PARTNERZY SERWISU
Sport
Jedyny. Andrzej Bargiel [wywiad]
Andrzej Bargiel. Pierwszy człowiek w historii planety, który wszedł na Mount Everest i zjechał stamtąd na nartach, nie korzystając z dodatkowego tlenu. Za to go podziwiamy. Lubimy za ujmującą skromność i za to, jak pięknie mówi o rodzinie.
Udostępnij

Autor zdjęcia: Marta Wojtal
Poznaliśmy się wieki temu, przed pierwszą samodzielną wyprawą Andrzeja. Już wtedy był kozakiem – udowodnił, ile jest wart w wysokich górach, poprawił o ponad pól godziny rekord Denisa Urubki w wyścigu na Elbrus, ale o samodzielnych wyczynach dopiero marzył. Nie miał żadnego przetarcia w mediach. Maciej Wandzel polecił mu redakcję „Malemena”, gdzie pracowaliśmy, i to było nasze pierwsze spotkanie. Pierwszy wywiad Andrzeja. Kiedy zaczął opowiadać, pomyśleliśmy, że to czyste szaleństwo. Sponsorzy, których wtedy poszukiwał, musieli myśleć to samo. „Jeszcze coś sobie zrobi i będą z tego problemy”.
Warto było uwierzyć.
Dowiózł wszystko, o czym marzył. Do samego szczytu. Środkowy wierzchołek Sziszapangmy, Manaslu, Broad Peak, potem rekord Śnieżnej Pantery (pięć najwyższych szczytów dawnego ZSRR jednym ciągiem) i już był sławny. Stał się gwiazdą światowego formatu. Adventurer of the Year „National Geographic”. I choć teraz doskonale sobie radzi w świecie mediów, wciąż pozostał tym samym skromnym chłopakiem z gór. Ale kiedy z nim siedzisz, czujesz, jaka w tym spokoju drzemie siła.
Pierwszą próbę zjazdu z Mount Everestu podjął Hans Kammerlander w 1996 roku, ale zrezygnował – wszedł do wysokości 7700 metrów n.p.m. i tam przypiął narty. Cztery lata później Davo Karničar zjechał na nartach od szczytu do bazy, ale korzystał z aparatury tlenowej. A to wszystko zmienia. Z pomocą tlenu na Mount Everest wchodzą teraz nawet wysokogórscy turyści.
Postawiliśmy mu wyzwanie o wiele łatwiejsze niż zjazd z najwyższego szczytu Ziemi. Wystarczyło, żeby bez ruchu siedział na wyciągu na Butorowy Wierch. Było bardzo zimno, wkoło mgła, padał deszcz. Obsługa zatrzymała kolejkę, a Marta Wojtal zrobiła serię zdjęć. Siedzieliśmy potem w Salamandrze, w przytulnym wnętrzu luksusowego wakacyjnego domu. Za oknami wyniosła panorama Tatr, ale nie dziś. Dziś za oknami mleko. Dzięki temu mogliśmy, choć tylko w wyobraźni, iść z nim na Mount Everest.

Andrzej Bargiel Autor zdjęcia: Marta Wojtal
Po sezonie w tym roku zostały pod Everestem dwie wyprawy – Bargiela w Nepalu i Jima Morrisona w Tybecie. Innych wystraszyły obfite opady. Na dole deszczu, wysoko – śniegu. Zjazd po przysypanym świeżym puchem lodowcu Khumbu, gdzie co rusz otwierają się bezdenne szczeliny, wydaje się niemożliwy do wykonania. Szaleństwo?
– Z mojej perspektywy nie. Wysokie góry to jest moje naturalne środowisko. Robię to od wielu lat i mam swoją metodę. Rozkładam zadanie na czynniki pierwsze, tego nie widać z boku, ale to są złożone procesy. W kluczowych momentach mam zimną głowę, może to wygląda jak szaleństwo, ale ja działam ze spokojem i miejsca na szaleństwo tam po prostu nie ma.
Wyruszyłem z obozu czwartego (blisko 7900 metrów n.p.m.) około 23.30 czasu lokalnego 21 września, na szczycie byłem o 15 następnego dnia. Świeży śnieg utrudniał torowanie trasy i wydłużał wspinaczkę. Nie było widać żadnych śladów człowieka, lin, żadnych pozostałości po innych wyprawach. Być w pojedynkę na Mount Evereście, który kojarzy się z komercją, kolejkami, tłumem ludzi, to wyjątkowy przywilej.
