PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Łona: Życie na patencie, życie na przypale

– Panuje u nas zgoda na bylejakość, na wieczną prowizorkę i to jest coś, co nas niekiedy gubi. Czasem łypię zazdrośnie na zachodni model uprawiania spraw: metodyczny, dobrze zaprojektowany, a później należycie wyegzekwowany – mówi Łona.

Udostępnij

Łona: Życie na patencie, życie na przypale fot. Andrzej Konieczny

Łona, właściwie Adam Bogumił Zieliński Autor zdjęcia: Andrzej Konieczny

AWAL0502 (1)(1)
26.11.2025

W tym roku na Festiwalu Korelacje (20–23 listopada) mogliśmy obejrzeć kultową „Klątwę Doliny Węży” z autorską narrację rapera. Korelacje to pierwszy i jedyny taki festiwal w Polsce, podczas którego filmy są prezentowane w nietypowej formie – projekcje klasycznych polskich dzieł są wzbogacone o autorskie komentarze napisane na tę okazję przez mistrzów i mistrzynie słowa. Krótko mówiąc: oglądamy film i słyszymy uwagi między scenami.

W ubiegłym roku w projekcie wzięli udział m.in. Filip Springer, Artur Andrus czy Michał Witkowski. Teraz dołączyły do nich Sylwia Chutnik i Małgorzata Lebda. Wszystko zaczęło się od Doroty Masłowskiej i jej autorskiego komentarza do „Wilczycy” Marka Piestraka. W tym roku „Klątwę Doliny Węży”, inny kultowy film reżysera, skomentował Łona, z którym rozmawia Mateusz Demski. Już niedługo obraz trafi do wybranych kin studyjnych w całej Polsce.

Mateusz Demski: Na Festiwalu Korelacje usłyszeliśmy twoją autorską narrację do „Klątwy Doliny Węży” Marka Piestraka. Były wątpliwości co do wyboru filmu?

Łona: Czcigodny Piotr Krzykwa z Festiwalu Korelacje usiłował namówić mnie do napisania narracji, a ja absolutnie nie chciałem w to wchodzić. Jak zobaczyłem, co zrobiła Dorota Masłowska z „Wilczycą”, to pomyślałem, że pozamiatane. Jednak Piotr, spryciarz, powiedział: „Ale możesz wybrać film, jaki chcesz”. Odparłem: „Naprawdę? »Klątwę Doliny Węży« też?”. „No pewnie”. I sytuacja zmieniła się diametralnie.

Bo „Klątwa Doliny Węży” to prawdziwa klątwa doliny węży. To jest osobny kosmos, inny świat. Wspaniały utwór audiowizualny, który wyprzedził swoje czasy. A już śmiertelnie poważnie mówiąc, każdemu filmowi życzyłbym takiego drugiego, trzeciego i czwartego życia. Bo po pierwsze, to, oczywiście niebywały sukces frekwencyjny w latach 80. Blisko 25 milionów widzów w demoludach. Drugie życie to jego odbiór krytyczny – nie odkryłem Ameryki, nie wpadłem na to pierwszy, że obiektywnie ten film jest po prostu niebywale nieudany. Ale jednocześnie jest nieudany w tak uroczy sposób, że nie sposób przejść obok tego obojętnie.

„Klątwa Doliny Węży” jest uznawana za najgorszą polską produkcję wszech czasów, to na jej cześć powstała nagroda Węże, czyli rodzimy odpowiednik Złotych Malin. A jednak film obrósł kultem, po latach jest wciąż oglądany i przeżywany na nowo.

Dodam tylko, że to nie jest tak, że wymyślałem tę narrację w całości przy tej okazji. To są echa didaskaliów z różnych prywatnych projekcji tego filmu, a oglądałem go w różnych gronach i czasach – tych odległych i nieodległych. Staram się różnych znajomych testować pod tym kątem. To jest próg graniczny: na pewnym etapie relacji z kimś trzeba po prostu wspólnie obejrzeć ten film. Bo „Klątwa Doliny Węży” to jest wydarzenie towarzyskie, to sposób budowania relacji między ludźmi.

W narracji trochę się wyzłośliwasz, stwierdzasz: „To »Plan dziewięć z kosmosu«, ale jednak »Czas apokalipsy«. How cool is that?!”. I punktujesz: Francuscy kelnerzy z filmu władają wykwintną polszczyzną, sekwencje, które powinny być jak z „Indiany Jonesa”, w ogóle go nie przypominają, a powłóczyste spojrzenie Romana Wilhelmiego to totalny mem. Czy próbowałeś w ogóle dojść do tego, co w tym filmie poszło nie tak?

