Jan Hrynkiewicz: Czego w szkole nie uczą aktora?
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Jan Hrynkiewicz: Czego w szkole nie uczą aktora?
Jan Hrynkiewicz ma na koncie blisko 50 filmów i seriali w Polsce, Szwajcarii i Norwegii. Widzieliśmy go w „Bożym Ciele”, zagrał główną rolę w nagradzanym dramacie „Słoń”, teraz można go zobaczyć w serialu „Breslau” i w „Dzikim”.
Udostępnij

Jan Hrynkiewicz Autor zdjęcia: Maksym Rudnik
Co musi wydarzyć się w człowieku, by zdecydował się na ponad roczną emigrację, w tak specyficzne miejsce jak Islandia, i to w momencie, gdy jego kariera przeżywa rozkwit?
W moim przypadku wydarzył się splot kilku historii. Nie przewidziałem tego, że świat ogarnie pandemiczna niepewność i że moja wycieczka, pierwotnie zaplanowana na trzy tygodnie, trochę się przeciągnie. Nie jestem przekonany co do tego „rozkwitu” kariery – z zewnątrz pewnie tak to wyglądało, ale w środku rozgrywał się kryzys, który zapewne spotęgował rozkwit, ale rozkwit tęsknoty, takiej uniwersalnej człowieczej tęsknoty za tym trudno definiowalnym „odległym światem”, w którym przecież trawa na pewno zieleńsza… Z perspektywy kilku lat od powrotu wydaje mi się, że to nie była w pełni świadoma decyzja, ale jednocześnie jedyna, która mogła zostać w tamtym momencie podjęta.
Skoro wróciłeś, to spodziewam się, że islandzka trawa wcale zieleńszą nie była.
Islandzki krajobraz jest tak bardzo oderwany od wszystkiego, co znam, że musiałem poddać redefinicji, czym dla mnie w ogóle jest zieleń. Zupełnie jakbym dostał nowy zestaw zmysłów. Przeżywane tam doświadczenia też zapisywały się w oddzielnej przestrzeni umysłu, a teraz, gdy do nich wracam, bardziej przypominają sny niż realne wspomnienia. Nie bez powodu turyści określają Islandię jako „inną planetę”, a NASA podobno testuje na wyspie łaziki, bo krajobraz w swojej strukturze przypomina bardziej Księżyc albo Marsa niż Ziemię.
A kiedy grasz, to jest tak samo? Szukasz w głowie tej innej przestrzeni niż ta, którą znasz?
Z tym jest trochę inaczej, bo mam wrażenie, że aby pomieścić w sobie tych wszystkich bohaterów czy okoliczności castingowe, które wprowadzają jeszcze większe rozdrobnienie, wykształciła się we mnie sztuka zapominania. Każda z tych aktorskich sytuacji wymaga zaangażowania, zbudowania oddzielnego uniwersum, więc dla zachowania higieny psychicznej, gdy misja zostanie wykonana, rozpoczynam proces zapominania.
Potem oglądasz siebie na ekranie i jesteś zaskoczony?
Nie zawsze oglądam, czasem po kilku latach od premiery albo wcale. Chyba że sytuacja tego wymaga, bo czeka mnie spotkanie z widzami, na którym będziemy rozmawiać o filmie. Kiedy już oglądam, wtedy faktycznie doświadczam czegoś porównywalnego do déjà vu – nie jest to zupełnie nowe, ale też nie jest wyraźną informacją z pamięci. Podobnie kiedy dostaję telefon po miesiącu czy dwóch od castingu, też jestem zaskoczony, bo zdążyłem już zapomnieć, że taka sytuacja miała miejsce. Ten mechanizm ułatwia radzenie sobie z trudnymi aspektami tego zawodu, ale niestety ingeruje też w sfery prywatne, gdy zapominam o najróżniejszych rzeczach. Silnik mojej pamięci działa w paradoksalny sposób – pozwala zapamiętać ogromne ilości tekstu, sekwencje ruchów, melodie piosenek, ale ucina wspomnienie o wczorajszej rozmowie z przyjacielem, nie mówiąc już o nazwiskach osób, z którymi pracuję. To bywa uciążliwe, ale na szczęście mam bardzo zorganizowaną, wyrozumiałą i wspierającą partnerkę, która pomaga mi ogarniać ten chaos w codziennym życiu. Nie pamiętam, że umówiliśmy się jutro na wspólne wyjście ze znajomymi, ale mogę wyrecytować wiersz Kraszewskiego nauczony w drugiej klasie podstawówki.
