Głos, który widać. Daniel Kotowski na Biennale w Wenecji
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Głos, który widać. Daniel Kotowski na Biennale w Wenecji
„W społeczności G/Głuchych wciąż funkcjonuje przekonanie, że pierwszeństwo w sukcesach przypada osobom słyszącym, a my możemy liczyć co najwyżej na trochę miejsca na marginesie” – mówi Daniel Kotowski, artysta wizualny i performer, który wspólnie z Bogną Burską będzie reprezentował Polskę na 61. Międzynarodowej Wystawie Sztuki w Wenecji.
Udostępnij

Daniel Kotowski: „Brak dźwięku w fonocentrycznym świecie słyszących oznacza brak widzialności” Autor zdjęcia: Ada Zielińska
Z Danielem Kotowskim spotykam się w redakcji GQ Poland w momencie przełomu – intensywnych przygotowań do weneckiego biennale. Za chwilę dołączą do nas tłumaczki Polskiego Języka Migowego, ale najpierw rozmawiamy gestami i z pomocą telefonu. Nagrywamy materiał wideo. Przed kamerą Kotowski wypada naturalnie i swobodnie – w końcu performance to jego medium.
Swoje prace pokazywał w najważniejszych instytucjach sztuki w Polsce: Zachęcie czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Urodzony w 1993 roku absolwent warszawskiej ASP i Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych jako pierwszy głuchy twórca będzie reprezentował nasz kraj w Pawilonie Polskim w Wenecji. Jedzie tam z „Językami z wody” – projektem, który symbolicznie zanurza komunikację pod powierzchnię i pokazuje, że to warunki decydują o tym, kto ma przewagę i który głos staje się słyszalny.

Daniel Kotowski: „W wodzie osoby słyszące tracą swoją przewagę w komunikacji, podczas gdy osoby głuche mogą nadal porozumiewać się, migając” Autor zdjęcia: Ada Zielińska
Paulina Januszewska: Biennale w Wenecji to dla wielu artystów kamień milowy w karierze. Co poczułeś, kiedy dowiedziałeś się, że to właśnie ty będziesz reprezentować Polskę?
Daniel Kotowski: Zapamiętam to do końca życia. Był sierpień 2025. W Zachęcie przygotowywałem wideoperformance „licking 4’33””. Byłem cały pomalowany na srebrno, stałem nagi i... nagle ktoś mówi: „Dyrektorka (Agnieszka Pindera – przyp. aut.) cię wzywa”. Pierwsza myśl? „Katastrofa!”
Co było potem?
Nie mogłem zejść z planu w takim „stroju”, więc zadzwoniłem. Zamiast najgorszego scenariusza były gratulacje. To był absolutny szok, po którym wskoczyłem na emocjonalną huśtawkę. Byłem przekonany, że osoba głucha nie ma szans wziąć udziału w tak wielkim przedsięwzięciu.
Dlaczego?
W społeczności g/Głuchych wciąż funkcjonuje przekonanie, że pierwszeństwo w sukcesach przypada osobom słyszącym, a my możemy liczyć co najwyżej na trochę miejsca na marginesie. Długo uważałem też, że nie jestem jeszcze na wystarczająco zaawansowanym etapie kariery artystycznej, by przebić się ze swoją twórczością za granicą. Skończyłem dopiero 31 lat i choć w Polsce jestem rozpoznawalny, do tej pory – mimo prób – nie udało mi się zaistnieć na scenie międzynarodowej. Dlatego udział w biennale to dla mnie nie tylko wyróżnienie, lecz także wielka szansa.
W Wenecji zaprezentujecie projekt „Języki z wody”, który jury wyróżniło za „podjęcie wyzwania komunikacji inspirowanej życiem więcej-niż-ludzkim”. Jakie języki w niej zgłębiasz?
Inne niż foniczny, wokół którego jest zorganizowany świat słyszących. Jako osoba głucha cały czas napotykam bariery komunikacyjne i muszę wykazywać się dużą elastycznością, by rozumieć, co dzieje się wokół mnie. W swojej praktyce artystycznej próbuję pokazać, że ta umiejętność powinna działać także w drugą stronę. Możemy porozumiewać się na inne sposoby – nie tylko mówiąc, lecz także pisząc czy migając. To jednak wciąż nie wyczerpuje komunikacyjnego bogactwa ani nie ogranicza się wyłącznie do gatunku ludzkiego. Jednym z najstarszych systemów komunikacji na świecie są „pieśni” humbaków, które od milionów lat przekazują sobie informacje pod wodą za pomocą złożonych sygnałów dźwiękowych.