Ceną było ryzyko, że wyprawa się nie powiedzie. Statystyczne prawdopodobieństwo, że uda się wejść i zjechać w czasie, kiedy na najwyższej górze świata wciąż są idealne warunki, a jest już po sezonie, wynosiło około 5 proc. To była trzecia próba Andrzeja. Pierwszą, w 2019 roku – po trzech tygodniach prób – zatrzymał olbrzymi, odpęknięty serak wiszący nad wąskim przesmykiem, którym musieli się przecisnąć. Ryzyko oberwania się kilku ton lodu było zbyt wysokie. Druga próba, w 2022 roku, zakończyła się wycofaniem się z Przełęczy Południowej, kiedy nagły atak huraganowego wiatru porwał namioty i zmusił Bargiela do natychmiastowego, nocnego zejścia. Teraz najtrudniejsze było Khumbu. To żywy organizm. Wciąż pęka, kruszy się, rozpada, sypie lawinami. Nie można zaplanować drogi.
– Icefall doctors, pracownicy parku narodowego, którzy poręczują lodowiec, odmówili wyjścia na niego. Uznali, że to zbyt niebezpieczne. Ekipa Andrzeja zwietrzyła szansę – jeśli sami ustawią poręcze, Bargiel pozna aktualną topografię lodowca. I będzie mógł zaplanować trasę zjazdu.

Andrzej Bargiel Autor zdjęcia: Marta Wojtal
Pierwsza próba, 14 września, dotarła tylko do Przełęczy Południowej (7906metrów n.p.m.). Zatrzymani przez lawiny, schodzące jedna po drugiej po świeżych opadach śniegu, zanocowali u progu strefy śmierci, a potem zawrócili.
Totalnie wyczerpany zespół stracił wiarę w sukces. Pięć dni lał deszcz. Nic nie schło. Ludzie się spakowali do domu.
– To był trudny moment, musiałem odbudować morale, zaszczepić wiarę, że ciągle możemy wygrać, choć będziemy mieli najwyżej jedną szansę.
Przekonał ich i w poniedziałek, 22 września, podjął próbę.
– Na szczycie myślałem tylko o tym, że mam niewiele czasu, bo o 18 zrobi się ciemno, a ja muszę dotrzeć do obozu drugiego przed zmrokiem, więc nie delektowałem się tym czasem na szczycie. Od strony chińskiej były chmury, musiałem szybko się ewakuować. Za to sam zjazd był przyjemny. Kiedy ruszyłem, dotarło do mnie: „Jesteś na najwyższym szczycie świata i jedziesz na nartach!”.
Musiał zatrzymać się w obozie drugim, żeby być na lodowcu, zanim słońce zacznie go roztapiać i ruszą lawiny. Po ósmej rano przejazd tamtędy byłby już niemożliwy.
Profesjonalnie zrealizowane filmiki z tego zjazdu pokazały media na całym świecie. Drużyna Bargiela przez te wszystkie lata bardzo wiele się nauczyła o technikach kręcenia w górach wysokich, ale najlepsze dopiero przed nami. Wyprawę filmowała ekipa kierowana przez reżyserkę Darię Woszek. Był tam też brat Andrzeja, Bartek, operator drona, człowiek, który specjalnie zmodyfikowanym modelem wzniósł się w czasie wyprawy na K2 na wysokość 8611 metrów n.p.m. Był też Piotr Sadowski, trener, z którym Andrzej współpracuje od lat.

Andrzej Bargiel Autor zdjęcia: Marta Wojtal
Nie było tam żony, Romy Janoty-Bargiel, projektantki mody, kobiety, bez której ta wyprawa, jak mówi Andrzej, nie doszłaby do skutku. Powiedział nam, że to właśnie ona go zmobilizowała.
– A wiem, jakie to dla niej trudne. O ile prościej byłoby, gdybym siedział w domu. Mamy małe dzieci, a Roma dała mi przestrzeń do realizacji tego planu. Rozumiecie, jakie to jest wartościowe? Jakie cenne? Staram się nie przeginać i nie wyjeżdżam na tak trudne wyprawy częściej niż raz w roku. Tatry są dla mnie wyjątkowo ważne i to właśnie tam najlepiej się czuję. Ale kiedy wracam z Himalajów, liczy się tylko dom. Rodzina, dzieci.
Pytamy, czy bardzo się zmienił, odkąd został ojcem, czy trudniej mu idzie podejmowanie ryzyka, a on myśli dłuższą chwilę, zanim powie, że przez wszystkie lata, które spędził w górach, nabył doświadczenia i lepiej je rozumie. Dlatego ryzyko jest mniejsze, nawet jeśli wyzwania są poważniejsze. Ale dzieci go zmieniły. Przyniosły mu niespodziewane wyzwanie.
– W czasie wyprawy największym trudem, jaki muszę pokonać, jest przywiązanie do dzieci, do rodziny, do tej domowej codzienności, którą musisz poświęcić, kiedy nagle znikasz z domu, żeby być w górach. Czujesz, że rozłąka coś ci zabiera. I przez to masz jakby mniej przyjemności z czasu w górach, bo wciąż wracasz myślami do domu.