A pamiętasz casting do „Dzikiego”?
Tutaj akurat wszystko rozegrało na poziomie self-tape’u, czyli takiego precastingu, gdzie nagrywam scenę własnymi środkami – w domu, telefonem – i wysyłam do produkcji. Castingowałem się do roli, którą finalnie dostał mój przyjaciel Mateusz Więcławek. Nie było rozczarowania, bo jestem fanem znakomitego warsztatu aktorskiego Mateusza, a także dlatego, że mnie samemu przypadła w udziale rola pośród francuskich aktorów grających muszkieterów. Bardzo ekscytowała mnie perspektywa przetestowania swoich umiejętności komunikowania się w języku francuskim, którego uczę się intensywnie od dwóch lat. Czy można sobie wyobrazić ciekawsze od tego okoliczności niż pogawędka podczas jazdy stępem przez las, na pięknych koniach, w pełnym rynsztunku, z kapeluszem na głowie, wąsem pod nosem i rapierem przy boku?
Poznałeś tajniki wielkiej produkcji, ale znasz też kameralne projekty takie jak „Słoń”.
Pracowałem też przy niejednej etiudzie studenckiej.
Chodziło mi o to, że „Słoń” jest na twojej drodze kamieniem milowym.
W wielu aspektach – tak.
No i to była mała ekipa.
Kilkanaście osób.
Wszystkich znasz osobiście.
Tak. I codziennie mogę każdego uściskać albo zbić z nim piątkę, zapytać, jak nastrój albo czy chce kawę, bo właśnie idę w stronę czajnika.
To jaka jest najważniejsza różnica między wielkim i kameralnym planem filmowym?
Chyba właśnie dotykamy sedna, bo dla mnie ta różnica zawiera się w relacyjności. Kiedy kręciliśmy „Słonia”, to faktycznie byliśmy bardzo blisko jako ekipa i było wyraźnie czuć, że żadne z nas nie przychodzi tu tylko dla pieniędzy, które przy takich budżetach bywają skromne, ale wynagrodzenie nie generowało frustracji, bo robiliśmy wspólnie coś, co miało dla nas sens. W przypadku dużych planów filmowych bywa różnie z tym poczuciem sensu i trzeba znaleźć inne źródło zasilania. Produkcje takie jak „Dziki”, kostiumowe lub stricte gatunkowe wymagają precyzji w rzemiośle każdego z pionów i to może stać się punktem napędowym. Duże oczekiwania wobec pionu produkcyjnego, scenografów, kostiumografów, aktorów, reżysera, oczywiście też reżysera zdjęć i całej reszty dodają specyficznego pierwiastka zaangażowania. Ludziom się chce, bo robią coś ciekawego i mają okazję się wykazać. To zaangażowanie wielu osób jest konieczne, żeby to skrupulatnie planowane przedsięwzięcie się udało. Tak to widzę ze swojej perspektywy.
W „Słoniu” mogliście improwizować.
Oj nie, nie. Mam wrażenie, że więcej przestrzeni do improwizacji było na planie „Dzikiego” niż w „Słoniu”, gdzie mieliśmy 19 dni na to, żeby zmieścić całą fabułę i gdyby nam spadło chociaż pół dnia z jakiegokolwiek powodu, posypałby się budżet. Wszystko wisiało na włosku, jednak od samego początku miałem wrażenie, że świat dookoła nam sprzyja, że dobre duchy chcą, byśmy zrobili ten film, albo zdrowaśki, które w intencji filmu codziennie klepała nasza kochana kierowniczka produkcji, działają, bo przez cały czas tworzenia filmu, przydarzyła nam się masa tzw. szczęśliwych zbiegów okoliczności.
