Zetki kontra milenialsi – konflikt, który nie istnieje
PARTNERZY SERWISU

Społeczeństwo
Zetki kontra milenialsi – konflikt, który nie istnieje
Jeszcze więcej wojen pokoleniowych o długość skarpetek, szerokość nogawek i roszczeniowość młodych! Pierwszy świat wytrzyma.
Udostępnij
Trudno znaleźć badania, które potwierdzałyby zasadność stosowania popularnych wiekowych podziałów Autor zdjęcia: Getty Images, kolaż GQ Poland
„To rok, w którym pokolenie milenialsów oficjalnie się zestarzało” – na tak zatytułowany tekst z „The New York Times”, ten sam, o który dziś pół internetu toczy zażarte boje, spojrzałam z ulgą. Nie ma chyba lepszej wiadomości dla trzydziestoparolatki niż ta, że w 2026 roku mogę wreszcie odpuścić nadążanie za trendami i presję udawania wiecznej nastolatki.
Skoro jestem już „stara”, a cały świat o tym wie, zdrowy rozsądek podpowiada, że mogę przestać przejmować się zetkowymi docinkami na temat wkładania bluzki w spodnie. Albo – co jeszcze bardziej kuszące – w ogóle zignorować generacyjne etykietki, które nigdy tak naprawdę nie były szyte na miarę.
Każde pokolenie… nie jest monolitem
Szczerze mówiąc, choć metryka każe mi utożsamiać się z milenialsami, serce czuje niezgodę, gdy rozmaici publicyści – tak jak Anna Silman w przywoływanym tu „NYT” – próbują mi wmówić, że kształtującym mnie i moich rówieśników doświadczeniem generacyjnym mają być „Dziewczyny” Leny Dunham. Osobiście wolę według niektórych „boomerski” „Seks w wielkim mieście”, co nie przeszkadza mi w czerpaniu przyjemności z oglądania serii „Kocham LA”, która dostała łatkę do bólu genzetowego, a w najlepszym razie zilenialskiego show. Szach-mat, gdzie są teraz te wasze jasne podziały wiekowe, które miały łatwo tłumaczyć świat?
Dokładnie tam, gdzie z łatwością podważone przez komentariat w sieci argumenty felietonistki „NYT”. Gdy niektórzy internauci zastanawiają się, czemu medium zdecydowało się opublikować pełny nonsensownych stereotypów tekst, reszta jest przekonana o tym, że właśnie trafiła na kolejny generacyjny „rage bait” (o tym zjawisku pisałam tutaj). Też dałam się na nabrać na chwytliwy tytuł i zmarnowałam czas na dowiedzenie się, że moje rówieśniczki z USA boją się pójść do klubu w ulubionych ciuchach, bo zostaną wyśmiane przez zetki (sic!).
„(…) w żadnej z naszych szaf nie było niczego, co wyglądałoby stylowo. Każda młoda, atrakcyjna dziewczyna ubiera się teraz jak Adam Sandler: szorty cargo, oversize’owe koszulki z nadrukami, wąskie okulary przeciwsłoneczne. Nasze bluzki od Rachel Comey nie miały szans. Nieważne, jak bardzo byśmy się starały, i tak wyglądałybyśmy przebrzmiale” – napisała Silman, która chyba nie wie, jak wielu milenialsów dziękuje zetkom za przywrócenie do łask baggy jeans, nie musząc wciskać się w rurki. Ale serio? Mamy szufladkować ludzi na podstawie szerokości nogawek?
Próbowałam do tego problemu pierwszego świata podejść mimo wszystko na poważnie, ale dalsza lektura tekstu znacząco mi to uniemożliwiła, bo pokazała, jak szkodliwy bywa nieuświadomiony ageizm. Zamiast przynieść wyczekiwany moment ulgi i spuścić powietrze z balonu międzypokoleniowych napięć, które od lat są nadmuchiwane przez media i marketingowców, autorka robi w tekście coś dokładnie odwrotnego. Pod przykrywką fałszywej troski wyolbrzymia rzekomy konflikt między milenialsami a zetkami, osiągając dokładnie to, co każda polaryzująca opowieść: uwagę napędzaną gniewem.
Nie dziwi mnie więc, że tekst o milenialce sierotkującej nad upływem czasu, wyjątkowością swojego pokolenia i zmianami w trendach wywołał emocjonalne reakcje. To opowieść oparta wyłącznie na opinii, a nie faktach, o statusie, widzialności i strachu przed utratą kulturowego pierwszeństwa i tym, że estetyka młodości przestała należeć do tych, którzy jeszcze wczoraj czuli się jej naturalnymi ambasadorami. Aż chciałoby się powiedzieć, że takie po prostu jest życie, handluj z tym, Anno, ale strategia Silman bynajmniej nie jest w mediach odosobniona.
