Świat odmieniony, czyli jak mężczyzna zostaje ojcem i wychodzi z niego truteń
PARTNERZY SERWISU
Książki
Świat odmieniony, czyli jak mężczyzna zostaje ojcem i wychodzi z niego truteń
– Nie przypominam sobie, żeby któryś ze znajomych ojców był chętny do opowiadania o swoich doświadczeniach. Może uważali, że przydarzają im się inne, bardziej ekscytujące historie. No i – mówiąc wprost – dziwnie byłoby tak po prostu usiąść z drugim mężczyzną i rozmawiać o emocjach – mówi Jarek Westermark, autor książki „Truteń, czyli rozprawa z ojcostwem”.
Udostępnij

Autor zdjęcia: Getty Images, kolaż GQ Poland
Głos w głowie mówi: „Nie jesteś stworzony do opieki nad dzieckiem”. Głos szepcze: „Odpuść sobie, nie angażuj się”. Albo: „Zmienianie pieluch to babska robota”. Bohater powieści Jarka Westermarka, inspirowany samym autorem, od chwili, gdy dowiedział się, że zostanie ojcem, walczy z wewnętrznym „trutniem”, który każe mu tworzyć emocjonalny dystans i wszelkie rodzicielskie obowiązki zrzucać na żonę.
Skąd się bierze w mężczyźnie „truteń”? Jakie oczekiwania nakładają na siebie przyszli tatowie? Czy istnieją poradniki, które z należytą wnikliwością traktują zagadnienie ojcostwa? Dlaczego tak trudno rozmawiać z innymi mężczyznami o wychowywaniu dzieci?
Mateusz Demski: „Truteń nie pełni w ulu żadnej funkcji. Zakres jego umiejętności jest żałośnie ograniczony. Nie wylatuje z gniazda w poszukiwaniu kwiatów, nie przynosi pyłku, nie produkuje miodu, a już na pewno nie opiekuje się potomstwem. To w ogóle nie jest jego sfera. Umywa łapki w porannej rosie”. Truteń jako synonim ucieczki przed odpowiedzialnością związaną z ojcostwem. Skąd ci się to porównanie właściwie wzięło?
Jarek Westermark: To był, mogę odpowiedzieć po literacku, koncept, który wyrósł naturalnie w trakcie pisania. Gdy człowiek musi pełnić odpowiedzialną funkcję, ale czuje się beznadziejny, nieskuteczny, a przede wszystkim, gdy widzi własną słabość i chce się zmotywować w – nazwijmy to – toksycznie męski sposób, czyli zaczyna obrzucać się inwektywami, „truteń” okazuje się w miarę łagodną, ale adekwatną połajanką.
Kiedy z ciebie zaczął wychodzić taki „truteń”?
Kiedy okazało się, że będę ojcem i że jest wiele rzeczy, których nie wiem i których nie mam skąd się dowiedzieć. A co więcej – nie mam do końca potrzeby, żeby się dowiedzieć. Wiele kobiet szykuje się do tego momentu, kupuje podręczniki, jak zostać mamą, ale ja szedłem na żywioł. Uczyniłem sobie bardzo rozsądne (i bardzo wygodne) założenie, że na pewno i tak nie przygotuję się na wszystko, więc nie warto nawet próbować. Nie muszę niczego czytać. Będę reagował na bieżąco.
Czyli podejście YOLO.
To był pierwszy red flag, wewnętrzna czerwona lampka w głowie. Ale mimo że ją zobaczyłem, to i tak nie zacząłem sięgać po te podręczniki. Poza tym nie mogę powiedzieć, żeby istniało wiele poradników dla mężczyzn, które poważnie traktują zagadnienie ojcostwa. Niektóre podchodzą do sprawy z humorem, ogrywają ją jako kolejną „fajną” męską przygodę, w której możesz uczestniczyć. „Jeździsz na rowerze górskim? Biegasz runmageddon? A tu jeszcze zmieniasz pieluchy!”. Do takiego podejścia odniosłem się w wyjątkowo nienawistnym fragmencie „Trutnia”.
Sam traktujesz temat z dystansem.
