Althamer i Neuhamer: jak dzielą życie, sztukę i wspólną przestrzeń
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
Althamer i Neuhamer: jak dzielą życie, sztukę i wspólną przestrzeń
Paweł Althamer i Bruno Neuhamer, ojciec i syn. Artyści, których pracownie oddziela jedynie szyba, dbają o zdrową odrębność. Wyposażeni w poczucie humoru i odmienne doświadczenia mierzą się ze światem i z wewnętrznymi głosami.
Udostępnij

Bruno Neuhamer i Paweł Althamer Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Pracownia będzie najlepsza – mówi Bruno Neuhamer, autor murali, rzeźb i ilustrator. Na rozmowę o tym, jak wygląda relacja dwóch artystów w jednej rodzinie, wybiera studio ojca, Pawła Althamera, choć jego własne znajduje się tuż za ścianą. – Lodówka jest wspólna – dodaje.
Białe budynki stojące na działce w pobliżu lasu w Wesołej pod Warszawą łączą trzy pokolenia. Dziadek Bruna prowadził tu zakład produkujący wyroby z tworzyw sztucznych. Paweł jeszcze w trakcie studiów na akademii sztuk pięknych pracował między maszynami, wśród obsługujących je fachowców. Na placu między ślusarnią a halą tworzyw powstawały rzeźby, które dzisiaj znajdują się w kolekcjach muzeów na świecie. Ojciec Pawła, choć nie jest już czynny zawodowo, nadal zagląda, sprawdza, czy coś nie wymaga naprawy. Ta wewnętrzna potrzeba nie mija z wiekiem.
– Ja zesquatowałem warsztat dziadka – mówi krótko Bruno. Paweł reaguje żywiołowo, odpowiada rozbudowanymi metaforami. Relacje międzyludzkie i społeczne działania są materią jego twórczości. Gdy pytam o wspólną rozmowę z nim i Brunem, zostawia decyzję synowi. – Lubimy się. To on powinien zdecydować.

Demonstracja działania „Pałki pokoju” i ogniska „Come on Baby” z cyklu „Funkcjomaty. Siedząc przy ognisku” Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Bruno jest ostrożny, zastanawia się, waży słowa. – Pracownia to przestrzeń autonomii, każdy z nas funkcjonuje w swoim uniwersum. Zdarza się, że fizycznie jesteśmy obok siebie, widzimy się przez szybę, ale każdy z nas jest pochłonięty swoimi sprawami. Praca artystyczna to praca z energią i emocjami. Przyjeżdżamy z jakimiś myślami albo z białą kartką i dobrze tego nie zgubić, dlatego czasami bywam tu po południu, gdy wiem, że się miniemy. Długi czas pracowałem w nocy, to była faza uczenia się przebywania samemu z sobą, a przecież i wtedy w głowie robi się tłoczno – przyznaje Bruno.
Paweł porównuje tę dynamikę do placu zabaw, gdzie jedne dzieci są zajęte budowaniem zamków w pojedynkę, inne nieustannie szukają interakcji, tworzą grupki, nawet na chwilę, do jednego pomysłu. – Idea artysty odosobnionego i pogrążonego w sprawach duchowych czy wewnętrznych ma dwa sposoby, by się realizować. Jeden to zakłady zamknięte, miejsca odosobnienia, jak klasztory, które dają fizyczne wyodrębnienie. Ja wybrałem drugi – kamuflaż. Artur Żmijewski nazwał to sztuką jako alibi. Artysta tworzy po to, by mógł skupić się na tym, co dla niego najważniejsze – na własnym wnętrzu. Kreuje artefakty, znajduje w nich poczucie bezpieczeństwa, zakorzenienie w rzeczywistości, zyskuje status twórcy piękna, a nie szaleńca albo kapłana, zajmującego się sprawami nieodgadnionymi dla świata.
Moment oddania dzieła odbiorcom Bruno nazywa czasem weryfikacji i odczuwa jako ostateczne domknięcie samotniczego procesu, który przebiega w umyśle twórcy i równolegle podczas pracy z materią. To potrzebny etap, cykl się domknął – można rozpocząć coś nowego. Z kolei reakcja odbiorców to czysty hazard, ruletka. Gra trudna do przewidzenia. – A jednak każda osoba, która coś wytwarza, wyobraża sobie publiczność – przyznaje artysta.
Paweł Althamer podsuwa metaforę autobusu pełnego pasażerów głośno wyrażających opinie. – Można powiedzieć, że kierunek i cel wyprawy są nieustająco negocjowane. Artysta jest śmiałkiem, podróżnikiem w czasie i przestrzeni, zostawiającym sobie otwarte furtki, a nawet czasem wycinającym dziurę w płocie, żeby być zarówno w wirze wydarzeń, jak i w jaskini, którą może być jego studio.

