Reżyserka Mona Fastvold o filmie „Testament Ann Lee”
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Reżyserka Mona Fastvold o filmie „Testament Ann Lee”
W swoim najnowszym filmie Mona Fastovld nie proponuje klasycznej biografii, nie maluje też kostiumowego fresku. Jej „Testament Ann Lee” działa raczej jak hipnotyczny rytuał. To portret kobiety, która z prywatnego bólu proponuje uczynić ideę zdolną porwać tłum.
Udostępnij

Reżyserka Mona Fastvold i aktorka Amanda Seyfried na premierze „Testamentu Ann Lee” Autor zdjęcia: Berlinale, materiały prasowe
W filmie „Testament Ann Lee” przenosimy się do XVIII wieku. Najpierw do Anglii, a potem Ameryki. To tam tytułowa bohaterka odrzuca rolę żony (z wiary) i matki (z przymusu), tworząc wspólnotę opartą na równości, celibacie i duchowej wolności. Jej religia przypomina bardziej manifest niż doktrynę – projekt nowego społeczeństwa. Fastvold opowiada tę historię muzyką i ciałem. Bohaterowie nie tylko mówią, lecz także śpiewają i wpadają w trans, jakby wiara była doświadczeniem fizycznym, a nie duchowym. Granica między objawieniem a obsesją pozostaje celowo nieostra. Film nie pyta, czy Ann Lee miała rację. Pyta, dlaczego ludzie potrzebują proroków i prorokiń. I dlaczego te osoby wciąż pojawiają się wtedy, gdy świat przestaje mieć sens. Wiara miesza się tu z pożądaniem, ekstaza z polityką, a historia z teraźniejszością.
Mona Fastvold do projektu zaprosiła osoby, z którymi często współpracowała już wcześniej. Scenariusz napisała ze swoim partnerem Bradym Corbetem – to ich kolejna współpraca. W 2024 roku Fastvold współtworzyła scenariusz „Brutalisty” w reżyserii Corbeta. Film zdobył trzy Oscary z dziesięciu nominacji. W poprzednich latach współpracowali też przy „Vox Lux” i „Dzieciństwie wodza”. Ann Lee z charyzmą i poświęceniem gra Amanda Seyfried. Jej brata, Williama, fenomenalny Lewis Pullman. A męża – Christopher Abbott, który niespodziewanie wnosi komiczne akcenty do historii – przynajmniej na pierwszy rzut oka – zupełnie pozbawionej humoru, bo dramatycznej.
„Testament…” to nietypowy musical. Choć nie znajdziemy tutaj znanych hitów, tylko religijne pieśni, to dzięki kompozytorowi Danielowi Blumbergowi będziemy je nucić przez kilka następnych dni po seansie.
Wreszcie też film jest ukłonem reżyserki w stronę klasyki kinematografii.
– Uwielbiam taśmę filmową, dlatego kręcę na analogu – mówi Mona Fastvold, kiedy spotykamy się na tegorocznym Berlinale. – Jedną z technik, których użyliśmy, nową dla nas, ale w istocie bardzo starą, były dorysówki, czyli ręcznie malowane rozszerzenia scenografii. Pracowałam ze wspaniałym artystą Leigh Tookiem.
Twórczo reżyserki nie ekscytują ogromne, w pełni cyfrowe światy CGI i rozbudowane efekty VFX, choć przy monumentalnym filmie historycznym, jakim jest „Testament Ann Lee”, zwykle się na nich polega.
– Jeśli chcesz szerokiego ujęcia Manchesteru z XVIII wieku, nie znajdziesz go we współczesnym mieście. To był krajobraz sprzed rewolucji przemysłowej, zupełnie inny niż dziś. Trzeba było go odtworzyć. Lubię rzeczy wykonane ręcznie i rzemiosło, dlatego bardzo cieszyłam się z powrotu do ręcznie malowanych teł i budowania świata w ten sposób – wyjaśnia twórczyni.
Przyznaje, że z efektów VFX korzystała bardzo umiarkowanie. Zespół dodawał subtelne elementy animowane: czasem fragmenty nagrane przeze reżyserkę, jak przebiegający koń czy kilka postaci, czasem tylko błysk w oknie, prawdziwe ptaki albo delikatny ruch chmur zintegrowanych z namalowanym niebem. Niewiele.
Podczas naszej rozmowy Fastvold opowiada z entuzjazmem o każdym aspekcie pracy nad filmem. Zdaje się dla niej ważny również dlatego, że odnalazła w biografii Ann Lee wiele z siebie.