Nie do końca. Oczywiście, że jest tu sporo humoru, groteski, ale przedstawiam je jako rozpaczliwy mechanizm obronny, który z czasem przestaje działać. Gromadzi się tyle negatywnych emocji, że facetowi karmionemu tym turbomęskim podejściem, męską fajnością, odjeżdża peron. Okazuje się, że odpowiedzi trzeba szukać gdzieś indziej. Albo mieć nadzieje, że znajdzie się ją w sobie.
Ale wracając do sedna – faktycznie nie ma za wiele poradników dla przyszłych ojców.
Jako mężczyźni możemy psioczyć: „Tyle tego jest dla kobiet, a nie ma nic dla nas”. Jednocześnie warto zauważyć, że kobietom wpycha się mnóstwo towaru, mnóstwo produktów, często zawierających sprzeczne informacje. Rynek dostrzega, że jedna połowa społeczeństwa o wiele częściej pełni funkcję opiekuńczą, rodzicielską, i stara się sprzedać jej mnóstwo pozornie niezbędnych narzędzi. Innymi słowy, ten nadmiar i dostępność wcale nie są nie fair tylko względem nas.
Szukałeś porad w różnych miejscach, m.in. na facebookowych grupach dla ojców.
Zdarzyło mi się zalogować do takiej grupy, ale szybko okazało się, że – dla mnie – nie tędy droga. Głównie obserwowałem tam poklepywanie się po plecach. Posty w stylu: „Zrobiłeś cokolwiek przy dziecku? WYŚMIENICIE!”. Albo: „Wiecie, co panowie? Dwa lata po porodzie postanowiłem zrobić mojej królowej prezent – mogła wyjechać na weekend do spa, a ja po raz pierwszy zostałem sam z dziećmi. No i powiem wam, panowie: nie mają łatwo te nasze kobiety”. Pod postem lajki i komentarze: „Bohater!”.
Są też „mądrości” Tadeusza Cymańskiego o tym, że klapsy są zupełnie spoko.
Faktycznie, kiedy pisałem tę książkę, ponownie wybuchła debata na temat „licznych zalet bicia dzieci”. W mojej bańce powodowało to zbulwersowanie i zgorszenie. Obstawiam jednak, że gdyby wyjść poza znajomą echo chamber, mogłoby się okazać, że takie teksty znajdują odbiorców. Bo sama agresja jest czymś naturalnym. Kiedy opiekujesz się małym dzieckiem, masz w sobie mnóstwo frustracji, lęków, niewyspania, wszystko to szuka ujścia. Gorzej, że ta prymitywna, prosta, negatywna emocja, która towarzyszy wielu z nas, została obudowana ideologią, zgodnie z którą bicie dzieci jest w porządku. Że jeśli robić to w odpowiedni sposób, od czasu do czasu, bicie może mieć wartość edukacyjną. Bzdura. To po raz kolejny dawanie przyzwolenia na negatywne, męskie zachowania. Bo sprawiedliwość wymierzać powinien, rzecz jasna, ojciec, głowa rodziny.
Skąd się bierze w mężczyźnie „truteń”?
Najprostszą odpowiedzią wydaje mi się to, że opieka nad dzieckiem jest zadaniem niewiarygodnie odpowiedzialnym. Początki są trudne, nużące, męczące, miejscami wręcz odczłowieczające. Rodzic nie ma miejsca, żeby być dalej sobą, staje się maszyną do sprawowania opieki. I dlatego warto wziąć ten cały konstrukt w nawias, powiedzieć: „To jest ta »łatwa« robota, którą zajmują się kobiety, a my mężczyźni będziemy się zajmować tymi »trudnymi«”.
„Lepiej” zrzucić odpowiedzialność na barki żony.
Wtedy możesz zachowywać się „jak kiedyś”, chodzić do pracy, w której masz kontakt z innymi ludźmi, być częścią dorosłego świata, a po powrocie do domu liczyć na zasłużony odpoczynek. Z kolei siedzenie z dzieckiem (chociaż tak naprawdę mało jest siedzenia w tym siedzeniu) szarga nerwy, odcina od świata, męczy, frustruje, zamyka w czterech ścianach. Masz na swoich barkach życie i dobrostan drugiej, zupełnie bezbronnej osoby. Dlatego lepiej prewencyjnie uznać – co jest pięknym zagraniem patriarchatu – że jako mężczyźni ewidentnie się do tego nie nadajemy.
Jeden z rozdziałów książki nosi tytuł: „Moje 10 powodów, dla których mężczyźni nie nadają się do opieki nad dziećmi”. Sprytny mechanizm rozgrzeszenia.
