Gore Verbinski: „AI nie powinna pisać za nas historii”
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Gore Verbinski: „AI nie powinna pisać za nas historii”
Rozmawiamy z reżyserem „Piratów z Karaibów” o jego nowym filmie, w którym sztuczna inteligencja chce zawładnąć ludzkością.
Udostępnij
![Gore Verbinski: „AI nie powinna pisać za nas historii” [Berlinale]](/uploads/media/1280x720/01/158201-GettyImages-2261489150.webp?v=1-1)
Reżyser Gore Verbinski na Berlinale 2026 Autor zdjęcia: Getty Images
Do jednego z dinerów w Los Angeles wchodzi człowiek z przyszłości. Na pierwszy rzut oka wygląda to na klasyczny napad, ale szybko okazuje się, że stawka jest znacznie dziwniejsza i większa. Nie chodzi o pieniądze, tylko o ludzi. Musi wybrać dokładnie właściwą grupę spośród przypadkowych klientów i przekonać ich, by jeszcze tej samej nocy wyruszyli z nim w misję ratowania świata przed sztuczną inteligencją. Wystarczy kilka celnych argumentów i delikatna aluzja, iż odmowa może spotkać się z wysadzeniem lokalu w powietrze, żeby znaleźć ochotników i ochotniczek.
Ta przypadkowa drużyna rusza w dystopijną jazdę bez trzymanki. Ścigają się nie tylko z czasem. Po drodze czekają nastolatki-zombie przyklejone do ekranów, zbuntowane lalki-roboty i cała parada dziwactw wymykających się spod kontroli.
Tak wygląda zarys fabuły filmu „Baw się dobrze i przeżyj”, którym po blisko dekadzie do kin wraca Gore Verbinski, reżyser hitowych „Piratów z Karaibów”, oscarowego „Rango” czy kultowego „Polowania na mysz” z lat 90.
Spotykam się z Verbinskim w trakcie tegorocznego festiwalu filmowego Berlinale, by porozmawiać m.in. o tym, czy obawia się sztucznej inteligencji, jaki ma ona wpływ na branżę filmową, o „Ojcu chrzestnym” z gadającymi żabami w reżyserii Nolana, a także o tym, czy Whitney Houston miała rację, śpiewając: „Children are our future”.

Sam Rockwell w filmie „Baw się dobrze i przeżyj” Autor zdjęcia: materiały prasowe Kino Świat
Na twój nowy film czekaliśmy blisko 10 lat. Czy przez ten czas obserwowałeś, jak zmienia się sztuczna inteligencja?
Co prawda od tego czasu rozwijałem kilka projektów, jednak kiedy w 2020 roku na moje biurko trafił scenariusz „Baw się dobrze i przeżyj” – nie mogłem się od niego oderwać. Zachwycił mnie monolog otwarcia w typowym amerykańskim dinerze, w którym pojawia się bohater z przyszłości i próbuje namówić śmiałków do walki z AI. Matthew Robinson napisał scenariusz trzy lata wcześniej, w 2017 roku. Wtedy sztuczna inteligencja dopiero pojawiła się na horyzoncie. Dziś jest już naszą codziennością. Dlatego dopisywaliśmy drugą połowę tak, by była czytelna współcześnie, jednocześnie odpowiadając na pytanie: co AI faktycznie robi z naszym życiem?
Jakie zmiany wprowadzaliście?
Istotną zmianą było przedefiniowanie antagonisty. Zamiast klasycznego złoczyńcy, który chce zagłady ludzkości, chcieliśmy kogoś/coś bardziej subtelnego. Sztuczna inteligencja jest projektowana tak, by nieustannie podtrzymywać nasze zaangażowanie. Dlatego pomyśleliśmy o przeciwniku, który zamiast grozić, mówi: „Dlaczego mnie nie lubisz? Zrobię wszystko, żebyś mnie polubił”. Jednocześnie staraliśmy się tworzyć film na tyle uniwersalny, żeby był czytelny w przyszłości. Oczywiście musiałem głęboko wejść w temat. Bo choć przy produkcji nie korzystaliśmy z AI, chciałem dobrze rozumieć kierunek, w którym jej – wręcz gwałtowny – rozwój zmierza.