Generacjonizm to pułapka
Nawet jeśli przyjmiemy, że osoby dorastające w podobnych warunkach historycznych mogą dzielić pewne doświadczenia, sprowadzanie złożonych różnic klasowych, zdrowotnych czy geograficznych do hasła „Zetki są takie, a milenialsi inni” ma tyle sensu, co dialogi w reklamach banków. To narracje stworzone po to, by upraszczać rzeczywistość, sprzedawać konkretne opowieści, produkty usługi, a przede wszystkim utrzymywać naszą uwagę w stanie karmiącego algorytmy wzburzenia.
Tymczasem trudno znaleźć badania, które potwierdzałyby zasadność stosowania popularnych wiekowych podziałów. Ba, naukowcy o kontrproduktywności tej tendencji napisali już całkiem sporo, wskazując, że „identyfikowanie jednostek jako przedstawicieli różnych pokoleń w oparciu o założenia dotyczące zbiorowego wpływu wspólnych doświadczeń, a następnie poszukiwanie różnic między nimi na podstawie arbitralnego grupowania roczników urodzenia jest nadmiernym uproszczeniem i stwarza potencjalne możliwości powielania stereotypów, fałszywych uogólnień i dyskryminacji”.
Generacjonizm, czyli przekonanie, że członkowie określonych pokoleń posiadają unikatowe, stereotypowe cechy, którymi tak chętnie zajmuje się publicystyka, pozwala ignorować realne problemy i różnice związane choćby ze zdrowiem, z wyzyskiem ekonomicznym czy politycznym populizmem. To tyle, jeśli chodzi o perspektywę socjologiczną. Zwróćmy się w stronę marketingu, który przecież oszalał na punkcie tworzenia strategii konsumenckich, a nawet pracowniczych wokół segmentacji zależnej od rocznika narodzin.
Centrum badawcze Human Futures Studio w świetnej (i dłuższej niż clickbaitowy felieton w „NYT”) analizie na ten temat, twierdzi wprost, że „badania rynku pokoleniowego” to scam, który nijak wpływa na konkurencyjność firm.
Co najciekawsze, powołuje się przy tym nie tylko na osiągnięcia nauki, lecz także konkurenta „NYT”, czyli „The New Yorker”, który w 2021 roku apelował, by „przestać mówić o »pokoleniach«”, ponieważ koncepcja ta całkowicie błędnie interpretuje historię społeczną”. HFS wskazuje ponadto, że model badania pokoleń „skoncentrowany na kohortach urodzeniowych zrodził całą branżę badaczy rynku i konsultantów”, którzy promują pseudonaukę i zarabiają na tym krocie, a poszczególne działy w firmach, a potem media wchodzą w to jak w masło.
Młodzi (jak zwykle) leniwi
Ostatnio ten mechanizm dostrzegłam na rodzimym podwórku. W prasie natknęłam się na alarmistyczny tekst o NEET (z ang. not in education, employment, or training) – młodej generacji, która rzekomo „nic nie robi”, nie pracuje i się nie uczy. Przekaz artykułu i całej zbudowanej wokół niego kampanii informacyjnej brzmiał tak, jakbyśmy mieli do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem oraz niepodważalnym dowodem na to, że współczesne nastolatki i świeżo upieczeni dorośli są roszczeniowi i marzą wyłącznie o labie, zamiast ciężko harować jak ich rodzice.
Gdyby nie data publikacji, można by pomyśleć, że to przedruk z lat 90. albo komentarz do „straconego pokolenia” po kryzysie 2008 roku. O hipisach mówiono kiedyś bardzo podobnie. O mnie i moich rówieśnikach, milenialsach – również. Nic więc dziwnego, że dziś tę samą, doskonale znaną śpiewkę słyszą zetki.
O powadze rzekomego najnowszego „kryzysu pokoleniowego” mają jednak świadczyć dane Eurostatu z 2023 roku, według których co dziewiąty młody Polak zalicza się do grupy NEET. Brzmi to strasznie, czyli niemal tak, jakby młodzi masowo budzili się rano z myślą: „Dziś też nie będę uczestniczyć w życiu społecznym”. Tyle że bliższe przyjrzenie się tym liczbom skutecznie podważa tę narrację. Odsetek osób NEET w Polsce nie należy ani do najwyższych w Europie, ani – poza okresem pandemicznego lockdownu – nie rośnie w dramatycznym tempie. Długofalowo widać raczej stabilizację od momentu skokowej poprawy sytuacji młodych po wejściu Polski do Unii Europejskiej.
To oczywiście nie znaczy, że osoby wchodzące – przykładowo – na rynek pracy nie mierzą się z charakterystycznymi dla momentu dziejowego i od niego zależnymi wyzwaniami, których rodzice czy dziadkowie nie będą w stanie z łatwością zrozumieć. No, ale właśnie – czy to wynika z przynależności do takiego czy innego pokolenia, czy jednak innych zewnętrznych okoliczności?