W którymś momencie, gdy już tak, nie siedząc, siedzisz z dzieckiem, zaczynasz myśleć: może coś w tym jest, że biologicznie i fizycznie nie jesteśmy do tego zadania stworzeni. Trafiasz w internecie na ciekawostki, że kobietom wyostrza się słuch po porodzie, ich sen staje się lżejszy, węch zdecydowanie słabnie, co jest spowodowane koniecznością stałego obcowania z pełnymi pieluchami. Łatwo znaleźć w odpowiednich zakątkach sieci dane, że ciało kobiety jest lepiej przystosowane do noszenia niemowląt albo że kobiety lepiej znoszą długotrwały stres, a mężczyźni ten krótkotrwały – niewątpliwie echo wyzwań związanych z polowaniem na mamuty.
Całkiem wygodnie.
Kuszące jest powiedzieć sobie: „Próbuję, ale nie jestem do tego stworzony, z zasady mam pod górkę”. Usankcjonować potrzebę odpoczynku, wygody, zrzucanie obowiązków. Po co się starać, po co się szarpać? Lepiej odpuścić. Jest to mechanizm uniku wzmacniany z pokolenia na pokolenie. Nawet wśród postępowych znajomych w sytuacji, gdy pojawiało się dziecko, słyszałem żachnięcie: „No dobra, podział obowiązków tak, ale bez przesady!”.
Ciebie też dopadały takie podszepty?
Jasne! Dlatego uważam, że wyłapywanie ich w sobie, rozpoznawanie, nazywanie, jest bardzo potrzebne. Trzeba cały czas patrzeć samemu sobie na ręce, żeby nie wylądowały w kieszeniach. Chodzi o tego „trutnia” siedzącego na ramieniu, ten głos wytrenowanej niemocy. Szybko może się okazać, że kobieta, która sama robi wszystko, zacznie zabierać mężczyźnie rzeczy z rąk, odsuwać go od obowiązków, bo wie, że on i tak ich poprawnie nie wykona. Codzienność obu stron coraz bardziej się różni, co może prowadzić do braku porozumienia.
Moja książka jest w dużej mierze poświęcona właśnie odnajdywaniu się mężczyzny w relacji damsko-męskiej. Dziecko w pierwszych miesiącach nie jest partnerem do rozmowy. Układ pozostaje dwuosobowy, choć obciążony wielkim nowym stresem, wielką niewiadomą. Trzeba odnaleźć się w nim na nowo, ustalić ramy i reguły współpracy. Dbać o to, żeby te reguły były sprawiedliwe i empatyczne.
A co z otoczeniem? Bo są jeszcze reakcje i komentarze rodziny, kumpli, znajomych. Albo co gorsza – ich zupełny brak.
To jest grubszy temat. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żeby któryś z moich znajomych ojców był chętny do snucia opowieści na temat swoich doświadczeń. Nie mówili nawet o drobnych sprawach rodzicielskiej codzienności. Być może uważali, że przydarzają im się inne, ciekawsze, bardziej zajmujące historie. Ten temat nie był w ich codzienności najważniejszy. No i – mówiąc wprost – dziwnie byłoby usiąść tak po prostu z drugim mężczyzną i rozmawiać o emocjach. W newralgicznych pierwszych miesiącach ojcostwa sam zresztą miałem podobnie: kiedy ktoś mnie pytał, co u mnie, stawałem się tamą powstrzymującą zalew informacji o dziecku. Mógłbym mówić o problemach ze świata pieluch, mleka modyfikowanego, bodziaków i konsultacji laktacyjnych, ale sądziłem, że chłopaki, które nie mają tego doświadczenia, niekoniecznie chcą o tym wszystkich słuchać. Albo nie będą w stanie zrozumieć powagi sytuacji.
Pamiętasz jak sam reagowałeś, gdy jakiś kumpel mówił, że zostanie ojcem?
Był smutek i żal, że oto nadchodzi kres naszego kumpelstwa w jego dotychczasowej formie. Uważałem, że człowiek w takiej sytuacji musi zniknąć z „normalnej codzienności”. Ale była też radość. Na zasadzie: „Cieszę się twoim szczęściem, choć jest to dla mnie wielka niewiadoma”. Kiedy sam zostawałem ojcem, też nie miałem pojęcia, co to właściwie znaczy. Bo to jest zawsze krok w ciemność. Kto wie, ten wie. Kto nie wie, ten nie wie.
