Skoro świat płonie, zapalmy papierosa. Hollywood znów chodzi na dymka
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Skoro świat płonie, zapalmy papierosa. Hollywood znów chodzi na dymka
Papieros jeszcze niedawno był symbolem obciachu, uzależnienia i złych decyzji. Dziś znowu wygląda jak rekwizyt pożądania. Palą Dakota Johnson, Jeremy Allen White i chłopaki z „Gorącej rywalizacji”. Dlaczego papierosy wracają do hollywoodzkich produkcji, na czerwone dywany i instagramowe feedy?
Udostępnij

Papierosy w serialach i filmach znowu są cool Autor zdjęcia: kolaż GQ Poland
Kochałem palić papierosy. Chodzić na dymka. Ćmić szlugi. Pamiętam nawet dokładny moment, kiedy pomyślałem, że mogłaby być to aktywność dla mnie. Miałem nie więcej niż 15 lat i po raz pierwszy obejrzałem „Podziemny krąg” Finchera. W jednej ze scen na grupie wsparcia (dla osób z rakiem jąder czy gruźlicą?) bohater Edwarda Nortona odwraca się, by z obrzydzeniem spojrzeć na graną przez Helenę Bonham Carter Marlę, urządzającą trauma turystykę. Kobieta w zwolnionym tempie, z charakterystycznym dźwiękiem chrzęstu zapalniczki, zapala Winstona i żarłocznie się nim zaciąga. Po chwili jej twarz – osłonięta wielkimi muszymi okularami i rondem czarnego kapelusza – tonie w chmurze dymu. Bohaterka stała się synonimem buntu (chodziła na grupy wsparcia, choć sama nie cierpiała na żadną przypadłość) tak samo jak tuziny wypalanych przez nią papierosów. Chciałem być jak Marla.
Jak Cruella i James Dean
Później – już kupowałem fajki i za każdym razem prosiłem w duchu, by nikt nie poprosił mnie o dowód – oglądałem sceny palenia w filmach i serialach ze znawstwem konesera. Wydawało mi się, że wiem, co czuje Mia Wallace w „Pulp Fiction”, zaciągając się papierosem nad milk shakiem. Albo Monica Bellucci w „Malenie” czy Cruella Demon w „101 Dalmatyńczykach”. Ściany mojego pokoju zdobił wydrukowany na podrzędnej drukarce portret Jamesa Deana z papierosem i Toma Cruise’a (bardzo słaby ekranowy palacz, BTW) z „Ryzykownego interesu”, a także Sharon Stone z „Nagiego instynktu” (żeby nikt sobie przypadkiem „niczego” nie pomyślał).
Pamiętam, że na studiach palenie było czynnością wręcz duchową i intymną. Nie patrzeliśmy (jeszcze) w telefony, tylko na siebie. Każda rozmowa na ćmiku (studiowałem w Poznaniu) mogła przerodzić się w głęboką dyskusję o literaturze, filozofii, gender studies (wtedy nowość na uniwersytecie), skandynawskim kinie albo po prostu o chaosie dorosłego życia, które miało dopiero nadejść. Papieros był zatrzymaniem. Nikt nie traktował swojego ciała jako świątyni. Byliśmy przeintelektualizowaną bohemą wanna be. A ja jedyne, o czym marzyłem, to być pisarzem (powiedziałbym, że nawet przez duże „P”). Dlatego tak blisko było mi do tych wszystkich filmowych wizerunków literatów i literatek, których nałogowo chłonąłem. Wyobrażałem sobie, że jestem jak Nicole Kidman z „Godzin” albo Philip Seymour-Hoffman w „Capote’em” z papierosem rozmyślający nad kieliszkiem martini (na które nie było mnie stać). Jakkolwiek to pretensjonalnie brzmi, palenie było połączeniem, jakąś kontynuacją z „przodkami” i „przodkiniami” po piórze.