Jakie rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji widzisz w biznesie filmowym, których jeszcze kilka lat temu nie było, a które dziś są codziennością?
Spędzam dużo czasu na spotkaniach z firmami od efektów wizualnych, z aktorami i przedstawicielami korporacji. Wszyscy dyskutują o tym, co nadchodzi, co będzie dozwolone, a czego nie będzie można używać ze względu na prawo autorskie. Zaleźliśmy się w naprawdę fascynującym momencie. Mam wrażenie, że balansuję między pesymizmem a ostrożnym optymizmem. Nie podoba mi się sytuacja, w której AI wyprzedza proces twórczy. Jeśli jesteś dziennikarzem, nie potrzebujesz narzędzia, które kończy za ciebie zdania albo mówi: „Wiem, co chciałeś powiedzieć, pozwól, że zrobię to za ciebie”, prawda?
Podobnie jest z algorytmicznymi podpowiedziami – wyszukiwaniem i podpowiadaniem. Przecież szukając odpowiedzi, powinniśmy poczuć się jak w bibliotece. Idziesz do niej po jedną konkretną książkę, ale po drodze na półkach trafiasz na inne, o których w ogóle byś nie pomyślał. Te niespodziewane odkrycia są najlepsze. Przypadkowości i intuicji nie da się sprowadzić wyłącznie do analizy danych historycznych i wzorców. Gdy działamy w ten sposób, cierpi na tym nasza kreatywność. Jako twórcy staramy się nie powielać schematów – ani cudzych, ani własnych. Tymczasem AI będzie coraz skuteczniejsza w dostarczaniu tego, czego oczekuje odbiorca. Jeśli ktoś chce zobaczyć „tańczące słonie”, dostanie je natychmiast. Z perspektywy konsumenta to działa świetnie.
A z puntu widzenia filmowca?
Używając tych metod, możesz dotrzeć niemal do produkcyjnej mety. Jednak na koniec zabraknie czegoś, co nadaje dziełu głębię i sens twojej pracy. Dziś toczą się poważne rozmowy o tym, jak mądrze korzystać z tych narzędzi. Często jednak wygląda to tak, że korporacje narzucają rozwiązania, których twórcy wcale nie potrzebują – jak monitor z efektem ruchu, przez który film przypomina transmisję meczu. A przecież nie o to chodzi!
Największy problem polega na tym, że rzadko pyta się samych opowiadaczy historii, jakich narzędzi faktycznie potrzebują. Co realnie wsparłoby ich proces? Owszem, istnieją funkcje, które mogłyby być pomocne – coś na wzór asystenta, intuicyjnie porządkującego informacje. Ale takie narzędzie musiałoby być ściśle dopasowane do indywidualnego stylu pracy. Jako reżyser potrzebuję przestrzeni, którą mogę zorganizować po swojemu. Chociażby biuro z tablicami wyklejonymi karteczkami post-it, odzwierciedlającymi mój sposób myślenia. W chwili, gdy ktoś narzuca mi gotowce, ingeruje w samą naturę mojej pracy.
Kilka lat temu aktorzy, aktorki i osoby zajmujące się pisaniem scenariuszy protestowali w Hollywood przeciwko m.in. nieuregulowanemu wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Czy od tego czasu coś się zmieniło?
Protesty trochę spowolniły procesy integracji AI w system filmowy, ale myślę, że ona i tak nadchodzi. Wiele osób mówi: „Jeśli my tego nie zrobimy, zrobią to Chińczycy”. Ale to wcale nie oznacza, że to jest dobre rozwiązanie, tylko że nikt nie chce odpaść w tym wyścigu. W grę wchodzą ogromne pieniądze i interesy korporacyjne, dlatego firmy nie zwalniają tempa.
Przeraża cię to jako reżysera?