Bo dziecko to w jakimś sensie jest „sytuacja kryzysowa”.
W każdym sensie! A mówiąc na serio, zależy, jak rozumiemy kryzys. Każdy ma inaczej. Kryzysowe może być wywrócenie normy na drugą stronę. Rodzicielstwo to świat odmieniony. Uzmysłowienie sobie ogromu zmiany przychodzi – moim zdaniem – po kilku miesiącach, kiedy mózg jest w stanie ochłonąć po pierwszej gorączce. A potem przychodzi znowu i znowu, na kolejnych etapach, aż wreszcie wszystko wrasta w tkankę codzienności.
Twój bohater podjął decyzję o dziecku świadomie, jest wspierającym mężem, próbuje zgłębić wszystkie teorie na temat rodzicielstwa. A jednak, cokolwiek by robił, czuje się jak piąte koło u wozu.
Zależało mi na stworzeniu bohatera, który nie będzie stereotypowym nieobecnym ojcem. Przeciwnie, czasem próbuje być obecny aż za bardzo. Ma dobre chęci, ale brakuje mu narzędzi, żeby naturalnie się w nowej sytuacji odnaleźć. Jest więc niby „postępowym” mężczyzną, który nie ucieka od obowiązków i chce być częścią wielkiej przemiany, ale cały czas towarzyszy mu poczucie „smakowania cukierka przez papierek”. Bo przecież ciąża i wiele aspektów porodu nie dotyczą go, mężczyzny, bezpośrednio. Nie może przeżyć ich z tą samą intensywnością, z jaką robi to jego partnerka. Na wszystkie sposoby próbuje więc udowodnić, że się nadaje, że ma w tym wszystkim swoje miejsce i udział, że nie znalazł się tutaj przypadkiem.
„Truteń” jest opowieścią o oczekiwaniach, jakie sami na siebie nakładamy?
I braku oczekiwań ze strony świata. Wyobraź sobie, że chcesz być traktowany poważnie w nowej, wymagającej roli, ale świat traktuje cię niepoważnie, jak trutnia, który tylko pobzykuje gdzieś z boku. Lekarki w gabinetach nie zwracają się do ciebie bezpośrednio. Nikt nie patrzy ci w oczy. Jesteś na przyczepkę, traktowany jak przybysz z obcej planety, zupełny ignorant. W tej sytuacji próbujesz się pokazać, wykazać, zaistnieć… Ale dostrzegasz również łatwość, z jaką mógłbyś osunąć się na tę drugą pozycję, usiąść z tyłu w samochodzie, pełnić funkcję pomocniczą. Od czasu do czasu „pomagać przy dziecku”, ale główny ciężar po prostu zepchnąć sobie z ramion.
A czemu dziecko w twojej książce jest konsekwentnie nazywane „glistą”?
Idea odczłowieczenia tego nowego bytu jest potrzebna mojemu bohaterowi w odpowiedzi na lukrowany, słodko-pierdzący przekaz świata. Wszędzie dookoła widzi reklamy z rozanielonymi dziećmi, uśmiechy w zwolnionym tempie, raj na ziemi. Taki przekaz, mądrości krewnych i nieznajomych, którzy o rodzicielstwie mówią tylko jako o cudownym, pięknym doświadczeniu dającym spełnienie, składają się na „przymus dobrej zabawy”. Masz się tym cieszyć, bo jeżeli się nie cieszysz, to znaczy, że coś jest z tobą nie tak. W odpowiedzi mój bohater konsekwentnie mówi o dziecku per „glista”. To symbol oporu wobec przymusu rozmiłowania się w sytuacji. Rodzicielstwo naprawdę nie jest czymś, czym trzeba się non stop cieszyć. Można, ale nie trzeba. Czasami jest przecież naprawdę trudne, a w głowie miewa się straszny bałagan. I to jest OK.