Glamour „Mad Mena”
Wtedy pojawił się „Mad Men”, czyli kultowy serial Matthew Weinera o nowojorskiej agencji reklamowej lat 60. i 70. XX wieku, który sportretował atrakcyjność palenia lepiej niż jakikolwiek serial kostiumowy wyprodukowany dla telewizji w ciągu poprzednich dwóch dekad. Agencyjny wyga Don Draper (Jon Hamm), a także pozostali bohaterowie i bohaterki palili dosłownie wszędzie. Pili też zupełnie swobodnie – w domu, w pracy, w barach – w znacznie większym stopniu, niż robią to dziś ludzie.
„Mad Men” – osadzony wśród amerykańskiej elity, we wnętrzach zapełnionych zarówno ikonami designu, jak i sentymentem – mimowolnie podkreślał urok palenia, a do tego (kreatywnej – wszak mówimy o magikach marketingu i copywritingu) wolności (nawet samolot był wypełniony dymem). Papieros w dłoni Dona był symbolem statusu, a także częścią jego seksualności, elementem męskości, a nawet częścią flirtu (zresztą papieros jako oznaka napięcia erotycznego jest stare jak Hollywood).
Gdyby ktoś pomyślał, że całe to palenie jest pochwałą takiego stylu życia, będzie w błędzie. Bo co prawda serial zaczyna się od tego, że Don przygotowuje kampanię reklamową papierosów, ale kończy – śmiercią jego (byłej) żony Betty, która paliła przez wszystkie siedem sezonów, na raka płuc.
Schyłek palenia
Finał „Mad Men” wydaje mi się dobrą metaforą powolnego usuwania się papierosów z małego i wielkiego ekranu (a także prawdziwego życia). Jednak to nie tak, że właśnie wtedy, w 2015 roku, Hollywood zorientowało się, że fajki szkodą. Był to – używając znienawidzonego przeze mnie słowa – proces.
W początkowych latach telewizji nie istniały jeszcze papierosy-rekwizyty (ziołowa mieszanka). W latach 50. aktorzy i aktorki palili przed kamerą prawdziwe fajki, a Chesterfield, Lucky Strike, Camel i inne marki były sponsorami wielu popularnych programów. Telewizja pozostawała medium przyjaznym papierosom aż do początku lat 60., kiedy to potwierdzono związek między paleniem i rakiem płuc. Kiedy kilka lat później zakazano wszelkich reklam wyrobów tytoniowych w mediach, niechęć do nałogu wzrosła. Doprowadziło to do gwałtownego spadku liczby scen palenia w telewizji, a także do radykalnej zmiany w sposobie, w jaki widownia postrzegała palących bohaterów i bohaterki. Papierosy zaczęły kojarzyć się ze złem, a więc paliły głównie czarne charaktery. Badanie przeprowadzone przez Annenberg Public Policy Center wykazało, że między 1961 a 2010 rokiem liczba scen palenia w serialach dramatycznych emitowanych w godzinach największej oglądalności spadła z prawie pięciu na godzinę do mniej niż jednej. Na ekranie delektowano się papierosami również po to, by pokazać konkretną epokę, ale tylko „Mad Men” robił to z takim sznytem, jednocześnie wtłaczając w naszą (nawet w Polsce!) nostalgię za czasami, kiedy wydawało się, że niemal za każdym rogiem dzieją się wiekopomne wydarzenia.