Bruno Neuhamer: „Dla każdego niezależnego twórcy ważna jest i fizyczna, i metafizyczna przestrzeń autonomii” Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Jestem ciekawa, jak dorastało się Brunowi, mając ojca artystę. On podkreśla, że już sam fakt, że ojciec był obecny, sprawiał, że czuł się wyjątkowo. Wielu jego kolegów w bloku ojców nie miało, nie znało. Dziadek ze strony mamy był ceramikiem, mama po szkole plastycznej ciągle coś szyła i projektowała, babcia, wtedy już niewidoma, była malarką. Rysowanie wydawało mu się naturalnym zajęciem. Kartki i kredki zawsze były pod ręką. – Pierwszy dzień w przedszkolu spędziłem, rysując – tak oswajałem niepokoje. Gdy wszedłem w świadomy wiek, w zasadzie nic innego nie umiałem, więc musiałem się po prostu tego trzymać – dodaje z odrobiną ironii.
Wtedy też już znał dokonania taty, które przyniosły mu w sztuce szeroko rozpoznawalne nazwisko. Jego wystawy są pokazywane w galeriach na świecie, on sam jest zapraszany na międzynarodowe targi sztuki, a rzeźby i instalacje wideo Althamera znajdują się w kolekcjach znakomitych instytucji. Co więcej, działania performatywne pozwoliły Pawłowi przebić się do publicznej świadomości. Syn mówi o sławie ojca ze spokojem: – Musiałem z tym pracować jak z każdą inną energią czy emocjami, w jakiś sposób się do tego odnieść. Dla każdego niezależnego twórcy ważna jest i fizyczna, i metafizyczna przestrzeń autonomii. Budowanie marki osobistej polega na komunikacji. Zmiana nazwiska, na którą się zdecydowałem, miała jedynie praktyczne podłoże. Po wpisaniu hasła „Althamer” w internecie, widziałem, jak nasza twórczość się miesza i czułem, że się w tym
rozwadniam. Pseudonim „Neuhamer” nie załatwiał sprawy, bo w oficjalnych dokumentach nadal powtarzało się nazwisko, więc je zmieniłem na dobre. Podszedłem do tego z humorem – zapewnia Bruno. Profesor Grzegorz Kowalski, wcześniej promotor Pawła Althamera, skomentował sytuację słowami: „Więcej młotków na akademii”, choć Kowalskich w tamtym czasie na wydziale było trzech.
– Mam 38 lat, nie chcę całe życie się tym zajmować, są inne zagadnienia, które mnie ciekawią. Zmiana nazwiska to był jasny znak dla środowiska, żeby zwyczajnie zmienić temat, i tak to zostało odebrane. Przyniosło mi to pewną ulgę – przyznaje Neuhamer.