Co więcej, nawet w samych artykułach o NEET pojawiają się głosy socjolożek i badaczy, którzy wprost mówią, że przynależność do grupy „ani-ani” często wynika z warunków zewnętrznych: niepełnosprawności, braku pracy w małych miejscowościach, barier ekonomicznych i logistycznych w dostępie do edukacji. Te głosy giną jednak pod naporem oskarżeń o świadomy wybór nicnierobienia i życia na cudzy koszt. Tak naprawdę NEET nie jest żadnym nowym zagrożeniem – to stare zjawisko, które przebiera się w nowe szaty, próbując wzbudzać co jakiś czas panikę moralną. Możemy dać się jej porwać wszyscy niezależnie od tego, czy nosimy skarpetki stópki albo cargo pants.
Problemem nie są młodzi, starzy ani ci „pomiędzy”, tylko system, który potrzebuje konfliktu, żebyśmy nie zadawali trudniejszych pytań. A żeby było jeszcze ciekawiej: prawie dekadę temu pracowałam w redakcji, która dziś znów bije na alarm w sprawie NEET. I pamiętam doskonale, że pierwszy tekst na ten temat ukazał się tam już w 2016 roku. Wtedy też mówiono o problematycznym zjawisku, „pokoleniowym kryzysie” i młodych, którzy nie chcą pracować. Zmieniają się nagłówki, ale narracja pozostaje zaskakująco ta sama. Jestem więc pewna, że nie upłynie wcale wiele czasu, gdy inna milenialka, nienauczona przykładem Silman, zechce napisać kolejny pokoleniowy manifest do obśmiania.
Więcej w tym temacie:
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
STATUS QUO: Dwie minuty nienawiści. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Tydzień zaczął się od ataku na dzieci w autobusie w Bielsku-Białej, a skończył na wiadomości, że Ukraina i Polska może jednak dadzą radę się dogadać Po drodze obserwowaliśmy kolejne oznaki kryzysu w PiS, które może rozpadać się na naszych oczach, i prezydenta, oraz prezydenta, który zawetował ustawę, mimo że sam obiecywał jej podpisanie w kampanii wyborczej.
Społeczeństwo
Moda na ciało. Jak władza i pieniądze kreują kanony atrakcyjności
Zaglądają właściwie do każdej dziedziny naszego życia codziennego. Od tysiącleci kształtują nasze gusta. Od dekad bezpośrednio wpływają na to, co króluje na wybiegach, okładkach magazynów, a także w mediach społecznościowych. W jaki sposób polityka i gospodarka dyktują to, co jest „hot”? I dlaczego trendom ulegają nie tylko kobiety?
Społeczeństwo
Miasta przez (anty)lokalną soczewkę. Czy polscy turyści wciąż idealizują zagranicę?
Lato sprzyja zakochiwaniu się miejscach, których nie trzeba codziennie doświadczać. Czy wciąż ulegamy urokowi zagranicznych adresów, widzianych przez filtr wakacyjnej beztroski? A może coraz częściej dostrzegamy, że gdzie indziej trawa nie zawsze jest bardziej zielona niż u nas?
Społeczeństwo
STATUS QUO: Kto głośniej krzyknie. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Trump ingeruje w mundial. Trump ogłasza się celem zamachu. Trump znów bombarduje Iran. Trump zrywa handel z Hiszpanią. W tle - polska awantura pod pomnikiem, nowa rada przy prezydencie i pamięć o rocznicy zbrodni wołyńskiej.
Społeczeństwo
Męskość na lajkach. Jak algorytmy definiują współczesnych facetów?
Dlaczego media społecznościowe wzmacniają konkretny ideał mężczyzny? Dlaczego wielu w to wierzy i do tego dąży? Dlaczego to nie daje im szczęścia?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Nowe życie zaczyna się za drzwiami domu. Holiday Dream by Zień x Esti&Esta
Jeszcze kilka lat temu ogród czy taras traktowaliśmy przede wszystkim jako dodatek do domu. Miejsce, z którego korzystało się głównie latem, przy okazji rodzinnego grilla lub słonecznego weekendu. Ot miły dodatek do domu lub mieszkania. Dziś coraz częściej pełnią znacznie ważniejszą rolę. Stają się przestrzeniami codzienności - miejscami porannej kawy, spotkań z bliskimi, chwil odpoczynku po pracy czy momentów, które pozwalają na chwilę zwolnić tempo.
Społeczeństwo
Z warzywniaka do kampanii największych marek. Jak jedzenie sprzedaje nam modę?
To temat, który potrafi pobudzić nie tylko miłośników odkryć kulinarnych czy eksperymentów w kuchni. Jedzenie równie mocno zdaje się elektryzować branżę mody oraz wszystkich speców od sprzedaży. Czym jest i jak działa marketing sensoryczny?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Dobra taksówka to dziś coś więcej niż przejazd z punktu A do B
Jak zmienia się miejska mobilność?