Skąd się wziął Frankenstein? I jaki ma związek z Ząbkowicami Śląskimi?
PARTNERZY SERWISU
Społeczeństwo
Skąd się wziął Frankenstein? I jaki ma związek z Ząbkowicami Śląskimi?
Co łączy monstrum Frankensteina i upiorny lek z cmentarza? Jak Europa „wymyśliła” najbardziej znanego literackiego potwora i jaki ma to związek z Polską.
Udostępnij

Film „Frankenstein” w reżyserii Guillermo del Toro jest do obejrzenia na Netfliksie Autor zdjęcia: materiały prasowe Netflix
Trzeba to uczciwie przyznać – Guillermo del Toro swoim „Frankensteinem” opowiedział historię, którą wszyscy znamy, w sposób, jakiego dotąd nie znaliśmy. Dzięki niemu słynne monstrum stworzone przez Mary Shelley znowu ma swoje pięć minut. A to idealny wręcz moment, by pochylić się nad upiornym incydentem, który prawdopodobnie stał się dla pisarki natchnieniem do napisania wiktoriańskiej powieści o powołanej do życia istocie poskładanej z fragmentów ludzkich zwłok. Temat ten jest szczególnie intrygujący nie tylko dlatego, że mowa tu będzie m.in. o wydarzeniach mających miejsce w Polsce, lecz także dlatego, że dotyczą one makabrycznych przypadków bezczeszczenia nieboszczyków. Przy tych praktykach szalone eksperymenty książkowego naukowca wydają się ledwie niewinną błahostką…
Frankenstein – geneza
Na pomysł powieści o uczonym po nocach rozkopującym groby na cmentarzach, by wykraść stamtąd świeże ciała ludzi, które następnie wykorzystywał w swoich upiornych eksperymentach, Shelley miała wpaść podczas pobytu w Szwajcarii, gdzie u boku swojego męża, Percy’ego Bysshe Shelleya oraz innych znakomitych pisarzy – Byrona i Johna Polidoriego, spędzała urlop.
Niestety, para miała wybitnego wręcz pecha, bo ich wycieczka przypadła na 1816 rok, czyli okres, który zapisał się w historii, jako „rok bez lata”. W wyniku pogodowych anomalii przez cały wakacyjny okres lał deszcz i zamiast spędzać czas na rekreacji, urlopowicze siedzieli w swoim apartamencie i zabijali nudę, wymyślając opowieści o duchach. Czy to podczas tych nieudanych wczasów młodziutka pisarka przeczytała gdzieś o historii zamku Frankenstein? A może ktoś opowiedział jej dzieje rodu von Frankensteinów, czyli szlachty rycerskiej związanej z arcybiskupstwem Moguncji, dla której to przez pokolenia domem była twierdza koło niemieckiej miejscowości Darmstadt?
Tajemnice Konrada Dippela i zamek Frankensteina
Wiele źródeł wskazuje na to, że Shelley została natchniona eksperymentami niejakiego Johanna Konrada Dippela. Był to urodzony w 1673 roku teolog, który – o ile wierzyć legendom – zafascynowany alchemicznymi teoriami usiłował znaleźć sposób pozwalający zamienić srebro w złoto. Problem w tym, że mężczyzna swoje doświadczenia prowadził na srebrze, którego właścicielem nie był. Prawdopodobnie zniszczył sporo cudzego kruszcu, przez co został na kopach wydalony z Holandii, gdzie te wątpliwej jakości badania prowadził. Wrócił więc do Niemiec – swojej ojczyzny i… od razu wpakował się w kłopoty, bo z jakiegoś powodu publicznie nazwał pewnego wysoko postawionego, szanowanego urzędnika „sługą Antychrysta”, co skończyło się dla Dippela dość kiepsko – teolog słynący z niewyparzonego języka trafił do pierdla. W niewoli spędził parę ładnych lat życia, zanim pewien wpływowy dyplomata wstawił się za nim i pomógł mu opuścić więzienie.