Kadr z filmu „Testament Ann Lee” Autor zdjęcia: materiały prasowe, Disney
Wiem, że o szejkersach po raz pierwszy usłyszałaś podczas kręcenia swojego poprzedniego filmu, „Świat, który nadejdzie”. Ale samo znalezienie informacji to jedno. Co takiego przyciągnęło cię do świata Ann Lee, że uznałaś: tak, to idealny materiał na mój nowy projekt?
Od razu poczułam, że muszę opowiedzieć jej historię. Poza tym, że Ann Lee była pionierską postacią feministyczną i żyła naprawdę, sama opowieść wydała mi się niezwykle filmowa. Pociągała mnie też możliwość nakręcenia obrazu, w którym mogłabym szerzej pracować z ruchem i muzyką. Miałam ochotę trochę rozruszać ten artystyczny mięsień. Dorastałam, tańcząc. Od dzieciństwa do dwudziestego któregoś roku życia ćwiczyłam balet i taniec współczesny, a także inne style. Praca przy „Testamencie Ann Lee” pozwoliła mi na nowo połączyć się z tą częścią mnie. Stało się to jednym z najbardziej ekscytujących elementów całego etapu twórczego! Od początku projekt miał w sobie muzyczność, choć nie chciałam nazywać go musicalem. Mówiłam raczej: „Są w nim sekwencje ruchowe, fragmenty muzyczne…”. Bałam się tego gatunku.
Dlaczego?
Musical jest trudny, dlatego niewiele współczesnych obrazów naprawdę się udaje. Wiedziałam też, że mój film nie zmieści się w jego klasycznej definicji. Kiedy naprawdę weszliśmy (z Brady'm – red.) w proces pisania, stało się oczywiste, że taki – rozśpiewany i roztańczony – musi być. Ilość muzyki i fizycznej ekspresji, jakiej wymagała ta historia, sprawiła, że właśnie takiej formy musicalowej potrzebowaliśmy.
Czy twoje zaplecze taneczne pomogło ci lepiej wyobrazić sobie historię Ann Lee?
Zdecydowanie. Już na etapie pisania wyraźnie widziałam w wyobraźni ruch i muzyczne struktury filmu. Być może innym trudniej było to uchwycić, ale dla mnie ta koncepcja była od początku oczywista. Wiedziałam też, że choreografią zajmie się Celia Rowlson-Hall – moja bliska przyjaciółka i współpracowniczka (pracowały razem przy „Vox Lux” – red.). Daniel Blumberg, z którym tworzę od niemal 10 lat, również miał dołączyć do projektu. Od początku otaczały mnie więc zaufane osoby, które niejako „słyszałam” i „widziałam” w tym świecie, jeszcze zanim powstał na ekranie.
Czy prócz Celii i Daniela trudno było przekonać inne osoby do swojej wizji?
Faktycznie Celię i Daniela udało mi się namówić bez większego wysiłku. Równie sprawnie znaleźliśmy odtwórczynie i odtwórców głównych ról. Największym wyzwaniem okazało się jednak finansowanie. Zdjęcia do „Testamentu…” rozpoczęliśmy jeszcze w trakcie postprodukcji „Brutalisty”. Pamiętam, że w samym środku planu zrobiłam nawet weekendową przerwę, żeby polecieć do Wenecji na jego premierę na festiwalu. Film ostatecznie odniósł duży sukces, ale na etapie zbierania funduszy w ogóle nam to nie pomogło. Większość osób była wtedy przekonana, że „Brutalista” jest niesprzedawalny dystrybucyjnie. W praktyce bardziej więc utrudniał start nowego projektu, niż go wspierał.
Za odświeżające uważam to, że nigdy nie oceniasz Ann Lee, tylko traktujesz ją z szacunkiem. Gdzie szukałaś zrozumienia religijnych motywacji swoich bohaterów i bohaterek?