Koledzy z PKL powiedzieli nam, że kiedy Andrzej Bargiel przygotowywał się do wyprawy na Mount Everest, każdego dnia wbiegał na Kasprowy Wierch z córką w nosidełku. Bargiel uśmiecha się tylko i twierdzi, że to nie było codziennie. Że wybierał tylko takie dni, kiedy nie było deszczu.
– Nie chciałem jej przecież męczyć, ale rzeczywiście wypracowaliśmy taki mechanizm, że kilka razy w tygodniu brałem Malinę do nosidła, wbiegałem na Kasprowy, a z góry zjeżdżaliśmy kolejką. Biegłem godzinę dziesięć, a jazda była dla córki przygodą, więc nawet się tak bardzo nie nudziła. Po drodze śpiewaliśmy piosenki. Czasami ludzie na nas patrzyli dziwnie, ale Malina to lubi, więc musieliśmy śpiewać cały czas jakieś śmieszne rzeczy. To fajna forma treningu. Mogłem się zmęczyć i spędzić czas z córką.
Pytamy, czy kiedy syn podrośnie, będzie dźwigał ich oboje, a on szuka w telefonie zdjęcia z treningu rowerowego. W plecaku ma psa, Malinę w foteliku na kierownicy, a Gustawa w przyczepce. Pies to też rodzina.

Andrzej Bargiel Autor zdjęcia: Marta Wojtal
W pewnym momencie sportowa pasja Bargiela stała się jego pracą, kontrakty sponsorskie pozwalają mu na realizację coraz bardziej spektakularnych przedsięwzięć. Od czasu, kiedy z sukcesem zjechał na nartach z kilku z najwyższych gór na planecie, w świecie biznesu nikt się już nie odważył pomyśleć, że któryś z jego pomysłów może być zbyt ryzykowny, zbyt szalony. Ten etap Andrzej ma już za sobą, bo dzisiaj rozwija się zawodowo w innych obszarach niż tylko wyprawy.
– Wyprawy dały nam wiele możliwości, nauczyliśmy się robić filmy, poruszać w przestrzeni medialnej, rozwinąłem inne projekty i wydaje mi się, że mamy z czego żyć. Kiedy masz rodzinę, jest to superważne, bo inaczej po prostu nie mógłbym pojechać w góry. Dzięki wsparciu partnerów nasza górska działalność jest w stu procentach profesjonalna, a ich cele promocyjne zrealizowane. A dzięki moim innym przedsięwzięciom, kiedy wracam z wyprawy, mogę po prostu posiedzieć w domu z rodziną i złapać dystans, zanim znowu zacznę coś planować. Wypracowałem sobie bezpieczny system pracy. Nie muszę być gotowy pięć minut po powrocie. Dzięki temu góry to wciąż moja pasja, a nie przymus czy presja.
Pozostało nam jeszcze jedno pytanie. Co powiedziałby Andrzej Bargiel, pogromca Mount Everestu, samemu sobie sprzed lat, z czasów, kiedy bywało, że nie miał dość pieniędzy nawet na to, żeby z rodzinnej Łętowni pojechać do Zakopanego.
Mówi nam, że tamten młody Andrzej nie potrafiłby uwierzyć.
– A to jest dowód na to, że musimy nauczyć się wierzyć w ludzi, młodzież, dzieciaki, musimy im dawać przestrzeń do realizacji marzeń i przestać im podcinać skrzydła. Kiedy byłem młody, milczałem o tym, co mi się marzyło, bo widziałem, że jeśli ktoś chce coś zrobić, coś niezwykłego, trudnego, usłyszy, że to się nie uda, że to niemożliwe.
– Dlaczego tak się dzieje?
– Za dużo trudnych spraw było w polskiej historii. Może przez ten splot zdarzeń nie mieliśmy zbyt wielu możliwości i przywykliśmy zakładać, że jeżeli jakiś pomysł jest skomplikowany i kosztowny, to szansa, żeby się udał, jest niewielka. Musimy się nauczyć inaczej myśleć, bo dla młodych ludzi, którzy idą po marzenia, wsparcie ma wielką wartość. Górę można przenieść tylko wtedy, kiedy się w to wierzy. Taka wiara bywa krucha, dlatego wsparcie jest bardzo wartościowe. W moim rodzinnym domu ojciec raczej nie starał się o to, żeby wspierać nasze pomysły, bo chciał nam oszczędzić rozczarowań. Ja miałem dość siły, żeby w siebie samego uwierzyć. Nie potrzebowałem klepania po plecach i żeby mi ktoś mówił: „Słuchaj, super to robisz i rób to dalej”. Nasi rodzice byli twardzi. Tak się dzieje, kiedy ludzie wychowują się w trudnych czasach.