Koniec hedonizmu
Mimo wszystko jednak określenie serialu Weinera jako metafory schyłku pewnego porządku wydaje mi się słuszne. Nie tylko w kontekście produkcji, lecz także życia (przynajmniej mojego i moich rówieśników) w ogóle. Wraz z wiekiem zorientowałem się, że hedonistyczna nonszalancja, którą po dwudziestce wiązałem z paleniem papierosów, jest tak samo fałszywa jak nos Nicole Kidman w „Godzinach”. A ja – jako ten prozaik – ani nie jestem specjalnie utalentowany, ani nie palę w smokingu wśród kwiatu artystycznej socjety, tylko w rozciągniętych dresach na półpiętrze poznańskiej kamienicy. Rzuciłem fajki – jak wiele znanych mi osób – bo trzeba było dorosnąć, zmądrzeć, zaoszczędzić, otrząsnąć się wyobrażeń (you name it). Wreszcie, by być zdrowym i jak najdłużej się rozwijać i spełniać. Słowem: żyć.
Co prawda pokoleniowo, jako ludzie bliżej czterdziestki, staliśmy się fit i bardziej świadomi naszych ciał. Staramy się dbać o nasz ogólny dobrostan, co – szczególnie po pandemii – wydaje się syzyfową pracą (do tego jeszcze wrócę). Mamy też pełne ręce roboty i ważniejsze rzeczy do robienia z własnym czasem niż gadanie przy fajce o sprawach, które nikogo nie interesują (Kant? Tokarczuk? Polacy nie czytają? Who cares). Pracujemy. Odpisujemy na mejle. Scrollujemy telefon między jednym spotkaniem a drugim. Chodzimy na siłkę o szóstej rano, by potem spokojnie dotrzeć do biura. Szybki lunch, podczas którego dyskutujemy z szefową, jednocześnie przy stoliku – zupełnie odruchowo – znowu zerkamy na nasze wyniki w social mediach. Wieczorem film albo masaż, żeby „się wyregulować”, a zaraz po nim szybki check lajków. Albo laptop na kolanach jeszcze długo po powrocie do domu, bo przecież zawsze można było zrobić więcej.
Następuje zmiana
Gdy zimą myślami wracam do czasów, kiedy paliłem, zastanawiam się, co mnie motywowało do stania na takim mrozie? O czym wtedy myślałem? Może i sam temat rozkmin wraz z wiekiem przestał mnie interesować, to jednak poczucie zatrzymania się podczas dymka nadal mam w pamięci. Niedawno minęła dekada, odkąd rzuciłem papierosy, mimo to – jakby w rewersie bólu fantomowego – zdarza się, że na języku czuję ich smak. Rodzi się sentyment, a także nagła pewność – przestałem wierzyć, że przyszłość, dla której tak rozsądnie o siebie dbałem, rzeczywiście kształtuje się w różowych barwach. Mogę jeść zdrowo, ćwiczyć z zegarkiem, ograniczać alkohol i pilnować snu, ale co z tego, skoro świat chyli się ku upadkowi? Jeśli na czterdziestce moich przyjaciół ludzie półżartem zastanawiają się, czy za kilka lat nie obudzimy się w przepełnionym schronie przeciwlotniczym, to trudno nie zadać sobie pytania, czy odmawianie sobie drobnych przyjemności naprawdę jeszcze do czegokolwiek prowadzi.

Dakota Johnson w „Materialistach” lubi wyskoczyć na dymka Autor zdjęcia: materiały prasowe, A24
Na ekranie
Czyżby w Hollywood też wyczuwali podobne tendencje? Przykładów można mnożyć, ale ograniczę się do kilku. W ubiegłorocznych „Materialistach” grana przez Dakotę Johnson Lucy uwielbia papierosy. Pali, rozmawiając z przyjaciółką. Później flirtuje z byłym, trzymając zapalonego papierosa tuż przy twarzy. Jej nałóg nie jest komentowany. Po prostu Lucy kooocha wyskoczyć na dymka. Ale papieros jest tu też oznaką czegoś więcej – bohaterka w swoim cynizmie i znużeniu dzisiejszym randkowaniem wybiera papierosa jako coś odwiecznego, oldskulowego, dzięki niemu nie poddaje się chaosowi współczesnego świata.