Błąd polega na tym przeszczepieniu amerykańskiego pomysłu na nasz grunt, zachowując jednakowoż tutejszą skalę produkcji, a może bardziej tutejsze jej niedostatki. Niestety, to wyłazi przy każdej próbie powtórzenia patentów z choćby „Poszukiwaczy zaginionej Arki”. Ale my się wychowaliśmy w takiej rzeczywistości, dlatego te analogie do nas przemawiają. W latach 80. wszystko było trochę na sznurek. Albo na trytytki, jeśli ktoś miał szczęście i zaopatrywał się w Peweksie. Wszystko było jak ten wiszący most, który pokonują bohaterowie „Klątwy Doliny Węży”. To, że Ewa Sałacka naprawdę ryzykowała życiem, podczas kręcenia tej sceny, nie wydaje się aż tak szokujące. Bardzo ejtisowa sytuacja.

Pamiętasz cokolwiek z tamtego czasu?

Kiedy kończyły się lata 80., miałem osiem lat, więc co ja tam wiem. Ale mam np. mgliste wspomnienie, że byłem dzieckiem zabieranym nocą do kolejki. Żeby być dodatkową kartą przetargową do uzyskania kilograma cukru. Zupełnie niezrozumiała sprawa w rzeczywistości wolnorynkowej. Być może to jest właśnie w „Klątwie Doliny Węży” – w tych chałupniczych efektach i rekwizytach, które się boleśnie nie zgadzają – jest coś, co do nas przemawia i kojarzy nam się z tamtym światem. Z życiem na wiecznym patencie.

 Jak sobie pomyślę o mojej babci, która większość życia przeżyła w PRL-u, kobiecie, która była dobrą szczecińską gospodynią o poznańskich korzeniach – ona miała wiele umiejętności, które w tamtym czasie były nieodzowne. Handel wymienny między sąsiadami – tu zdobędę cukier, zamienię je na coś innego i w rezultacie mam mięso. Trochę podobnie jest w filmie Piestraka. Mimo rozmachu i faktu, że część zdjęć była kręcona w Paryżu, w Wietnamie udającym Laos, to jest tam wyczuwalna ta polska myśl techniczna z lat 80.

Mam też taką teorię – zupełnie poważną – że popularność tego filmu zawdzięczamy temu, że w specyficzny sposób łapie on rzeczywistość lat 80. i koresponduje z naszą skłonnością do nostalgii. Oczywiście rzeczywistość za oknem nie wyglądała jak w „Klątwie Doliny Węży”, ale nie wyglądała też jak w „Akademii Pana Kleksa”. To są jeszcze czasy późnego Jaruzelskiego, kiedy nikomu nie śnił się okrągły stół. A na Zachodzie było już sześć lat po premierze „Indiany Jones’a”. Jest w filmie Piestraka zatem coś, co trafia do naszej potrzeby powrotu w tamtą epokę.

Masz potrzebę takich wycieczek do ejtisowych, najntisowych obrazów?

Dotychczas zaspokajałem ją, oglądając raz w roku wszystkie odcinki „07 zgłoś się”. A ostatnio powtórzyłem „Ucieczkę z kina Wolność”, która powstała na przełomie epok. Zawsze uważałem, że to najlepszy polski film, że to jest dokładnie to, czego oczekuję od kina. Na takim języku filmowym się wychowałem, na takim rozumieniu metafory. To mi się zawsze wydawało szalenie nęcące, że bohaterowie buntują się przeciwko systemowi w taki oto sposób, że zaczynają śpiewać arie operowe. Każdy z nas, oczywiście, składa się z innych klocków. Jednemu bardziej będą się podobały drugie „Psy”, a innemu „Ucieczka z kina Wolność”.

Bo nostalgia ma bardzo wiele odcieni.

Zgadza się, dokładnie tak jest – od brewerii w stylu binge-watchingu 21 odcinków Borewicza aż po ogólnoświatowe trendy w stylu „Stranger Things”, które odwołują się do stylówy lat 80. Nie ma w tym nic strasznego. Popkultura zawsze coś w nas kształtuje i siłą rzeczy najchętniej wspominamy to, co było dla nas formacyjne. Na polskim gruncie przybiera to bardzo udany wymiar w serialach Jana Holoubka, tam ta nostalgia przejawia się w pieczołowicie utkanej scenografii – przykład tego, jak pięknie można wspominać.