Daniel Kotowski: „Obawa o zanik kultury g/Głuchych jest bardziej niż uzasadniona. Mój projekt powstał po to, by zapisać ją na kartach historii” Autor zdjęcia: Ada Zielińska
To z powodu wyjątkowości tych oceanicznych wielorybów zanurzyliście język w wodzie?
Tak, choć przede wszystkim chciałem symbolicznie odwrócić hierarchię dominującą na lądzie. W wodzie osoby słyszące tracą swoją przewagę w komunikacji, podczas gdy osoby głuche mogą nadal porozumiewać się, migając. Widać wtedy wyraźnie, że warunki i przestrzeń decydują o tym, kto ma komunikacyjną władzę i skuteczność. Próbujemy pokazać, że musimy otwierać się na różnorodność, w której każdy może znaleźć swoje miejsce.
Brzmi jak projekt zbiorowy…
Tak jest. Koncepcję „Języków z wody” przygotowaliśmy z Bogną Burską oraz z kuratorkami Ewą Chomicką i Jolą Woszczenko jako instalację audio-wideo, realizowaną przy współpracy z operatorką Magdą Mosiewicz, choreografką Alicją Czyczel i kompozytorką Aleksandrą Gryką, z udziałem Chóru w Ruchu – zespołu złożonego z osób słyszących i głuchych. Chór jednocześnie śpiewa, miga i pracuje ciałem, tworząc „język” oparty na fonicznym angielskim, międzynarodowym migowym i kodach komunikacyjnych humbaków i kaszalotów. Większość scen nagraliśmy pod wodą. Film wyświetlimy na dwóch ekranach – pierwszy na ścianie będzie pełnił funkcję narracyjną, drugi – podwieszony pod sufitem – stworzy wrażenie tafli wody, dzięki czemu widz poczuje się zanurzony pod jej powierzchnią.

Kadr z filmu „Języki z wody” Autor zdjęcia: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
W jaki sposób „Języki z wody” korespondują z tytułem tegorocznego biennale: „In Minor Keys” (W gamie molowej)?
Ta muzyczna metafora odnosi się do potrzeby usłyszenia marginalizowanych czy represjonowanych grup. W projekcie posługujemy się koncepcją deaf gain („głuchego zysku”), która skupia się nie na braku słuchu, lecz na tym, co społeczność g/Głuchych może wnieść w życie osób słyszących i zyskać dzięki temu widoczność swoich kompetencji czy wytworzonej kultury. Przykłady takich „korzyści” to choćby napisy w filmach czy lusterka boczne w samochodach wynalezione przez głuchą osobę. Nie chcę przez to jednak powiedzieć, że jakakolwiek grupa musi udowodnić swoją przydatność, by respektowano jej godność.
Tylko?
Że uważne wsłuchiwanie się w to, co dotąd było ignorowane lub uznawane za „nieme”, ujawnia istnienie kulturowych, alternatywnych form komunikacji i może prowadzić do realnej zmiany społecznej i politycznej. Mechanizm uciszania i odzyskiwania głosu widać choćby w historii rdzennej ludności Ameryki, ale i walenie były w przeszłości zagrożone wyginięciem.
Jak udało im się przetrwać?
Dzięki dostrzeżeniu, nagraniu i rozpowszechnieniu ich „śpiewu” zarejestrowanego przez Rogera Payne’a („Songs of the Humpback Whale”). Z czasem odkryto złożoność ich komunikacji i jednocześnie wykazano, że działalność człowieka – żegluga, intensywne polowania i zanieczyszczający morza przemysł – poważnie ją zakłóca. To odkrycie miało wymiar nie tylko poznawczy, lecz także polityczny – objęto ochroną gatunkową te zwierzęta, co w konsekwencji doprowadziło do odbudowy ich populacji. Dopiero utrwalony głos humbaków pozwolił światu je zobaczyć.
Czy podobna idea stoi za twoim nowym projektem „Zapis głosu”, który jesienią ujrzy światło dzienne?
Tak. Nagrałem reprezentatywną, 208-osobową grupę osób głuchych, które recytują lub śpiewają hymn Polski. Niektóre głosy są bardzo wyraźne, inne trudniejsze do zrozumienia, ale wszystkie razem tworzą pełny obraz naszej społeczności. Powstanie z tego książka z transkrypcją fonetyczną. Chcę, by trafiła do bibliotek państwowych jako niepodważalny zapis naszej widzialności. Choć osoby głuche istnieją od dawna, przez lata nie pojawiały się w oficjalnych dokumentach ani materiałach archiwalnych. Pierwszą realną widoczność dała im szkoła dla g/Głuchych w Warszawie. Dziś nasza społeczność stopniowo maleje choćby wskutek postępu medycyny, który zmniejsza potrzebę używania języka migowego. Obawa o zanik kultury g/Głuchych jest bardziej niż uzasadniona. Mój projekt powstał po to, by zapisać ją na kartach historii.