Pracownia artystów Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Co czuje ojciec-artysta, obserwując syna-artystę? Paweł odpowiada łagodnie: – Wypielęgnowałem sobie szacunek, a nawet samozadowolenie, że wcześniej zadbane przeze mnie dzieci wybierają sobie wspólne ze mną zajęcie. Będą podejmowały własne decyzje, walczyły o swoje marzenia. Dość wcześnie uznałem Bruna jako autonomicznego artystę i nie miałem zamiaru popychać go w stronę pożytecznych studiów, jak prawnicze czy medyczne, nie mówiąc o duchowieństwie. Uruchomiły się wprawdzie niepokoje – zasiane przez starsze pokolenie – o rzeczy przyziemne, które ja w rozmowach z ojcem ostentacyjnie ignorowałem. Byłem zajęty swoimi przygodami, rodzice dawali mi dużo wolnej przestrzeni. Dla artystycznej duszy to przywilej i zarazem potrzebny reżim, żeby o nią zadbać. Na pierwszym miejscu są sprawy wewnętrzne – mówi z przekonaniem i po chwili dodaje: – Syn jest artystą tak jak ja, ale to nie znaczy, że jest takim samym artystą. Ma inne nazwisko i tak naprawdę im bardziej jest różny, tym fajniej.
Nie dają się namówić na szukanie podobieństw. Bruno znajduje je u dziadka, u swojego małego synka też widzi jego rysy. – Każdy powinien móc sam się zapisać mimo zmagania z jakimś fatum. Gra toczy się o rzecz absolutnie osobistą. Każdy chce nakarmić swoją część – mówi Neuhamer. Althamer dorzuca od siebie: – Inwestujemy energię w budowanie odrębności, własnego języka, tożsamości, a potem odkrywamy, że jakkolwiek się w tym stwarzaniu siebie rozrzeźbić, jest się częścią czegoś, co przekracza nawet zakres postrzegania, pięknie archaicznie określanego jako „jednia”. To jak znaleźć samorodek, który okazuje się częścią skarbca historii.
Różnica pokoleń, którą reprezentują Paweł Althamer i Bruno Neuhamer, wiąże się nie tylko z datami urodzenia artystów, lecz także zupełnie innymi doświadczeniami. Paweł zaczynał studia na wydziale rzeźby tuż przed przełomem 1989 roku, wchodził w życie artystyczne wraz z otwieraniem się Polski na świat, gdy zmieniał się ustrój polityczny i gospodarczy, wszystko było nowe i możliwe. W 1991 roku wyruszył w podróż do Afryki, która wywarła na nim ogromne wrażenie, wpłynęła na jego twórczość i postrzeganie świata. Akcje społeczne, takie jak „Bródno 2000”, w której namówił mieszkańców bloku na warszawskim osiedlu do zgaszenia lub zapalenia światła w mieszkaniach, by o wyznaczonej porze rozświetlone okna ułożyły wielki napis „2000”, nie mogłyby się odbyć w PRL. Nie wspominając o sąsiadach i znajomych ubranych w złote kombinezony, którzy polecieli przemalowanym na złoto samolotem do Brukseli (projekt „Wspólna sprawa”, 2009 rok).

Paweł Althamer: „Gdy artysta świętuje triumf w świecie kapitalistycznym, przynosi mu to materialną beztroskę, ale traci kontakt ze znajomymi miejscami” Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Bruno jako artysta wkraczał w znacznie dojrzalszy rynek sztuki, gdy Polska była pełnoprawną częścią zachodniego świata z jego wygodami i ograniczeniami. W sytuacji, kiedy ważni gracze zajęli już miejsca, trudniej jest o spontaniczność, a każdy projekt trzeba poprzedzić biznesplanem. Oprócz tego zainteresowanie sztuką rośnie, a jej rola w przestrzeni publicznej nabiera znaczenia – młodzi artyści potrafią to wykorzystać. Bruno ma na koncie udane projekty, do których zapraszają go firmy i fundacje świadome siły art brandingu. Są wśród nich zarówno interwencje w przestrzeni publicznej, takie jak murale, jak i prace wykonywane na zamówienie takich firm i partnerów jak Ergo Hestia, Ferrari Polska czy OmenaArt Foundation.
Gdy porównujemy doświadczenia obu artystów, Neuhamer sygnalizuje, że jest dużo bardziej radykalny od ojca. – Mam wiele niezgody na różne rzeczy. Staram się jednak, żeby ten głos nie wybrzmiewał na zewnątrz w takiej bezpośredniej postaci.
Krytycznie patrzy na funkcjonowanie instytucji kultury, zmiany administracyjne i polityczne. Dostrzega podziały w środowisku sztuki.