W „Dzikim” nie czułeś takich opatrznościowych wpływów?
Mam wrażenie, że w „Dzikim” było więcej innego rodzaju amortyzacji, nie wiem, czy finansowej, bo nie znam szczegółów budżetu, ale miałem poczucie, że jesteśmy przygotowani w zasadzie na wszystko, choć oczywiście zdarzały się sytuacje, na które nie można było nic poradzić, tak jak w Słowenii, gdy kręciliśmy na szczycie góry i mgła była tak gęsta, że widoczność sięgała kilku metrów. Miałem wtedy myśl, że może ta pogoda wiedziała lepiej, jak ma wyglądać nasza scena.
W „Słoniu” zagrałeś główną rolę, bardzo obciążającą emocjonalnie. Wiem, że to dla aktora pociągające – zagrać kogoś zupełnie innego niż on sam. Ty musiałeś zbudować postać nieheteronormatywną w taki sposób, żeby widzowie w nią uwierzyli.
Zależało mi na tym, by nie przerysować mojego bohatera i nie opowiadać o nim w karykaturalny sposób. Bardzo lubię w „Słoniu” tę jakość, że to nie jest tylko historia geja na Podhalu, że nie jest on mesjaszem społeczności LGBT+ w swoim domu, ale że jest to historia chłopaka uwikłanego w różne złożone aspekty życia, które niekoniecznie muszą mieć związek z jego orientacją. On po prostu jest gejem, a ta opowieść nie robi z tego hecy. Nie ma to żadnego znaczenia dla takich struktur, które pchają fabułę do przodu – jego relacja z matką jest na tyle toksyczna, że niezależnie od tego, czy przyprowadziłby do domu chłopaka, czy dziewczynę, to jej reakcja i tak byłaby podyktowana głębokim uzależnieniem matki od syna i syna od matki oraz lękiem przed opuszczeniem.
W trakcie pracy miałeś opiekę psychologiczną?
Mówimy o wsparciu coachingowym Ani Skorupy. W chwili, kiedy już było jasne, że Kamil Krawczycki (reżyser „Słonia”) chce mnie zaprosić do pracy, to mimo że budżet był skromny, zasugerowałem byśmy wzięli na pokład Anię. Znałem ją z pracy nad moim dyplomem „Nic nie ginie” i wiedziałem, że jej pomoc będzie nieoceniona. Kamil się zgodził, więc na kilka tygodni przed zdjęciami zaczęliśmy dłubać w podświadomości mojego bohatera, próbując rozwikłać zagadkę, jak znalazł się w aktualnym stanie i co go motywuje, by dokonać przemiany, którą możemy obserwować w filmie. Potrzebowałem tego silnego backgroundu, by później poradzić sobie ze skokami chronologicznymi, gdy dwie kluczowe sceny, dziejące się w zupełnie różnych momentach filmu, kręcimy w odstępie 15 minut. Jednocześnie mój bohater jest wyposażony w oszczędne środki wyrazu, więc te wszystkie trudne elementy, które składają się na jego psychikę, potrzeba opowiedzieć w wyjątkowo subtelny sposób.
Ania budowała bardzo wyraźną granicę między mną a moim bohaterem, ale żeby dostać się do niego w sposób organiczny, opieraliśmy się na poszukiwaniu uniwersalnych jakości, które mogłyby być dla nas wspólne. Miłość jest przeżywana przez każdą istotę w bardzo indywidualny sposób, ale sądzę, że da się w niej odnaleźć elementy uniwersalne, tak samo w tęsknocie, smutku, radości. Te elementy w trakcie każdej sesji z Anią stawały się pomostem między mną a moim bohaterem.
Trochę aktorstwo, trochę psychoanaliza. A w tym jest też miejsce na zabawę czy wszystko jest na poważnie?