Według legend mężczyzna wrócił do miejsca swoich narodzin, czyli do zamku Frankenstein, by oddać się tam swej tajemniczej, alchemicznej pracy. W tamtym okresie Dippel miał być zafiksowany wizją opracowania „eliksiru życia”, czyli preparatu, który mógłby zapewnić wieczną młodość i witalność. Problem w tym, że tajemnicze eksperymenty prowadzone w zamku przez charyzmatycznego naukowca oraz pogłoski mówiące, że podczas jednego z nich rzekomo doprowadził on do eksplozji, która doszczętnie rozwaliła jedną z zamkowych wież, sprawił, że wśród okolicznego ludu pojawiły się pewne niepokojące plotki. Mówiono np. o prowadzeniu przez Dippela doświadczeń na trupach, o próbach przenoszenia duszy między nieboszczykami, a nawet i o tym, że ekscentryczny teolog wyrzekł się wiary i miał konszachty z samym władcą piekieł.
Prawda leży gdzieś pośrodku – niemiecki naukowiec, owszem, dłubał w zwłokach, ale niekoniecznie ludzkich, i stworzył nawet parę ciekawych substancji na bazie tych szczątków. Chociażby tzw. olej Dippela, czyli efekt suchej destylacji kości, chrząstek i innych produktów odzwierzęcych. Uzyskana w ten sposób śmierdząca maź przez długie dekady była używana jako remedium na różne choroby.
Okazji do tego, by zafascynowana paranormalnymi zjawiskami kobieta usłyszała o legendarnych, makabrycznych praktykach niemieckiego teologa, było z całą pewnością wiele. Niewykluczone więc, że to właśnie dzięki nim utalentowana pisarka poczuła nagły przypływ natchnienia do stworzenia fabuły swojej pierwszej powieści.
Polska inspiracja Frankensteina
Nadal jednak mówimy tu tylko o legendach, bo przecież działalność Dippela to niepodparte faktami plotki. A co, jeśli to nie rzekome wydarzenia z zamku Frankenstein zainspirowały Shelley? Dokładnie taką samą nazwę nosi przecież pewne… polskie miasto.
Uściślijmy – Ząbkowice Śląskie znajdują się na terenie Rzeczypospolitej od końca II wojny światowej, a wcześniej było to miejsce o bardzo dużych wpływach frankijskich. Stąd też historyczna nazwa, którą miejscowość ta nosiła aż do 1946 roku, czyli Frankenstein in Schlesien. Tymczasem wydarzenia, o których zaraz opowiemy, miały miejsce na samym początku XVII wieku, kiedy to Ząbkowice stanowiły część Śląska czeskiego pod panowaniem Habsburgów.
W 1606 roku miasto było nękane zarazą. Jaką? Źródła mówią o nagłych zgonach wywołanych przez chorobę, która – biorąc pod uwagę jej opisy – prawdopodobnie była dżumą. To by pokrywało się z nawrotem „czarnej śmierci” w Europie Środkowej, do którego doszło w pierwszej dekadzie XVII wieku. Jako że medycyna nie stała wówczas na wystarczającym poziomie, by zrozumieć naturę epidemii, szukano logicznego wytłumaczenia jej istnienia. Najbardziej jest tu znana oczywiście teoria o tzw. morowym powietrzu, czyli wyziewach, które to miały trafiać do ludzkich płuc i stawać się siedliskiem choroby. Paradoksalnie, ten pomysł wcale nie był taki głupi – mówimy przecież o czasach, kiedy nie wiedzieliśmy nic o drobnoustrojach i przenoszeniu się patogenów drogą kropelkową.
Tymczasem mieszkańcy Frankensteinu znaleźli winnego gdzie indziej. Dociekliwi, domorośli śledczy momentalnie natrafili na trop tam, gdzie masowo zwożono kolejne ofiary zarazy. I tak też szybko okazało się, że lokalni grabarze, po otrzymaniu solidnego łomotu, bez wahania przyznali się do regularnego trucia ludzi alchemicznymi, powstałymi w wyniku konsultacji z samym Rogatym, specyfikami. Sześciu mężczyzn i dwie kobiety z tej grobowej branży trafiło więc na tortury, gdzie podczas bolesnych mąk wyśpiewali swoim oprawcom wszystko to, co ci chcieli usłyszeć. Z całą pewnością, gdyby kaci odpowiednio mocno ich podpiekli na ruszcie, nieszczęśnicy podzieliliby się z przesłuchującymi takimi informacjami jak miejsce ukrycia skarbu templariuszy czy szczegółowa instrukcja stworzenia kamienia filozoficznego. W tym jednak wypadku chodziło tylko o wzięcie na siebie winy za zarazę.