W „Językach z wody” Chór w Ruchu jednocześnie śpiewa, miga i pracuje ciałem, tworząc „język” oparty na fonicznym angielskim, międzynarodowym migowym i kodach komunikacyjnych humbaków i kaszalotów. Autor zdjęcia: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
Jak radzisz sobie z barierami komunikacyjnymi w zawodowym i codziennym życiu?
W publicznych instytucjach kultury dostępność stopniowo się poprawia, bo wymuszają ją przepisy. Znacznie gorzej sytuacja wygląda w ochronie zdrowia czy na policji, a już szczególnie źle – w sektorze komercyjnym, który nie inwestuje w inkluzywne rozwiązania, jeśli nie przynoszą one bezpośredniego zysku. W prywatnych galeriach sztuki nie ma więc obowiązku tłumaczenia z Polskiego Języka Migowego (PJM). W ciągu ostatniej dekady sporo zmieniło się w Polsce na lepsze, ale jeszcze więcej jest do zrobienia.
Czy gdyby PJM był obowiązkowym przedmiotem w szkole, sytuacja g/Głuchych uległaby poprawie?
To świetny pomysł, który funkcjonuje w USA. Amerykański Język Migowy można wybrać jako dodatkowy obok hiszpańskiego. W Polsce taka opcja z pewnością poszerzyłaby świadomość społeczną na temat g/Głuchych i sprzyjała nietraktowaniu ich jak dziwne i pojedyncze przypadki.
W swoich wcześniejszych pracach niechętnie go jednak używałeś. Dlaczego?
To nie do końca była świadoma decyzja, ale z dzisiejszej perspektywy wiem, że napięcie wokół języka migowego wynikało z powszechnej dominacji dźwięku. Jego brak w fonocentrycznym świecie słyszących oznacza brak widzialności. Gdy spotykają osobę głuchą, często doświadczają dezorientacji, bo słyszą głos tłumaczki języka migowego, ale widzą mężczyznę i nie zgadzają im się formy gramatyczne. Jednocześnie miganie robi na nich czysto wizualne wrażenie, a to przysłania treść, co w oczywisty sposób okazuje się problematyczne. Zrozumiałem, że jeśli chcę zaznaczyć swoją obecność i pokazywać sztukę, a nie tylko tę jedną moją cechę, muszę użyć głosu, a z czasem także eksperymentować z innymi środkami wyrazu używanymi przez osoby słyszące.
To był akt oporu czy konieczny kompromis?
Ten wybór nie oznacza ani podporządkowania, ani buntu – raczej świadome balansowanie między światami i próbę zachowania widzialności bez rezygnacji z własnej tożsamości. Osoby głuche i słyszące nigdy nie odczytają moich performance’ów w ten sam sposób, jednak zależy mi, by każda mogła znaleźć w nich coś dla siebie. Nie ukrywam, że większość mojej publiczności stanowią osoby słyszące, współtworzące rynek sztuki, instytucje i media. Intuicyjnie nauczyłem się poruszać w tym środowisku, negocjując własne miejsce między dwoma odmiennymi porządkami społecznymi.

Ewa Chomicka, Bogna Burska, Jolanta Woszczenko i Daniel Kotowski Autor zdjęcia: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
Wiele osób myśli, że głusi są całkowicie odcięci od dźwięków. To prawda?
Nie! Współpracuję z osobami słyszącymi i obserwuję, jak się zachowują, gdy jest głośno lub cicho. Podobnie było w domu – moi rodzice, którzy słyszą, uczyli mnie na przykład, że nie można trzaskać drzwiami. Dzięki takim doświadczeniom „widzę” dźwięk. Obserwuję cudze reakcje. Tak uczę się funkcjonowania w świecie fonicznym i jego zasad, z których często korzystam i które równie często łamię, czasem śmiejąc się z siebie, a czasem – życzliwie – ze słyszących.
Humoru nie brakuje w autoironicznym, pokazywanym m.in. w MSN performansie „Freak Show”, w którym oprócz ciebie występują inni artyści z niepełnosprawnościami: Nadia Markiewicz, Filip Pawlak, Babcia i Agata Wąsik. Łukasz Ronduda nakręcił o was film pod tym samym tytułem. Nadal będzie komediowo?
Realistycznie. Film opowiada o historii tzw. freak shows – dawnych przedstawieniach osób nienormatywnych fizycznie, które występowały na scenie, by zarobić na życie. My odbijamy się od przeszłości, pokazując nową jakość performance’u, w której tworzymy język sceniczny niedostępny dla pełnosprawnych performerów. Opowiadamy o naszych doświadczeniach artystycznych, opresji, z jaką się mierzyliśmy, i sposobach radzenia sobie z przeciwnościami. Pokazujemy, że to, co kiedyś uważano za odstępstwo, dziś może stać się formą sztuki i źródłem twórczej emancypacji.
Tekst oryginalnie ukazał się w trzecim numerze magazynu GQ Poland.
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Sceny z życia. Roman i Jakub Gutkowie o kinie, rodzinie i tym, co zostaje po napisach
Jakub Gutek przejmuje stery Gutek Film, choć Roman Gutek – ojciec i założyciel – wciąż pozostaje kluczową postacią tej historii. Razem sprawdzają, jak wygląda przyszłość kina autorskiego, gdy publiczność ogląda wszystko – tylko niekoniecznie w kinie.
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.