PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Filmy i seriale

Od czerwonego dywanu, przez statuetki, po Oscary. Jak Złote Globy ustawiają wyścig po inne nagrody filmowe

Złote Globy od lat uchodzą za najmniej poważną galę sezonu, ale to właśnie one wyznaczają jego tempo. Między żartami prowadzącej a toastami przy stolikach zapadają decyzje, które jeszcze długo rezonują w oscarowym wyścigu.

Udostępnij

Od czerwonego dywanu, przez statuetki, po Oscary. Jak Złote Globy ustawiają wyścig po inne nagrody filmowe

Timothée Chalametem Autor zdjęcia: Getty Images

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
12.01.2026

Złote Globy mają opinię najmniej poważanej ceremonii hollywoodzkiego sezonu nagród filmowych i telewizyjnych. Historycznie zarzucano im brak inkluzywności (do 2023 roku liczba głosujących wynosiła około 300 osób!), łatwiejsze lobbowanie u decydentów i decydentek, wreszcie też nagradzanie aktorów i aktorek za popularność, a nie kunszt. Po drodze były jeszcze grubsze skandale, chociażby molestowanie seksualne. Cancel culture nie śpi. Dlatego od kilku lat oglądamy „odmienione” Globy z gronem osób nominujących, które zostało powiększone o dziennikarzy i dziennikarki z całego świata. Nadal ceremonia jest bardzo anonimowa i podejrzana, ale przynajmniej bywa też zabawna.

Dla sławnych i bogatych z fabryki snów coroczne rozdawnictwo statuetek odbywa się na suto zakrapianej alkoholem imprezie, podczas której mogą pokąpać się w jeziorku ochów i achów, a do tego jeszcze zgarnąć statuetkę. Lubię myśleć o Globach jako o wyścigach chartów. Psy pędzą w pogoni za metalowym króliczkiem. Co prawda jeden numerek zawsze wygrywa, ale tak naprawdę nigdy nie udaje mu się złapać przynęty – ta chowa się na mecie. Tym metalowym króliczkiem jest chęć sławy, którą trudno zaspokoić, tym bardziej wtedy, gdy jest nieustannie pobudzana.
 

Wyścig po nagrody: Start!

W przeciwieństwie do rozdawanych wcześniej Critics’ Choice Awards, to Złote Globy – przez swoją celebryckość i emanację luksusu na czerwonym dywanie – uznaje się za nieformalne otwarcie trzymiesięcznego sezonu nagród filmowych (i telewizyjnych), który wieńczą Oscary (u nas w nocy z 15/16 marca). 

Właśnie zakończyła się tegoroczna, 83. ceremonia wręczenia Złotych Globów, której wyniki (choć nie wszystkie) nie było trudno przewidzieć. Czy to źle? Nie do końca – przecież lubimy, gdy wygrywają nasi faworyci. Jednocześnie transmisja, jak każdy program telewizyjny, bardziej cieszy i wciąga dzięki zaskoczeniom. Dlatego dziękujmy kinofilskim niebiosom za Nikki Glaser, która po raz drugi prowadziła galę. Na scenę weszła w akompaniamencie piosenki „Style” Taylor Swift. Osoby śledzące stand-upową karierę komiczki doskonale wiedzą, że Glaser nie tylko ma styl, lecz także cięty język. Z łatwością rozbraja celebrytów i celebrytki, akcentując swoją mniejszą rozpoznawalność, a przy tym wcale nie osłabia siły puent. Na przykład zapytała George’a Clooneya, czy rzuci okiem na jej ekspres Nespresso („Zerknę” – odpowiedział bezgłośnie). Zauważyła, jak wiele Leonardo DiCaprio zdołał osiągnąć, zanim jego dziewczyny skończyły 30 lat. Śmiała się, że „Hamnet” (z ang. „ham” to szynka, a „net” – siatka) to oryginalna nazwa bielizny wyszczuplającej Spanx. Glaser komentowała: „Podczas, gdy wszyscy inni w Hollywood są zdeterminowani, by wyglądać coraz młodziej, Sean Penn »powoli przeobraża się w seksowną skórzaną torebkę«". Skończyła na delikatnie sentymentalnej – choć nadal zabawnej – nucie. Powiedziała Paulowi Mescalowi i Jacobowi Elordiemu, żeby „dalej byli tą samą osobą – dla jej mamy”.

Komu się poszczęściło?

Monolog otwierający to zawsze krindż (te udawane śmiechy gwiazd!), ale dobrze poprowadzony (tu Glaser naprawdę jest mistrzynią) wypuszcza powietrze z nadętego balona celebryckiego ego. Uświadamiamy sobie, że to nie walka na śmierć i życie, tylko absurdalny konkurs na wcale nie na najlepsze filmy i seriale, tylko te z największą kasą na marketing (chociażby zauważenie wybitnych „Grzeszników”), z popularnymi twórcami i twórczyniami (bo np. czym innym tłumaczyć dominację żenująco złego „Frankensteina” Guillermo del Toro albo nomkę dla Julii Roberts za KOSZMAR SEZONU, „Po polowaniu”) czy ze splotem szczęśliwych (?) zbiegów okoliczności (nomka dla rasistowskiego „Sirāta” czy świetnego Lee Byung-Huna w „Bez wyjścia”). 

