Rębiś / Pin Up Studio 

Stylista: Michał Koszek / Visual Crafters 

Stylista włosów: Kasia Olkowska 

Make-up Artist: Ewelina Klećkowska

Produkcja: Agata Śliwińska / Visual Crafters 

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.