Podczas katuszy grabarze przyznali się do produkcji trującego proszku z ludzkich zwłok. Pozyskaną substancją mieli oni brudzić klamki i kołatki do drzwi. W ten sposób ruch w pogrzebowym interesie miał się jeszcze lepiej kręcić. Dodatkowy dochód oskarżeni czerpali ponoć z okradania nieboszczyków i plądrowania kościołów. W ramach diabelskich praktyk podobno wycinali też ciężarnym nieboszczkom płody z brzuchów, a czasem też posilali się serduszkami zmarłej dziatwy. W kolejnym etapie śledztwa pojawił się jeszcze zarzut o czyny mocno nieobyczajne, które to jeden z grabarzy miał wykonywać z niektórymi ze swoich nieżywych „klientów”.
Ostatecznie skazano wszystkich nieszczęśników na karę śmierci przez spalenie na stosie. Wyrok wykonano w 1607 roku, przy okazji dorzucając do ognisk grupkę rzekomych wspólników, których w toku kaźni wskazali oskarżeni. Egzekucje były, ma się rozumieć – publiczne. Tu przecież chodziło o efekt społeczny, a nie wymierzanie sprawiedliwości. Lud mógł odetchnąć z ulgą. A to, że dżuma nadal szalała w najlepsze? No cóż – grunt, że winni dostali za swoje.
Najczęściej pojawiający się w historycznych relacjach element przesłuchań grabarzy to rzekome używanie przez nich proszku wykonanego ze zwłok. Warto przyjrzeć się temu tematowi, bo wbrew pozorom takie praktyki w Europie XVI i XVII wieku jak najbardziej istniały.
Proszek z nieboszczyka jako cudowny lek
Szalenie modnym preparatem, na który jeszcze do XIX wieku istniał duży popyt, była sproszkowana materia ludzka. Początkowo produkt ten sprowadzano z Egiptu, gdzie pozyskiwano go z mumii, a w późniejszym okresie proszek z trupa robiono już bardziej lokalnie. Substancja ta, jak powiadano, miała być lekiem znakomitym – za jego pomocą dało się wykurować pacjentów cierpiących zarówno na wewnętrzne krwotoki, jak i wszelkie problemy skórne. Ba, twierdzono nawet, że mielony nieboszczyk przyjmowany doustnie gwarantuje konsumentowi wzrost sił witalnych oraz odporność na sezonowe choroby. Coś jak witamina D łykana w okresie jesienno-zimowym. I to wcale nie było tak, że te akty medycznego kanibalizmu dotyczyły tylko niewykształconego plebsu. Owszem, zdarzało się, że trupie leki były krytykowane jako produkty nieprzynoszące wystarczająco dobrych efektów, ale znaleźli się także ludzie nauki, którzy poświęcali temu „wynalazkowi” sporo uwagi.
Taki np. Oswald Croll, profesor medycyny z Uniwersytetu w Marburgu, opublikował nawet przepis na ten specyfik. To on głośno opowiadał się za tym, by wstrzymać import mumii egipskich i zająć się lokalnym wytwarzaniem proszku z umarlaków. Twierdził on, że znacznie lepszym działaniem niż zabalsamowane zwłoki charakteryzują się ciała osób, które spotkała gwałtowna śmierć. Opisał więc on proces produkcji proszku z pewnego rudowłosego mężczyzny, który najpierw został powieszony, następnie zmiażdżony wielkim kołem, a po wszystkim przeleżał parę dni na świeżym powietrzu, z całą pewnością nabierając odpowiedniego aromatu… W dalszej kolejności ciało zostało pocięte na małe kawałeczki, namaszczone mirrą i aloesem, namoczone w winie, a na koniec wysuszone i bardzo porządnie zmielone.