W krindżowej komedii „Przyjaźń” papieros na nowo staje się emblematem bycia cool. Austin (Paul Rudd), którym obsesyjnie fascynuje się Craig Tima Robinsona – pali, ale nie jest uzależniony. Sam sobie skręca fajki, to część jego lifestyle’u. Craig często wygląda przez okno biura i obserwuje współpracowników, którzy go nie szanują ani nie lubią. Wszyscy w dłoniach mają papierosy, będące symbolem zamkniętego kręgu. Bohater Robinsona mimo desperackich kroków nie zostaje do niego dopuszczony.
Oczywiście każdy wie, że papierosy są dla nas – delikatnie mówiąc – szkodliwe (badania szacują, że przez palenie umiera rocznie od 70 do 81 tys. Polek i Polaków), ale też nikt przecież nie uznałby wielbionego przez rzeszę fanów i fanek szefa kuchni Carmy’ego Berzatto z serialu „The Bear” za wzór zdrowia – psychicznego czy jakiegokolwiek innego. A jednak Jeremy Allen White wykorzystuje papierosy granego przez siebie bohatera, by podkreślić jednocześnie jego atrakcyjność, nieokiełznanie i smutek. Look na targanego skrajnymi emocjami romantyka? Checked.
Po raz pierwszy od 2002 roku liczba scen z użyciem tytoniu na ekranie wzrosła – palenie pojawiało się w 80 proc. filmów nominowanych do Oscara za najlepszy film w 2025 roku, w tym w „Anorze” i „Substancji”. W tym roku nagminnie palono m.in. w „Jednej bitwie po drugiej” i „Grzesznikach” (przy czym tylko ten ostatni tytuł jest filmem kostiumowym). Z kolei na małym ekranie pielęgniarki z „The Pitt” rozładowują stres podczas przerw na ćmika. A w popularnym serialu „Love Story” Carolyn Bessette-Kennedy (Sarah Pidgeon) wygląda turboszykownie w stylówkach z lat 90., od niechcenia zaciągając się papierosem.
Aktorzy i aktorki
Fakt, że artyści i artystki palą, jest czymś jasnym jak słońce (patrz: wszystkie filmy biograficzne). Jednak gdy zaczęto publicznie karcić za papierosy (wiecie: zły przykład dla dzieci!), nałogowcy „zeszli” do podziemi. Dziś jednak – w dobie papierosowego renesansu – coraz częściej obserwujemy palących celebrytów i celebrytki nie tylko na ekranie, lecz także w prawdziwym życiu.
Na początku tego roku Sean Penn kopcił jak gdyby nigdy nic na rozdaniu Złotych Globów. Robił to ku uciesze zarówno swoich współziomków na sali, jak i twórców memicznego contentu. Chwalono aktora za luz i że „don’t give a fuck”. Niemal jakby robił coś antysystemowego. Sto punktów do popularności!
OK, ale Penn jest grubo po sześćdziesiątce, więc dorastał (mniej więcej) w czasach „Mad Mena”. Co zatem z młodymi? Zajrzyjmy na instagramowy profil @cigfluencers. To kronika zdjęć znanych osób, które delektują się papierosami w miejscach publicznych. Wyglądają różnie, choć zazwyczaj całkiem sexy, hot i rich. Coraz większa grupa wchodzących gwiazd – od aktorów „Gorącej rywalizacji”, Hudsona Williamsa i Connora Storriego, po twórczynię „Kocham LA”, Rachel Sennott – daje się fotografować z klasycznymi (nie żadnymi elektronicznym ustrojstwem!) papierosami w dłoni albo podczas palenia.
Czy to ucieczka?