Tak naprawdę nie potrafię połączyć się z religijnym wymiarem tej historii, bo sama nie jestem osobą religijną. Tego rodzaju oddanie wydaje mi się niemal czymś magicznym. Potrafię je zrozumieć i szanuję je, ale nie mam do niego osobistego dostępu. Tym, z czym mogłam się utożsamić, było raczej oddanie pracy. Zobaczyłam w próbie Ann Lee stworzenia utopii coś bardzo podobnego do drogi artystycznej – desperackie dążenie do realizacji projektu, który wydaje się niemożliwy. Bardzo dobrze rozumiem determinację, by nigdy się nie poddawać, iść naprzód i trzymać się swoich przekonań bez względu na to, co mówią inni, prowadzić swój okręt wyznaczonym kursem mimo wszystkich przeszkód. To stało się moją emocjonalną drogą wejścia w tę postać i sposobem, by jej nie oceniać. Mogłam też utożsamić się z tym, co dziś nazwalibyśmy aktywizmem – jej walką o absolutną równość płci, ras oraz równość społeczną i ekonomiczną. Dzięki tym wartościom łatwo mi było poczuć empatię do działań mojej bohaterki. Rozumiem nawet drogę Ann Lee ku celibatowi: ukształtowaną przez traumę, a także będącą próbą przedefiniowania ról płciowych i rozmontowania tradycyjnego modelu małżeństwa, kategorii męża i żony, po to, by wyobrazić sobie społeczeństwo oparte na równości.

Mona Fastvold na premierze „Testamentu Ann Lee” Autor zdjęcia: Getty Images
Po filmie zacząłem się zastanawiać, czy trauma doświadczona przez Ann Lee nie stała się fundamentem wspólnoty? Stworzenie szejkersów jako instynkt samozachowawczy…
W tamtym momencie Ann Lee nie miała już nic do stracenia – jej dzieci umierały tuż po urodzeniu, żyła w świecie, w którym mężczyźni mieli pełną władzę nad kobietami. Nagle znalazła sposób, by przetrwać. Tym sposobem stało się głoszenie nowej idei, która – jak Ann Lee wierzyła – mogła ocalić innych. Oczywiście częściowo chodziło o stworzenie wspólnoty, w której sama mogłaby poczuć się bezpiecznie, ale mam wrażenie, że jej prawdziwą motywacją było pomaganie innym i budowanie dla nich bezpiecznej przestrzeni.
Po tak ogromnej traumie jakby przestała bać się śmierci, bo uwierzyła, że zostanie ponownie połączona ze swoimi dziećmi. Dlatego czas, który jej pozostał, chciała poświęcić temu, by uczynić świat lepszym dla innych. Była w tym wielka bezinteresowność, a miłość i troska o ludzi dodawały Ann Lee siły i czyniły ją nieustraszoną.
Czytasz jej biografię jako imigrancką opowieść?
Oczywiście. Historia Ann Lee jest jedną z wielu historii imigrantek tworzących tkankę Ameryki. Trudno nie zastanawiać się, co by było, gdyby kobietom takim jak ona dano przestrzeń do współtworzenia różnych idei. Ann Lee nikomu nie szkodziła. Zbudowała ogromną wspólnotę – w szczytowym momencie liczącą około sześciu tysięcy osób, z osadami w całym kraju. Członkowie i członkinie byli pacyfistami, chcieli po prostu żyć w spokoju, a mimo to raz po raz byli atakowani, bo ich poglądy prowokowały innych. Gdyby szejkersom pozwolono swobodnie się rozwijać i ewoluować wraz z otoczeniem, być może jej empatyczne, kolektywne idee mocniej zakorzeniłyby się w amerykańskiej kulturze. Mam jednak poczucie, że zasiane wówczas ziarna wciąż tkwią w tamtej ziemi i kiełkują. W kraju tak silnie ukształtowanym przez kapitalizm, gdzie równość płci nadal bywa przedmiotem sporów, warto pamiętać, że także ten nurt jest częścią jego tożsamości.
Pod koniec swojego życia Ann Lee mówi: „Wszystkie tyraniczne i opresyjne rządy zostaną obalone i zniszczone”. Brzmi to bardzo znajomo i współcześnie!
Historia się powtarza. Wydarzenia układają się w cykle – widzimy, jak pewne wzorce się pojawiają, rozpadają, a potem wracają w nowych formach. Już w trakcie pisania scenariusza czułam nić łączącą tamten czas z naszym, który jest przecież bardzo mroczny i niespokojny. Kiedy kręciliśmy film i słyszałam słowa wypowiadane na głos, ten dialog z teraźniejszością stawał się coraz silniejszy. Nie próbowałam jednak narzucać odczytań ani manipulować znaczeniem. Nawiązania przyszły intuicyjnie.
Żyję tu i teraz. Każdy film historyczny jest współczesną rozmową z przeszłością. Biografia nigdy nie jest prawdziwą podróżą w czasie. Staram się odtworzyć przeszłość w sposób, który wydaje mi się prawdziwy, ale zawsze będzie to mój dialog z nią.
„Testament Ann Lee” w polskich kinach od 13 marca 2026.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.