Ciekawe, że o tym wspomniałeś, bo kilka razy usłyszałem już, że zabieg z „glistą” jest trudny w odbiorze. Że jasne, nie przymuszajmy się nawzajem do szczęścia, no ale bez przesady! Nie można tak mówić o słodkim, małym bobasie! Otóż, można. I to wcale nie oznacza, że mój bohater dziecka nie kocha, że nie robi wszystkiego dla jego dobra. Przez „glistę” wybija się na niepodległość, kwestionuje pielęgnowane przez społeczeństwo przekonania, mówi: „Nie zamierzam się uśmiechać, kiedy jest tak ciężko”. Najwyraźniej trafia w czuły punkt.
Wiele jest w tej książce porównań tego rodzaju, różnorakich zabaw słownych, które nawiązują do popkultury. Najtrudniejszy moment, czyli połóg, nazywasz „długą nocą”. To jak z „Drakuli” Brama Stokera, jak z jakiegoś body horroru.
U nas połóg, ten „czwarty trymestr”, przypadł na styczeń, czyli najgłębszą polską breję. Była to długa noc, która nigdy się nie kończyła. Trzy godziny szarego nieba, po czym znowu mrok. Ciąża ma chronologię, przebiega w wyznaczonych ramach, wkracza na kolejne etapy. Ale połóg to jest świat wyrwany z tego marszu, zapętlony, cykliczny. Każdy dzień jest jak w „Dniu świstaka” – tak samo się zaczyna, tak samo się skończy. A jednak przy całej swojej upiorności połóg ma jeden aspekt – dla mnie – pozytywny. Czas zwalnia, choć dotychczas, z biegiem lat, jedynie przyspieszał. Czuje się każdy dzień, każdą godzinę. Każda ma znaczenie.
I co dalej? Książka w pewnym momencie się urywa, kończy się sceną w samochodzie. Na tylnym siedzeniu siedzi chłopczyk, który ma już dwa i pół roku.
Często słyszy się, że każdy rok przynosi coraz większe trudności, ludzie z lubością komentują: „Ciesz się, póki możesz” albo „Z niemowlakiem jest ci ciężko? Potem dopiero będzie koszmar!”. A ja chciałem postawić w książce inną tezę, że potem będzie tylko lepiej. Pierwszy etap rodzicielstwa jest arcytrudny, bo siłą rzeczy nie ma się jeszcze do czynienia z człowiekiem, z którym można nawiązać kontakt na ludzkich zasadach, dogadać się. To relacja innego rodzaju, nawet nie wychowanie, lecz po prostu opieka. Jednakże każdy dzień, każdy miesiąc, każdy rok przybliża nas do prawdziwego dialogu. Do sytuacji bez porównania fajniejszej.
Częste porównania do popkultury u mojego bohatera wynikają z jego tendencji do zamykania się we własnej głowie – próbuje okiełznać rzeczywistość, przepuszczając ją przez bezpieczny filtr filmów i seriali kojarzonych z dzieciństwa, czasów relatywnej beztroski. A u nas? Fragmenty „Terminatora” z wojną na lasery mój syn ma już odhaczone. Na razie dalej nie poszliśmy, ale są perspektywy.
Czy ojciec jest skazany na żywot „trutnia”? Czy udało ci się rozprawić z ojcostwem?
Rozprawa trwa bezustannie, każdego dnia od początku. Każdy miewa momenty słabości i zwątpienia. Pytanie brzmi, czy zmotywują nas do działania. Moja książka powstała z potrzeby zmierzania się z trudnym tematem, który nie został jeszcze w literaturze wyczerpany. Bardzo zależało mi, żeby te trudne, emocjonalnie pogmatwane sytuacje, ułożyć w fabułę. Żeby to nie był pamiętnik, poradnik czy reportaż, ale tekst literacki, powieść. Bohater „Trutnia” ma wady, można go nie lubić. Nie wjeżdża na białym koniu, nie zna wszystkich odpowiedzi. To jest człowiek, który bardzo chce, ale mu nie wychodzi, jest wściekły na to, że mu nie wychodzi, tym bardziej się stara, a ostatecznie wybucha i musi przepoczwarzyć się, przejść istotną przemianę. Oby na lepsze.
Jarek Westermark – pisarz, tłumacz, poeta. Autor zbiorów „Opowiadania, które napisałem” (2016) i „10 opowiadań na krzyż” (2021). Publikował m.in. w „Piśmie”, „Znaku”, „Wizjach”. „Truteń, czyli rozprawa z ojcostwem” (2025) to opowieść o ojcostwie, jego pokusach i walce z kulturą, która zbyt łatwo odpuszcza mężczyznom.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Niewerbalny język miłości ojców. Dlaczego łatwiej umyć samochód, niż powiedzieć „kocham”?
- Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem
Dziennikarz, krytyk filmowy, filmoznawca. Publikuje m.in. w „Przekroju", „Przeglądzie", a także w portalach dwutygodnik.com, culture.pl, mintmagazine.pl, onet.pl. Ponadto gościnnie pisze na łamach „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „Kino” i wielu innych tytułów. Do ubiegłego roku prowadził cotygodniową audycję w OFF Radiu Kraków. Autor kilkuset rozmów i wywiadów z nagradzanymi na światowych festiwalach twórczyniami i twórcami filmowymi, m.in. z Jonathanem Glazerem („Strefa interesów”), Laurą Poitras („Całe to piękno i krew”), Bong Joon-ho („Parasite”), duetem Daniels („Wszystko wszędzie naraz”), Arim Asterem („Bo się boi”).
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Książki
Zamach, który może zmienić świat. „Bez litości” Grzegorza Kapli nie daje zasnąć
Jeden strzał, od którego zależą losy świata, to motyw, który nigdy się nie starzeje. Po „Dniu Szakala” Fredericka Forsytha i geopolitycznych thrillerach Toma Clancy'ego sięga po niego także Grzegorz Kapla. W „Bez litości” osadza go we współczesnej Europie.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Książki
Pasja, pieniądze, prestiż – książka, która odsłania kulisy rynku sztuki
Sztuka od wieków budzi emocje, inspiruje i prowokuje do dyskusji.
Książki
Kiedy kryminolog pisze kryminały. Rozmowa Piotrem Chomczyńskim
– Na każdym miejscu zbrodni zostaje ślad psychologiczny sprawcy – mówi kryminolog oraz autor reportaży i powieści kryminalnych, prof. Piotr Chomczyński, z którym rozmwiamy o tajemnicach ludzkiej natury, mechanizmach zła, świecie karteli narkotykowych i o tym, dlaczego rzeczywistość często okazuje się bardziej mroczna niż fikcja.
Książki
Ojcostwo na płonącej planecie. Rozmowa z Łukaszem Stankiem
Jak być ojcem w czasach kryzysu klimatycznego? – Trzeba zacząć od bycia człowiekiem – mówi nam Łukasz Stanek, działacz społeczny i autor książki „Dlaczego Ci to zrobiłem?”.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Książki
Czy SF jest nam potrzebne i dlaczego tak? Idealny prezent na Dzień Ojca
W codzienności nadmiaru trudno wybrać, po jaką lekturę sięgnąć, a częściej łatwiej zrezygnować z czytania na rzecz mniej wymagających rozrywek, dodatkowo od mężczyzn oczekuje się, że będą realizować się poprzez sport, który niestety z formy rozrywki, relaksu i pasji staje się czasem przesadnie angażującym eskapizmem od rzeczywistości. Nacisk na wymierny zysk ze spędzania czasu wolnego w sposób korzystny jest trudny do pogodzenia ze zwyczajną dobrą zabawą, a także zaspokajaniem wyższych potrzeb.
Książki
Moda zamknięta w książce. Serię „Historia kultowego domu mody” kocha każdy, dla kogo styl ma znaczenie
Są książki, które czyta się od deski do deski. Są też takie, które zostawia się na stoliku kawowym, by co jakiś czas wracać do ulubionych zdjęć, kolekcji i historii. Seria „Historia kultowego domu mody” wydawnictwa Arkady należy do obu kategorii jednocześnie.
Książki
Czytanie jest hot? Bardziej, niż myślisz, i mniej, niż twierdzą książkowe snoby
Czy gdyby mężczyźni czytali więcej książek, kobiety chętniej umawiałyby się z nimi na randki?
Książki
Czy Amerykanie to najwięksi dziwacy na świecie?
Co łatwiej kupić w amerykańskim markecie: karabin czy świeży, chrupiący chleb? Czemu mieszkańcy Florydy rzucają aligatorami w witryny sklepowe? I dlaczego populacja wielkości tej z Pensylwanii wierzy, że jaszczuroludzie rządzą światem? Na te i wiele innych pytań odpowiada amerykanistka i autorka książki „Dziwne Stany Ameryki”, Martyna F. Zachorska.