W moim życiu zabawa ma bardzo ważne miejsce, więc w pracy siłą rzeczy też. Nie zawsze musi być to bezpośrednio związane z graniem, ale jeżeli na planie jest sprzyjająca atmosfera, to można się bawić co chwila. Wśród tylu ciekawych osobowości to wcale nie jest trudne. Teraz jak o tym myślę, to przez zabawę w dużej mierze realizuje się dla mnie sens bycia w świecie.
Powiedziałeś mi wcześniej, że aktor zgrany wraca tramwajem. Gorzko to zabrzmiało.
Bo to jest gorzkie, i to w kilku wymiarach. Mogę mówić tylko za siebie, nie za wszystkich aktorów. Jedną z trudności tego zawodu, która nie jest zbyt dobrze opisana, umyka wiedzy ogólnej o aktorstwie, to konieczność przekraczania granicy między czasem, kiedy dostajesz od ludzi dużo uwagi i kiedy nie masz jej wcale. Nieoswojona samotność może być problematyczna sama w sobie, a co dopiero po dorzuceniu do niej kontrastu w postaci sytuacji, gdy wychodzę na plan, mam do zagrania jakąś scenę, dookoła jest mnóstwo ludzi, którzy poprawiają mi kostium, make-up i jakkolwiek uważnie bym pilnował, że oni nie robią tego dla mnie, tylko wykonują pracę potrzebną do kreacji postaci, realizacji scenariusza i całego planu, to moje ciało i umysł są bezpośrednimi adresatami tych bodźców. Ktoś dotyka mnie, ktoś pyta, czy czegoś potrzebuję, a kiedy kręcone jest ujęcie, wszyscy na mnie patrzą. To moment, w którym jestem w centrum uwagi 30–50 osób. To nie jest obojętne dla psychiki. Takie napięcie bywa trudne do wytrzymania, ale trudny też jest moment wyjścia. Kurtyna opada, reflektory zostają wyłączone, aktor zostaje sam. Jak wylądować i zamortyzować tę przemianę?
Zdobywając wysokie szczyty, alpiniści muszą robić przystanki, by stopniowo oswajać się ze zmieniającymi się warunkami, nurkowie też schodzą i wynurzają się w określonym tempie, bo zbyt gwałtowne zmiany mogą skutkować dekompresją. Kiedy światła gasną, ten gęsty i głośny świat nagle zawęża się do głosów, które są już tylko w mojej głowie. Być może nie jest to wyjątkowy problem i z pewnością są dużo brutalniejsze życiowe okoliczności, a samotność jest przecież współcześnie dość powszechnym zjawiskiem, ale taka jest moja opowieść i może ta perspektywa wyda się komuś użyteczna. Bo bywa, że świadomość współdzielenia z kimś, nawet nieznajomym, trudnego doświadczenia dodaje mi otuchy i odsuwa pokusę, żeby się znieczulić substancjonalnie. To kolejny duży temat dotyczący tej branży. A przecież jest jeszcze specyfika rynku pracy! W aktorskim świecie dynamika zmian jest szalenie intensywna i albo jest pracy bardzo dużo, wręcz za dużo, albo nie ma jej wcale. Gdy przyszła susza, potrzebowałem schować dumę w kieszeń i poszukać roboty poza zawodem. Ten okres bardzo mnie rozwinął – sprowadził na ziemię i ugruntował w świadomości, co jest dla mnie naprawdę ważne.
I co to jest?
Relacje. Przyjaciele, rodzina i to, z jakich elementów buduję swoją codzienność.
Mówią o tym w szkole?
Żartujesz? Doświadczyłem raczej czegoś odwrotnego, czyli zachęty do pełnego odcięcia się od tego, co mogłyby powstrzymać mnie przed wejściem na sam szczyt. Profesorowie z satysfakcją opowiadają historie o tym, jak to ktoś nie pojechał na pogrzeb albo do umierającej matki, bo miał wieczorem spektakl, sugerując, że to jest ta jedyna słuszna droga.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.