A pamiętasz swój pierwszy seans w kinie?

Tu wchodzimy w sferę, gdzie więcej byłoby kłamstw w tym moim wspominaniu niż prawdy. Wszyscy moi znajomi wracają pamięcią do nieistniejącego już dzisiaj szczecińskiego kina Kosmos, kiedy byli tam na pierwszych „Gwiezdnych wojnach”. Po tych latach przyjmuję ich wspomnienia jako swoje. Pierwszej wizyty w kinie więc nie pamiętam, ale pamiętam, jak z kolegami z zespołu Wiele C.T. poszliśmy na „Mortal Kombat”. Zerwaliśmy się z lekcji i poszliśmy na ten wspaniały film. I co? I chuj, albowiem w samym kinie okazało się, że nie ma żadnegoMortal Kombat”, jest za to „Power Rangers”. To było tak złe, że wyszliśmy w połowie.

Inna sprawa, że twoje nawijki mają vibe’a opowieści filmowych. Elementy narracyjne są w nich bardzo wyraźne, mają one ściśle określonych bohaterów. Można równie dobrze na chwilę zamknąć oczy przy nich oczy i zobaczyć konkretne sceny.

Miewałem takie niebezpieczne ambicje. Ale Bogiem a prawdą: jeżeli zdarza mi się współtworzyć utwory słowno-muzyczne, które są w jakiejś mierze filmowe, to nie do końca moja zasługa. Na przykład na płycie „Taxi” to bardziej zasługa Andrzeja Koniecznego i Kacpra Krupy, którą stworzyli muzykę na wskroś filmową. Honorowy patronat nad tym albumem rozpiął Jim Jarmusch. Był naszym aniołem stróżem. Ta płyta wprost wyrasta z jego „Nocy na ziemi”, jeżeli chodzi o inspiracje filmowe. Na drugim miejscu są „Zmiennicy” Barei, dalej jest „Taksówkarz” albo radzieckie „Taxi blues”. Film Jarmuscha to opowieść o nocnym świecie – podglądaniu tego świata z biernej, taksówkarskiej pozycji, ale z dużą ciekawością i spostrzegawczością. O to chodziło, żeby ta opowieść była na wskroś nocna, a cała płyta miała klimat noir.

A skoro jesteśmy przy albumie „Taxi” – to jest kawałek literatury, który powstał na bazie spotkań i rozmów z autentycznymi taksówkarzami.

Zdałem sobie sprawę z tego, jaką trudną robotę macie wy, dziennikarze. Bo żeby wyłuskać kawałek prawdy z człowieka, trzeba się bardzo nastarać. Nikt się od razu nie rozpruwa, po tym jak powie „dzień dobry”. Najpierw jest dużo owijania w bawełnę, trzeba się przebić przez tę szczelną, podwójną gardę, którą człowiek jest zasłonięty. Dopiero po wielokrotnym odsłuchu tych wszystkich rozmów z taksówkarzami wyławiałem jedno małe zdanie, które do mnie trafiało i coś we mnie otwierało. Zawsze wynikało to z jakiejś niedoskonałości językowej. Po prostu jak się człowiek pogubi, to się bardziej odsłania – kiedy narracja mu trochę siada i nie ma już czym szyć, nagle musi mówić prawdę. Wyjątkiem był wspaniały Hubert Smól z Poznania, który od początku był prawdziwy – co i raz sypał anegdotami z rękawa. To od niego wziąłem „Żeby nie skłamać”, to jego historia dała mi „Kocyk”. W zasadzie jest to jego opowieść ułożona w piosenkę.

Najbardziej uderza rozmowa z utworu „10 pytań”.

Długo borykałem się z tym, jak opowiedzieć o swoim stosunku do wojny w Ukrainie i do samych Ukraińców. I długo tkwiłem w braku właściwej formy. Parę miesięcy po odbyciu rozmowy z ukraińskim taksówkarzem, który nie miał wcale na imię Sasza – to akurat fikcja literacka – wpadłem na to, jak to jest oczywiste. Że to nasza rozmowa jest najlepszą opowieścią. Doskonale pamiętam ten moment: pogadaliśmy chwilę, tych pięć minut, całą resztę kursu milczeliśmy. I to milczenie we wspólnej sprawie, na ten sam temat, to jest mój ulubiony sposób komunikacji między ludźmi.