Bruno Neuhamer w pracowni z ceramiczną „Głową delfina rzecznego baji” z cyklu „Wieczerza” Autor zdjęcia: Michał Szlaga
– Wcześniejsza jedność była wymuszona – tłumaczy Paweł. – Zmiany były konieczne. Pomyślałem o wiośnie, która nadchodzi i pozwala dojść do głosu naturze, podobnie artyści przechodzili wewnętrzne przemiany, gdy zmienił się kontekst polityczny. To wiąże się z niepokojem, z dramaturgią. Jadąc na targi do Bazylei, myślałem o tym, że jeszcze niedawno pokazywałem swoje lalki na bazarze Olimpii. Gdy artysta świętuje triumf w świecie kapitalistycznym, przynosi mu to materialną beztroskę, ale traci kontakt ze znajomymi miejscami. Świat zewnętrzny mówi: „Chodź do nas, bawmy się”, a potem się dziwisz, że masz ośle uszy i długi nosek. Pinokio także podążał za atrakcjami, a głos jego ojca przypominał mu tylko o jego prawdziwej tożsamości.
Zdaje się, że Paweł jest w nieustannym ruchu, nawet gdy siedzi obok. Jego spojrzenie i galopujące myśli zabierają słuchacza w eskapady w nieznanych kierunkach. Wyobrażam sobie, jak zaprasza do nich członków Grupy Nowolipie, osoby chorujące na stwardnienie rozsiane, z którymi od kilkudziesięciu lat tworzy, włącza do swoich projektów. Podobnie jak z odwiedzającymi wystawy, których namawia do podejmowania dyskusji językiem rysunku. Poważna twarz Bruna stopniowo łagodnieje, a on sam odsłania pokłady humoru i autoironii. – Satyra zawsze była zabiegiem, który umożliwiał zachowanie dystansu do spraw fundamentalnych. Ze wszystkich rzeczy, których brakuje Polakom, najbardziej brakuje tego dystansu. Gdybyśmy przestali traktować wszystko tak poważnie. Do pewnego momentu sam traktowałem tak tworzenie. Myślę, że to wina edukacji – na uczelni panowało przekonanie, że jesteśmy niemal namiestnikami Boga na ziemi. W którymś momencie zobaczyłem tego śmieszność. Istnieją na świecie zajęcia naprawdę ważne, ratujące życie. Artysta jest narratorem, bardziej kronikarzem niż twórcą jakiejś wartości. Możemy pomagać pewnym ideom utrwalić się w zbiorowej świadomości. I tyle.
Paweł podchwytuje tę myśl: – Głosy, których najchętniej słucham, mówią: „Baw się, czerp”. Jasne, warto widzieć krytyków, bo jadą z nami autobusem, ale trzeba słuchać, co z tobą wibruje. Rozpoznać, że samemu jest się kierowcą. I wtedy sam fakt poruszania się takim pojazdem wydaje się zabawny.

Paweł Althamer w pracowni trzymający rzeźbę Eriko, Masaja, którego poznał w Ololundze i sportretował w ramach cyklu „Moja afrykańska rodzina”. Praca bierze udział w aukcji charytatywnej Top Charity 2026 Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Sesję zdjęciową obu artystów wykonał dla GQ Poland Michał Szlaga, który dokumentował prace Pawła Althamera w odległych zakątkach świata. Dla Bruna sesja okazała się twórczym wyzwaniem. – Zastanawiałem się, jak odwrócić uwagę od siebie samego. Jak przy pomocy ego opowiedzieć swoją historię, przyciągnąć uwagę do tego, co się wytwarza – powiedział.
– Natura to miejsce, w którym rzeczy się weryfikują. Jest obiektywna, ale nie wymaga sensu. Nie krytykujemy jej, np. mówiąc, że liście są zbyt zielone. Uzmysłowienie sobie, że część społeczeństwa myśli w sposób odwrotny od naszego, sprawia, że wracam do siebie. Przełomowym momentem mojego życia było czytanie komentarzy w internecie. Okazały się lepszym dokumentem czasów niż twórczość artystów. Byłem zaskoczony, że można z takim przekonaniem afirmować absolutną odwrotność tego, co czuję.
Paweł przygląda się swojej relacji z przeciwnościami z perspektywy doświadczenia: – Gdy byłem w wieku młodzieńczym, szukałem miejsc, gdzie jest konflikt, gdzie się biją. Od razu mnie tam ciągnęło i nawalałem się do momentu, aż zaspokoiłem potrzeby poznawcze. W tej chwili szukam wyciszonych, kontemplatywnych aktywności. Chciałbym być z tymi, którzy czują jak ja, nie mam ochoty się zupełnie wyoutować, wyeliminować.

Paweł Althamer: „Moim zdaniem jesteśmy emanacją natury”
Bruno przypomina sobie odczucie, jakie towarzyszyło mu, gdy malował murale. – Na widoku, ujawniając cały proces… Ale czułem, że jestem w stanie moderować reakcję widzów, zarządzając samymi środkami wyrazu. My, artyści, nigdy nie będziemy mogli poczuć tego, co odbiorcy naszych prac, nie przeżyjemy tych zaskoczeń. To, co wiedzą i widzą, dla nas pozostaje niedostępne.
– A może artysta nie powinien wiedzieć? Narysowałem ostatnio, jak rozmawiam z drzewami. Drzewo mówi: „Paweł, zrób coś dla nas, my, wiesz, nie mamy ust, nie mamy dyplomacji, tej całej maszyny informacyjnej, po prostu rośniemy i emanujemy energią, ale kto to odbierze, kto przetłumaczy?”. Ja tyle mówię do drzew, ale kto mi uwierzy, że gadam z drzewami? To jest mniej więcej rozmowa z artystami. Moim zdaniem jesteśmy emanacją natury.