We Francji głośny był tymczasem proceder, kiedy to aptekarze wykradali zwłoki straconych przestępców i korzystając z opracowanego przez siebie przepisu, robili z nich proszek. Podobno nawet tamtejszy monarcha – Franciszek I miał w zwyczaju nosić zawsze z sobą pojemniczek z mieszanką trupa i rabarbaru. Tak na wypadek jakiejś bliżej nieokreślonej dolegliwości wymagającej natychmiastowego przyjęcia tego cudownego leku. Remedium to było tak popularne, że na rynku krążyły nawet podróbki wykonane z „kiepskiej jakości nieboszczyków”, a i pewnie niejeden zdesperowany pacjent dał się nabić w butelkę i kurował się proszkiem z bezpańskiego psa…
Jak w ogóle doszło do tego, że ktoś wpadł na pomysł mielenia nieboszczyków, by robić z nich cudowne preparaty? No cóż – tu kłania się zwykła ignorancja. Otóż podczas wypraw krzyżowych europejscy żołnierze dowiedzieli się o wspaniałym, używanym w krajach arabskich od starożytności leku. Mówiono o nim mūmiyā i doskonale sprawdzał się on jako środek do odkażania sączących się ran oraz jako bardzo dobre remedium na różnego rodzaju infekcje układu pokarmowego. W praktyce jest to składnik skał i węgla kopalnego, którego pochodne nawet do dziś są stosowane w medycynie jako środki ściągające i przeciwzapalne.
Problem pojawił się podczas przekładu, a później błędnych interpretacji arabskich ksiąg. Nawet słynny tłumacz języka arabskiego, Gerard z Cremony, opisał „mumię” jako maź powstałą w wyniku zmieszania się w ziemi rozkładających się ciał oraz olejków eterycznych i balsamów, którym były one namaszczane.
Dalej poszło już z górki – kolejne interpretacje autorstwa innych światłych ludzi nauki wskazywały np. na to, że ciała często były konserwowane za pomocą bituminu, w związku z czym czarna, lepka ciecz znajdowana w niektórych zwłokach wyciągniętych z grobowców niewątpliwie była tymże właśnie, tak bardzo pożądanym, lekiem. Logiczne. I tak pomalutku utorowała się droga od stosowanego przez setki lat, skutecznego specyfiku o mineralnym pochodzeniu do raczenia się proszkiem z trupa.
Jako że wielu osobom eksperymentowanie z nieboszczykami kojarzyło się z szatańską alchemią, trudno się dziwić, że mieszkańcy Frankensteinu uwierzyli w mroczne praktyki grabarzy. W tamtych czasach powszechne było przekonanie, jakoby ciało zmarłego miało w sobie życiową siłę, którą można było użyć na wiele sposobów. Z bardzo podobnego założenia wychodzili też pomysłowi, mielący wysuszone na wiór ludzkie zwłoki, aptekarze. Nie mieli oni przecież absolutnie żadnego pojęcia o fatalnej pomyłce Gerarda z Cremony.
Afera wokół niesprawiedliwie skatowanych ofiar zabobonów oraz o ich egzekucji odbiła się wielkim echem w całej Europie, więc wielu biografów Mary Shelley uważa, że to właśnie makabryczny incydent, który miał miejsce w Ząbkowicach Śląskich, a nie rzekoma działalność Johanna Konrada Dippela, stał się inspiracją dla tej pisarki. Jak było naprawdę? O to trzeba by zapytać samą zainteresowaną.
Więcej w tym temacie:
- Magic: The Gathering – karty za miliony dla milionów
- „Ród smoka”: Olivia Cooke i Fabien Frankel zdradzają, co czeka Alicent i Cole’a
- Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?
- Chorzy na Tokarczuk. Dlaczego afera wokół pisarki jest przesadzona?