Wracając do tematu, każdy ma własną drogę. Jedni, jak Szczepan Twardoch, jeżdżą przez wiele miesięcy do Ukrainy, nawiązują relację, widzą to wszystko na własne oczy, a później sięgają do tych doświadczeń w formie frontowej, znakomitej zresztą, powieści. Inni, maluczcy, a więc ci, którzy nie mają takiej odwagi, robią to inaczej, w postaci metafory. Wychodzę z założenia, że less is more. Szukam więc takiego sposobu opowiadania, który nie robi tego wielkiego literami, ale wymaga odrobiny wysiłku po stronie słuchacza. Czasem lepiej, kiedy powiesz człowiekowi mniej i namówisz go, żeby samemu doszedł do wniosków.

Ale wracając do tematu filmu – często się mówi, że patronem i dobrym duchem twojej twórczości tekstowej jest Stanisław Bareja.

Był taki czas, że całe moje środowisko rozmawiało Bareją. I to też jest rezultat jego odczytania na nowo przez moje pokolenie. Kiedy Bareja tworzył, nie był wcale nadzwyczajnie ceniony, a rzeczownik „bareizmy” miał negatywne zabarwienie, bodaj Kazimierz Kutz ukuł ten termin, twierdząc, że jest to kino „pod publiczkę”. Po pierwsze, był niesprawiedliwy wobec Barei, a po drugie, nie miał racji – w tym sensie, że za każdym razem były to świetnie opowiedziane historie. Bareja wykoślawił i przerysował rzeczywistość, ale potrafił znaleźć w ten sposób jakąś prawdę o tamtych czasach. Pewnie, że trochę przy tym nakłamał, bo jednak „Miś” czy „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” mają takie kosmiczne i nierzeczywiste nagromadzenie absurdów na „filmogodzinę”, że niepodobna brać to serio. Ale ile prawdy przy tym powiedział!

Masz swoje ulubione bareizmy?

„Trudno, co robić” – z „Misia”. Albo scena w Paryżu z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, kiedy żona Isaaca Newtona wychyla się z okna, a gra ją sam Stanisław Bareja w peruce, i krzyczy: „Isaac, ty kończ tę rozmowę, na ciebie sznycel oczekuje!”. Jestem z pokolenia, które kolędę śpiewaną przez Ewę Bem i monolog o tradycji z „Misia” recytuje z pamięci, zwłaszcza po kropelce alkoholu. Ale kto tego dzisiaj będzie słuchał? To jest coś, co niestety się skończyło.

Pytanie, czy absurdy, jakie pokazał Bareja, też są tematem zamkniętym. Wspomniałeś o życiu na wiecznym przypale, na patencie. To chyba z nami zostało.

Bez przesady. To jest cecha, a więc ma ona dobre i złe strony. Z tej fajniejszej i bardziej lśniącej strony będzie to umiejętność improwizacji, odnajdywania się i reagowania na nieprzewidziane okoliczności. Czyli szlachetna umiejętność dopasowania się do cyrkumstancji. Druga strona medalu jest taka, że jest to zgoda na bylejakość, na wieczną prowizorkę, mamy głęboko zakorzenioną skłonność do improwizacji i to jest coś, co nas niekiedy gubi. Kto wie, teraz może ta skłonność trochę mniej się przydaje, chociaż trudno mi to oceniać. Patrzę z własnego podwórka i widzę, że wiele rzeczy w tym kraju jest właśnie tak robionych i czasem łypię zazdrośnie na zachodni model uprawiania spraw – metodyczny, zaplanowany, dobrze zaprojektowany, a później należycie wyegzekwowany. Pocieszam się, że nie wszystko da się zrobić w ten sposób, że czasami przypadek bywa bardzo pomocny. A jednocześnie dużych, poważnych rzeczy nie da się zrobić na trytytki.

Jest jednak jeszcze jeden filmowy wątek w twoim życiorysie, a mianowicie nakręciłeś ostatnio krótkometrażowy film pt. „Poniedziałek: Paprotka” i tym samym zadebiutowałeś jako reżyser. Czemu służy taka wolta?