Bruno Neuhamer: „Nie startuję z poczuciem niesprawiedliwości, choć musiałem się zmierzyć z tym, żeby mój głos został usłyszany i żeby pozbyć się kompleksu porównań z ojcem” Autor zdjęcia: Michał Szlaga
Jestem pod wrażeniem tego, z jakim szacunkiem Paweł i Bruno się do siebie odnoszą. Gdy wcześniej odwiedziłam Althamera w pracowni, dwoił się i troił, pokazywał nowe prace, zmieniał ich ustawienie, wędrował od opowieści do opowieści, wszędzie było go pełno. Teraz uważnie słucha, zostawia przestrzeń dla syna.
– To, że się lubimy, pomaga w pracy. Łatwiej wybaczyć, łatwiej zaakceptować. Różnice, jeśli podłożem jest głęboka empatia, miłość, sympatia, pomagają formować myśli.
– Dobra płaszczyzna, której nie mącą obawy o to, co powiedzą inni – mówią jeden przez drugiego.
Już mam się żegnać, gdy Bruno pozwala sobie na wyznanie: – Jestem w takim miejscu, w którym mogę powiedzieć, że otrzymałem od świata to, czego chciałem. Nie muszę bić się o poczucie sprawczości. Wiem, że dostałem tyle, ile sam dałem, jakbym sam siebie w tym zweryfikował. Nie startuję z poczuciem niesprawiedliwości, choć musiałem się zmierzyć z tym, żeby mój głos został usłyszany i żeby pozbyć się kompleksu porównań z ojcem. To jest po prostu męczące. Wcześniej nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić. Poszedłem do szkoły plastycznej, bo babcia w niej uczyła, obydwoje rodzice i chrzestna do niej chodzili. Gdzie indziej mogłem pójść? Zresztą nauczyciele kłamali, mówiąc, że będę mógł tam robić to, na co mam ochotę. W liceum usłyszałem, że na studiach będę mógł już naprawdę robić to, co chcę. Poszedłem na studia, a to była jedna wielka farsa. Dopiero od pięciu lat to czuję – mogę robić to, na co mam ochotę, i cały sens polega na tym, żeby ten stan utrzymać, ograniczyć niepotrzebną aktywność, żeby wszystko mogło się naturalnie układać. Wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze i powoli udaje mi się to osiągać.
– Dobrze zostawić taką jasną, wysoko wibrującą, wznoszą nutę w tej opowieści – wydaje mi się, że słyszę wzruszenie w głosie Pawła.
Wychodzę, zostawiając artystów pijących kawę.
Materiał oryginalnie ukazał się w trzecim numerze GQ Poland.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.
Sylwetki
Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?
Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.
Sylwetki
Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Serial „Morfeusz” przyniósł Kamilowi Szeptyckiemu pierwszą główną rolę, a Mateuszowi Kmiecikowi kolejnego twardziela. Jednak najciekawsze wydarzyło się poza kadrem – obaj odkryli, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż przypuszczali.
Sylwetki
Ignacy Liss. Duma i uprzedzenie
W konkursie głównym jednego z najważniejszych serialowych festiwali świata – Séries Mania – Grand Prix zdobył „Proud”, najnowsza polska produkcja HBO Max. Statuetkę dla najlepszego aktora odebrał odtwórca głównej roli – Ignacy Liss. Nagle, w ciągu jednego dnia, zrobiło się o nim głośno.
Sylwetki
Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
Co musi się wydarzyć, żeby zwyczajny chłopak, skejt z Żoliborza, zaśpiewał w Metropolitan Opera albo na otwarciu letnich igrzysk olimpijskich, albo wystąpił z ASAP Rockym na prestiżowej gali Des Pièces Jaunes w La Défense Arena?
Sylwetki
Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
Jedna wiadomość od Paula Thomasa Andersona wystarczyła, żeby Jacob „Kuba” Bojsza znalazł się na planie „Jednej bitwy po drugiej”. Jednak historia operator obrazu o polskich korzeniach zaczęła się dużo wcześniej – od deskorolki, filmowania kolegów i pracy przy teledysku Radiohead. Dziś opowiada nam o Hollywood, rodzinie i o tym, jak wyglądało powstawanie jednego z najgłośniejszych filmów ostatnich lat.
Sylwetki
Alexander Zverev: Sportowe niebo, marketingowe piekło
Dlaczego tysiące kibiców wolały „kogokolwiek, byle nie Zverev”? Choć Alexander Zverev jest jednym z najlepszych tenisistów świata, oskarżenia o przemoc domową i kontrowersje wokół jego osoby sprawiły, że jego wizerunek pozostaje jednym z najtrudniejszych do sprzedaży w sporcie.