- Książki, które zmieniły Jula Łyskawę
- Trzy książki, które zmieniły Łukasza Orbitowskiego
W połowie Peruwiańczyk, w całości – podróżnik na wiecznym, dopaminowym głodzie. Od lat wałęsa się po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie szuka przygód i z uporem maniaka pakuje się w coraz to większe kłopoty. Przez ostatnie dwie dekady wyprodukował sporo reportaży o swoich wyprawach dla takich magazynów jak „Focus”, „Angora”, „Poznaj Świat” czy „CKM”. Ma też na swoim koncie kilka tysięcy mniej lub bardziej poważnych artykułów napisanych dla Joe Monstera. Prywatnie jest zawodowym leniem figurowym, miłośnikiem ciężkiego rocka oraz kiczowatego kina z lat 80. Lubi też żurek i ruskie pierogi. Od niedawna razem z ekipą kilku innych podróżniczych zapaleńców prowadzi agencję turystyczną Po Peru.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
Nowe życie zaczyna się za drzwiami domu. Holiday Dream by Zień x Esti&Esta
Jeszcze kilka lat temu ogród czy taras traktowaliśmy przede wszystkim jako dodatek do domu. Miejsce, z którego korzystało się głównie latem, przy okazji rodzinnego grilla lub słonecznego weekendu. Ot miły dodatek do domu lub mieszkania. Dziś coraz częściej pełnią znacznie ważniejszą rolę. Stają się przestrzeniami codzienności - miejscami porannej kawy, spotkań z bliskimi, chwil odpoczynku po pracy czy momentów, które pozwalają na chwilę zwolnić tempo.
Społeczeństwo
Z warzywniaka do kampanii największych marek. Jak jedzenie sprzedaje nam modę?
To temat, który potrafi pobudzić nie tylko miłośników odkryć kulinarnych czy eksperymentów w kuchni. Jedzenie równie mocno zdaje się elektryzować branżę mody oraz wszystkich speców od sprzedaży. Czym jest i jak działa marketing sensoryczny?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Dobra taksówka to dziś coś więcej niż przejazd z punktu A do B
Jak zmienia się miejska mobilność?
Społeczeństwo
STATUS QUO: 39 sekund i 39 wet. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Wenezuela wciąż liczy ofiary trzęsienia ziemi, a Warszawa – afery w jednym szpitalu. Nawrocki zawetował ustawę o prawach ucznia, Zełenski zapowiedział Panteon Narodowy, a Rosja szykuje test dla NATO. Na Status Quo zaprasza Oliwier Starczewski.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Muł i upał. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
W Londynie kolejny premier nie dokończył kadencji, w Gdańsku konferencja odbyła się bez głównych gości, a w kraju padają kolejne rekordy temperatury.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Warszawa ma nowy adres na letnie wieczory
Niektóre miejsca najlepiej odwiedzać dopiero po zachodzie słońca, kiedy miasto zwalnia, a temperatura staje się bardziej znośna. Wówczas panorama Warszawy wygląda zupełnie inaczej niż w ciągu dnia. Właśnie z myślą o takich wieczorach powstała nowa odsłona Tarasu Glorietta w Hotelu Bristol, a Luxury Collection Hotel, Warsaw.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Non omnis moriar – nie wszystek umrę. Rozmowa z Michałem Skotnickim, prezesem BBI Development SA
Redakcja GQ Poland mieści się w Centrum Praskim Koneser. Pokochaliśmy to miejsce. Ma wszystko: duszę, historię, unikatową architekturę, pasaże, restauracje, galerie. Ta przestrzeń to sztuka. Miejska. Postanowiliśmy poznać i przedstawić wam ludzi, którzy wybudowali Konesera, mają na koncie wiele innych projektów, a teraz zbudują Roma Tower. Kto ma tak wizjonerskie podejście do tworzenia tkanki miasta i pozostawiania po sobie architektonicznego śladu? Z Michałem Skotnickim, prezesem BBI Development SA, rozmawia Olivier Janiak.
Społeczeństwo
Tata w pracy czy w domu? Czy współcześni ojcowie mają wybór?
Pytanie o obecność ojców w życiu rodzinnym nie dotyczy wyłącznie indywidualnej woli. To, czy ktoś chce być zaangażowanym tatą, determinują warunki na rynku pracy i kulturowe oczekiwania względem płci. Jak radzą z nimi sobie współcześni mężczyźni? Zdecydowanie pytamy ich o to zbyt rzadko.