– A ty swojej córce mówisz „kocham”? Dmuchasz jej w żagle?
– Ja ją przecież wynoszę na plecach na Kasprowy. Będę wspierał oboje moich dzieci i dawał im wszystkie możliwości, jakie będą. Wiem, co to znaczy odpowiedzialność.
Artykuł oryginalnie ukazał się w pierwszym numerze GQ Poland.
Andrzej Bargiel był gościem pierwszego odcinka podcastu „Grand Questions" Oliviera Janiaka.
Asystent fotografki: Kacper Wojtal
Asystent stylisty: Rafał Pasiak
Makijaż: Iza Kućmierowska/Visual Crafters
Włosy: Emil Zed/Van Dorsen Artists
Produkcja: Piotr Fiedler, Zbyszek Szymańczyk
Retusz: Dust and Grain
Specjalne podziękowania dla Nosalowy Park Hotel & Spa za pomoc przy realizacji sesji.
Szczególne podziękowania dla Mountain Shelter Salamandra za udostępnienie lokalizacji do zdjęć.
Więcej w tym temacie:
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
- Jakub Józef Orliński i bogowie Olimpu
- Kim jest Jacob „Kuba” Bojsza? Polak z Los Angeles, któremu zaufał Paul Thomas Anderson
- Czym jest męskość dla współczesnych Romów? Trzy historie, trzy odpowiedzi
- Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
- Aktor Anthony Boyle: od „Harry’ego Pottera” do antykapitalistycznego buntu w Cannes
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sport
Oficjalnie: Maja Chwalińska z dziką kartą na Wimbledon 2026
Maja Chwalińska wystąpi w głównej drabince Wimbledonu 2026. Organizatorzy najbardziej prestiżowego turnieju tenisowego świata przyznali Polce dziką kartę, dzięki której nie będzie musiała przebijać się przez kwalifikacje.
Sport
Futbol nowej ery. Jak sztuczna inteligencja przejmuje mundial
Gianni Infantino, Donald Trump i wielu innych będzie chciało przypisać sobie wpływ na ten mundial. Być może jednak po raz pierwszy w historii mistrzostw świata najwięcej do powiedzenia będą miały nie wielkie nazwiska, lecz nowe technologie.
Sport
Le Mans po polsku
W najważniejszym wyścigu świata startowało dotąd czterech Polaków. Zwyciężyli dwaj: raz Kubica i trzy razy Śmiechowski.
Sport
Polacy triumfują na 24 Hours of Le Mans. Co trzeba wiedzieć o Inter Europol Competition?
Załoga Roberta Kubicy zakończyła rywalizację w klasie Hypercar na 7. miejscu po świetnym awansie z 17. pozycji startowej. Jeszcze większy sukces odniosła ekipa Inter Europol Competition z Jakubem Śmichowskim na czele, która zdominowała klasę LMP2, zajmując dwa pierwsze miejsca i zapisując się już po raz trzeci w historii wyścigu.
Sport
Karta wreszcie się odwróciła. Knicks mistrzami NBA
53 lata. Tyle trwało oczekiwanie kibiców New York Knicks na kolejne mistrzostwo NBA i wreszcie dobiegło końca. Drużyna z Madison Square Garden pokonała San Antonio Spurs 94:90 w piątym meczu finałów i przypieczętowała triumf w całej serii wynikiem 4:1.
Sport
Amatorzy jak zawodowcy, czyli Tour de Pologne w Bukowinie
Na sportowej mapie Polski są miejsca kultowe, a jednym z nich jest bez wątpienia Bukowina Tatrzańska. W tym roku górska miejscowość po raz kolejny ugości Tour de Pologne Amatorów – Memoriał Ryszarda Szurkowskiego, który będzie towarzyszył zmaganiom zawodowców w Tour de Pologne UCI WorldTour. Rywalizacja amatorów na widowiskowej i wymagającej trasie odbędzie się 8 sierpnia.
Sport
Czy futbol jeszcze potrzebuje mundialu?
Donald Trump nie wpuszcza do swojego kraju piłkarzy, trenerów, ani nawet sędziów. O kibicach nie wspominajmy, ci dopiero mają w trakcie mistrzostw góry problemów do pokonania. Ale niech was to nie zmyli: przez najbliższy miesiąc uśmiech Gianniego Infantino będzie codziennie uderzał po oczach.
Sport
New York Knicks z największym comebackiem w historii finałów NBA
Nowy Jork jeszcze długo nie zaśnie. Chociaż do pełnego świętowania brakuje jeszcze jednej wygranej, to kibice Knicksów mają co celebrować – triumf jest na wyciągnięcie ręki.