I jako człowieka! Mamy wiele powodów do obaw. Na szczęście ludzie nadal dostrzegają tę „papkowatość”, sztuczność „dzieł” stworzonych przy użyciu AI. Oczywiście jej praca będzie coraz lepsza, coraz bardziej dopracowana. Wyobraź sobie sytuację: jest piątek wieczór, wracasz zmarnowany po pracy mówisz: „Chcę obejrzeć »Ojca chrzestnego« w stylu Christophera Nolana, ale z gadającymi żabami”. System wygeneruje ów obraz i będzie on całkiem dobry. Problem polega na tym, że powstanie na podstawie analizy filmów Nolana i obrazu Coppoli z gadającymi płazami jako wisienką na torcie. Dostajemy gotowca. W tej układance pomija się fakt, że jako reżyserzy desperacko staramy się nie powtarzać samych siebie. Wciąż próbujemy nowych rozwiązań, nowych scenariuszy. Obecnie AI nie jest zdolna do stworzenia czegoś autentycznie nowego.
Najbardziej dziwi mnie fakt, że firmy technologiczne uderzają w artystów, artystki…
Prawda? Dlaczego próbują odebrać nam umiejętności, które człowiek po prostu musi – sam z siebie – robić? Tak jak oddychamy, potrzebujemy pisać książki, opowiadać historie, komponować piosenki. Przydałoby nam się wsparcie przy stworzeniu leku na raka albo w stabilnej fuzji jądrowej. Tymczasem modele językowe kieruje się w stronę zadań, które dotykają samego rdzenia naszej tożsamości. Dlatego pojawia się namacalny jej kryzys – ludzie tracą pracę i czują, że grunt usuwa im się spod nóg.
Mówi się, że w Hollywood jest trudno już stworzyć coś oryginalnego – liczą się przede wszystkim franczyzy i znane IP. Tymczasem „Baw się dobrze i przeżyj” to całkowicie oryginalna historia. Czy była to droga przez mękę?
Byłaby, dlatego film nie powstał w Hollywood. Szczęśliwie znaleźliśmy niezależnych producentów, którzy zapalili się do naszego filmu. Niestety, dziś duże studia interesują się głównie sequelami. Koszty stałe są tak ogromne, że należy minimalizować ryzyko. Kiedyś było inaczej. Przecież „E.T.” był najpierw filmem, a dopiero potem zabawką. Myślę, że trzeba znowu postawić wóz za koniem. A platformy streamingowe i algorytmy ograniczają ten proces. Staram się być jednak optymistą. Uważam, że to dobry czas dla kina niezależnego. Oczywiście zasoby są ograniczone, ale dodaje mi otuchy to, że jakoś udało nam się nasz film zrealizować i że jak dotąd znajduje swoich zwolenników.
Podczas seansu pomyślałem, że Whitney Houston nie miała racji – dzieci wcale nie są naszą przyszłością. Przedstawiasz nastolatków i nastolatki jako zombie, którzy są przyklejeni do swoich smartfonów. Do tego szerzą w necie mowę nienawiści i jeszcze odpowiadają za strzelaniny w szkole. Tak malujesz upadek człowieczeństwa. Winni są rodzice?
Myślę, że uleganie pokusie, by używać smartfonów czy tabletów jako „narzędzi do niańczenia dzieci” w coraz młodszym wieku, to poważny problem. Kiedy moi dwaj synowie byli mali, staraliśmy się jak najdłużej ograniczać im dostęp do telefonów. Co nie oznacza, że nie obserwowali, jak ta technologia się rozwija, i nie dorastali ze świadomością, czym ona jest i jak działa. Dziś patrzę na to, co dzieje się z dziewięcio- czy trzynastolatkami, i trudno mi nie mieć wątpliwości.
Pamiętam czasy, gdy najważniejsze było dzieło. Piekłeś chleb. Oto bochenek na zakwasie – to jest wytwór. Nie ja jestem produktem, lecz to, co stworzyłem. Marką nie powinien być twórca, tylko jego praca. Widzę ogromną wartość w tworzeniu bez konieczności budowania wokół siebie brandu. Tymczasem dziś „telefon” mówi młodemu człowiekowi: „Musisz być marką”, „Musisz stać się własnym produktem”, „Promuj się”. Zatraciliśmy więź z istotą tworzenia. Nie każdy musi być aktorem. Taki przymus naprawdę potrafi namieszać w głowie.