W ostatnim czasie wiele myślałem o paleniu. Być może dlatego, że na ulicy faktycznie widuję coraz więcej miłośników i miłośniczek „klasyków”. Co prawda sam nie zamierzam wrócić do nałogu (bo kasa, bo siłownia, bo smród, no i zdrowie jest najważniejsze), ale też nie wtrącam się w wybory innych. Mam jednak wrażenie, że w paczce papierosów jest zaklęte jakieś (złudne?) wrażenie wzięcia rzeczywistości za rogi i pójście pod prąd oczekiwań. Skoro świat stał się tak skrajnie nieprzewidywalny, a doniesienia medialne tak triggerujące, czy wyciągnięcie marlborasa nie staje się przypadkiem jednym z ostatnich drobnych gestów buntu? Czymś kompletnie nieracjonalnym, ale przez to dającym iluzję sprawczości – choćby na czas jednego papierosa. I nagle stajemy się głównymi bohaterami i bohaterkami historii opartych na naszym własnym scenariuszu.
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
„The Bear” smakuje lepiej bez Carmy’ego. Przedpremierowa recenzja
Jeremy Allen White nadal jest twarzą „The Bear”, ale piąty sezon udowadnia, że serial Christophera Storera nie potrzebuje już nieustannego skupiania się na jego bohaterze. Gdy Carmy schodzi z pierwszego planu, więcej miejsca dostają inni, a „The Bear” odzyskuje smak.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wraca. Harry Collett i Tom Glynn-Carney o nowym sezonie
„Ród smoka” właśnie powrócił z trzecim sezonem, a wraz z nim Aegon Targaryen, który próbuje poskładać się po własnym upadku, i Jacaerys Velaryon, coraz mocniej wchodzący w rolę przyszłego przywódcy. Tom Glynn-Carney i Harry Collett opowiadają o wojnie, traumach i o tym, dlaczego w Westeros największym zagrożeniem nigdy nie były smoki.
Filmy i seriale
Michał Sikorski o swoich ikonicznych rolach
Od przełomowej „Sonaty” po fenomen „1670” – Michał Sikorski opowiada o rolach, które ukształtowały jego aktorską karierę. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce rozpoczynamy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Dlaczego świat oszalał na punkcie „Backrooms”?
21-letni Kane Parsons zamienił internetową obsesję w filmowy fenomen. „Backrooms. Bez wyjścia” zarabia miliony, przyciąga młodą widownię i pokazuje, że przyszłość kina rodzi się dziś na YouTubie.
Filmy i seriale
Tom Holland i Zendaya wkraczają w nowy rozdział. Jest zwiastun „Spider-Man: Nowego początku”
Trudno powiedzieć, co dziś elektryzuje fanów bardziej: rekordowo popularny „Spider-Man: Nowy początek” czy fakt, że Tom Holland i Zendaya znów pokazują się razem. Nowy zwiastun tylko podgrzewa atmosferę wokół filmu, a świeżo upieczeni małżonkowie właśnie rozpoczęli wspólną trasę promocyjną, która potrwa jeszcze wiele miesięcy.
Filmy i seriale
„Ród smoka” wreszcie przestał być gorszą „Grą o tron”. Recenzja
Trzeci sezon „Rodu smoka” przynosi to, czego brakowało serialowi od początku: stawkę, emocje i bohaterów, których decyzje naprawdę mają konsekwencje. Produkcja HBO Max wreszcie nie sprawia wrażenia kosztownej imitacji. Westeros znowu wciąga.
Filmy i seriale
„1670” wraca z trzecim sezonem. Jan Paweł chce wysłać chłopa na Księżyc
Netflix zapowiedział trzeci sezon hitowego serialu „1670". Premiera 5 sierpnia, a fabuła zabierze widzów z błotnistej Adamczychy na królewski dwór i do Warszawy.
Filmy i seriale
„Poszukiwacze zaginionej Arki” kończą 45 lat. Jak Spielberg i Lucas stworzyli arcydzieło kina przygodowego
Mija 45 lat od premiery „Poszukiwaczy zaginionej Arki” – filmu, który na nowo zdefiniował kino i uczynił Indianę Jonesa jedną z największych ikon popkultury.