Tegoroczne Złote Globy nadal potrafiły zaskoczyć. Czarnym koniem (lub chartem) okazał się brazylijski thriller „Tajny agent” Klebera Mendonçy Filho, który został uhonorowany za najlepszy nieanglojęzyczny film (polska premiera dopiero w kwietniu – SKANDAL!). Odtwórca głównej roli Wagner Moura (wyśmienity in general) zgarnął statuetkę za najlepszego aktora dramatycznego (zamiast Michaela B. Jordana za „Grzeszników”!). Zwiększył tym swoje szanse w wyścigu po Oscara. 

Idzie łeb w łeb z DiCaprio („Jedna walka po drugiej”) i Timothée Chalametem („Wielki Marty”). Zresztą ten drugi pokonał tego pierwszego i został uhonorowany statuetką za najlepszą rolę męską w komedii i musicalu. Złote Globy mają więcej kategorii, by pomieścić mnóstwo znanych nazwisk. Co nie zmienia faktu, że zwycięstwo Chalameta cieszy najbardziej. Może i „Jedna walka po drugiej” to dla mnie najlepszy film mijającego roku (choć nie tylko według mnie – jury Globów przyznało obrazowi statuetkę za najlepszą komedię i musical, a Paul Thomas Anderson zgarnął nagrodę za reżyserię), to zbudowany przez Timothée Marty Mauser jest postacią pełną, zniuansowaną i tak ekspresyjną, że trudno oderwać od niego wzrok. Zresztą niemal całkowicie wypełnia film i niesie go na swoich barkach. Z kolei „Ghetto” Pat Calhoun w „Jednej bitwie…”, choć zagrany wybitnie przez DiCaprio, dzieli ekran z równie świetnymi aktorkami i aktorami. Aktor spotlight dzieli np. z Teyaną Taylor, która została wyróżniana jako najlepsza aktorka drugoplanowa. Zasłużenie! Bardzo mnie to cieszy.

Okradzeni i telewizja

Taylor jest (zdradzieckim) sercem „Jednej bitwy…”. Podobnie jak istotną postacią jest Benicio del Toro i grany przez niego sensei Sergio. Jego zwycięstwo na Globach miało być tylko formalnością. Tymczasem za najlepszego aktora drugoplanowego uznano Stellana Skarsgårda za „Wartość sentymentalną”. Co prawda obaj aktorzy byli w filmach wybitni. Jednak idąc z duchem inkluzywności, a nie metryki, zdecydowanie wskazałbym del Toro. Mam wrażenie, że tutaj uwidoczniły się wybory wspomnianego międzynarodowego grona osób głosujących (wiadomo: Europa głosuje na Europę). 

„Grzesznicy” Ryana Cooglera zdobyły wyróżnienia w kategorii najlepsze osiągnięcie kinowe i kasowe (kategoria typu: po co?), a Ludwig Göransson za najlepszą ścieżkę dźwiękową. Szczerze? To nagrody pocieszenia. Gremium wolało bowiem „Szekspira na kozetce”, czyli pompatycznego „Hamneta” Chloé Zhao i odwórczynię głównej roli, Jessie Buckley (dobrze płacze, fakt). Na pocieszenie pozostaje jednak widok Paula Thomasa Andersona, który podczas przemowy trzymał swojego Globa jak noworodka. Widok wart wszystkiego.

Najbardziej przewidywalne okazały się kategorie telewizyjne. „Studio” nazwano najlepszą komedią, a Setha Rogena najlepszym aktorem w serialu komediowym. W porządku, ale bez owacji na stojąco. Bank rozbiło „Dojrzewanie”, czyli historia zabójstwa nastoletniej dziewczyny przez jej rówieśnika. Tak nagradza się temat, a nie wykonanie. Również medyczne „The Pitt” i odtwórca roli głównej, Noah Wyle, nie wyszli z gali z pustymi rękami. Jest w popularności produkcji HBO Max wyczuwalny sentyment za starą, naziemną telewizją. Mimo że co tydzień trzyma w napięciu, tak hojne nagradzanie procedurala paradoksalnie brzmi jak desperacka próba cofnięcia czasu. Dlatego tak bardzo raduje mnie zwycięstwo Rhea Seehorn za rolę w „Jedynej” („Pluribus”) – serialu SF o tym, że zawsze znajdzie się jedna osoba, która będzie chciała popsuć dobry humor całej grupy (lub ludzkości). Utożsamiam się z Carol.

Najbardziej jednak zdziwiła mnie apolityczność show. Trudno przypomnieć sobie moment, w którym bardziej naturalne byłoby, by celebryci i celebrytki powiedzieli coś o świecie poza czerwonym dywanem. A jednak wszystkie przemówienia były zaskakująco letnie – jakby Hollywood samo stało się tak kruche, że jedyne, na co może sobie dziś pozwolić, to składanie hołdów własnemu odbiciu w lustrze. Nie wiem, czy na sali panowało poczucie strachu, czy raczej zbiorowa potrzeba spędzenia czasu bez zastanawiania się o to, co będzie jutro. Zarówno „Jedna bitwa po drugiej”, jaki i „Tajny agent”, a nawet „Grzesznicy” to przecież obrazy wybitnie polityczne. Na szczęście nie musimy słuchać twórców, możemy obejrzeć ich filmy.

Więcej w tym temacie:

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI KA518830_Peugeot_HighRes Light

Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota

Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

"Katastrofa w duecie": Marcin Dorociński i Ryan Reynolds w jednym filmie

Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV

Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.

Matt Damon i Zendaya w filmie „Odyseja”

„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]

Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Jedyna” zdobyła wiele nominacji do Emmy

Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent

Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.

Oto najlepsze seriale 2026 roku

Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy

Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.

„Projekt Hail Mary” to nowość na Amazon Prime Video

Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video

Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.

„Wielki Łuk” to film oparty na faktach

„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń

Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.