Spostrzegłszy, że nie najlepiej idzie mi po drugiej stronie kamery, że nie jestem nadzwyczaj uzdolniony aktorsko, nie mam aparycji amanta, chociaż zyskuję przy bliższym poznaniu, to już od wielu lat usiłowałem poczynić kroki, żeby stanąć po tej drugiej stronie. A to pracowałem przy okazji teledysków z Webberem, a to przy innych formach audiowizualnych, które robiliśmy pasjami w ramach arteterapii w Monarze w podszczecińskiej Babigoszczy z Krzysztofem Kiziewiczem. Rezultatem tego myślenia jest „Poniedziałek: Paprotka”.

A jednak są pewne punkty wspólne między tym, co robisz na gruncie muzyki, a w tym filmie. W jednym i drugim przypadku opowiadasz o komunikacyjnych zatorach, zewie drażliwości, nabuzowania i zniecierpliwienia.

Dobrześ zdiagnozował całą sytuację. Naczelnym tematem moich tekstów zawsze była jakaś forma rozmowy między ludźmi. W „Paprotce” też mamy z tym do czynienia. Pewnie nie mógłbym tak swobodnie opowiadać o niuansach prawniczego życia w piosence i tutaj przychodzi cały na biało film jako forma, w której mogę sobie pofolgować i wreszcie sięgnąć po przykład z prawniczego podwórka, gdzie też dzieją się fantastyczne sytuacje.

Prawnik jest od tego, żeby koncyliacyjnie zażegnywać spory albo co najmniej doprowadzać do ich rozstrzygnięcia, najlepiej korzystnego dla swojego mocodawcy. Nade wszystko chciałem pokazać, że prawnik pracuje na specyficznym tworzywie – często na emocjach klienta i jego kontrahenta. Bywa, że biorą one górę, decydują o poszczególnych postawach, a że emocje bywają chwiejne, to wszystko potrafi się zmienić jak pogoda w górach. Nie zawsze jest możliwe polubowne zamknięcie sprawy, zwłaszcza kiedy równolegle występują okoliczności, które uniemożliwiają harmonijną rozmowę, np. jakiś szaleniec w zajechanym e36. Pech chce, że najbardziej węzłowe momenty tych dwóch zjawisk występują jednocześnie.

Powiedz na koniec – jak ty byś widział film o współczesnej Polsce?

Nie wiem, bo film zawsze musi być jakimś pomysłem, ale o tworzywie do tego filmu mógłbym powiedzieć, że jest rozedrgane, trochę skonfundowane, skażone narodowym dyskursem, ale dużo mniej spolaryzowane, niż mogłoby nam się wydawać, zwłaszcza kiedy patrzy się na to ze szlachetnej prowincji szczecińskiej. Być może tak jest, że spod granicy niemieckiej mamy trochę inne spojrzenie na polski interior. Z większym dystansem i rezerwą podchodzimy do warszawocentryzmu wielu polskich spraw. To jest ciekawa perspektywa i bym jej nie lekceważył.


9 stycznia 2026 roku wszystkie tegoroczne premiery Festiwalu Korelacje, w tym „Klątwa Doliny Węży” z narracją Łony, trafią do dystrybucji w Sieci Kin Studyjnych i będą pokazywane w kinach w całej Polsce. Informacje o terminach poszczególnych seansów będzie można znaleźć na stronie www.korelacje.org.pl.

Więcej w tym temacie:

AWAL0502 (1)(1)

Dziennikarz, krytyk filmowy, filmoznawca. Publikuje m.in. w „Przekroju", „Przeglądzie", a także w portalach dwutygodnik.com, culture.pl, mintmagazine.pl, onet.pl. Ponadto gościnnie pisze na łamach „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „Kino” i wielu innych tytułów. Do ubiegłego roku prowadził cotygodniową audycję w OFF Radiu Kraków. Autor kilkuset rozmów i wywiadów z nagradzanymi na światowych festiwalach twórczyniami i twórcami filmowymi, m.in. z Jonathanem Glazerem („Strefa interesów”), Laurą Poitras („Całe to piękno i krew”), Bong Joon-ho („Parasite”), duetem Daniels („Wszystko wszędzie naraz”), Arim Asterem („Bo się boi”).

Czytaj więcej

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.

Jeff Koons

Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?

Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki kradną sceny w „Morfeuszu”

Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”

Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.

Ignacy Liss bohaterem okładki GQ Poland

Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie

W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.

Jakub Józef Orliński

Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu

Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?

Jacob „Kuba” Bojsza pracował z Paulem Thomasem Andersonem

Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson

Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.

Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zwierew”?

Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło

Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.