À propos aktorów. Sam Rockwell gra lekko zwariowanego, choć w głębi duszy dobrego wysłannika z przyszłości, który wygląda, jakby od lat był w kryzysie bezdomności. Główna rola szyta na miarę dla tego aktora. Od początku brałeś go pod uwagę?
Tak! Pamiętam, że jeszcze w 2014 roku rozmawiałem z Samem o tym, że koniecznie musimy coś razem zrobić. Tak mijały lata, aż wreszcie przeczytałem wspomniany monolog otwarcia w scenariuszu Matthew i… zaskoczyło! Przed oczami miałem Rockwella w dziwacznym stroju i długą, nieokiełznaną brodą. Wyobraziłem sobie kogoś, kto wygląda, jakby właśnie wyszedł z kontenera na śmieci, wszedł do knajpy pełnej ludzi i zaczął wygadywać, że przybył z przyszłości. W pierwszej chwili mu nie ufasz (śmiech). Przekonanie gości dinera to właściwie to samo wyzwanie, przed którym ja jako reżyser staję wobec widzów już w pierwszych scenach film: czy zechcecie mi zaufać? Czy zdecydujecie się ruszyć ze mną w tę podróż?
Tym samym odwołuję się do przeczucia, które wielu z nas nosi w sobie – że coś jest nie w porządku – a zarazem do postaci outsidera, niepokornego protagonisty. Intuicyjnie wyczuwamy, iż za jego słowami kryje się coś więcej, jakiś głębszy, niewypowiedziany ból. Sam Rockwell jest perfekcyjny do odgrywania tego typu postaci.

Haley Lu Richardson w filmie „Baw się dobrze i przeżyj” Autor zdjęcia: Kino Świat
Zgromadziłeś bardzo ciekawy zestaw bohaterów i bohaterek. Moja ulubiona, Haley Lu Richardson, wciela się w Ingrid, która jest uczulona na smartfony i Wi-Fi. Przypomniała mi bohaterkę Julianne Moore z filmu Todda Haynesa „Safe” z 1995 roku. Carol, bo tak ma na imię, twierdzi, że jest uczulona na chemikalia w powietrzu. Możemy czytać to szerzej, jako metaforę technologii. Przypadłość Ingrid podobnie budzi śmiech i niedowierzanie…
Dokładnie tak! Tym bardziej, że ironia polega na tym, że jej choroba… Ale nie będę spoilerować (śmiech). Jak bardzo nieszczęśliwą postacią jest Ingrid, widać, kiedy zestawimy ją z Timem, jej chłopakiem. Początkowo bohater jest antytechnologiczny. Ale z czasem widzimy, jak technologia go mami, wyciąga do niego swoje macki i wreszcie go deprawuje. To łamie Ingrid serce. Czysta tragedia.
W „Baw się…” możemy znaleźć nawiązania do „Matriksa” czy „Terminatora”, w których technologia była czymś nie z tego świata. Dziś niemal się ziszcza. Czerpałeś inspiracje z klasyków kina SF?
Pewnie. Kiedy wchodzisz w gatunek science fiction, który w swoim zapleczu ma dziesiątki kultowych tytułów, trudno się nie inspirować. Trzeba mieść świadomość tego, co było. Jednocześnie jednak należy podnieść nogę, oznaczyć swoje terytorium i zrobić wszystko po swojemu.
Film w kinach od 20 marca 2026 r.
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.
Filmy i seriale
Wakacje w SkyShowtime. Co oglądać latem? Oto najciekawsze premiery
Nowe premiery SkyShowtime na wakacje 2026. „Lioness” sezon 3, „Star Trek: Nieznane nowe światy”, „Song Sung Blue”, „Americana” i inne filmy oraz seriale, które warto obejrzeć latem.
Filmy i seriale
„Zaproszenie”. Najbardziej niezręczna kolacja roku
Olivia Wilde bierze pod lupę współczesne związki i pyta, czy miłość może przetrwać, gdy codzienność zabija namiętność. Seth Rogen, Penélope Cruz i Edward Norton spotykają się przy kolacji, która wymyka się spod kontroli.