Krzysztof Śmiszek: Mały krok w stronę równości
PARTNERZY SERWISU
Społeczeństwo
Krzysztof Śmiszek: Mały krok w stronę równości
– W sercu jestem maksymalistą i równość małżeńska to mój cel. Muszę jednak myśleć pragmatycznie – mówi Krzysztof Śmiszek. Z europosłem i członkiem Nowej Lewicy rozmawiamy o ustawie o statusie osoby najbliższej.
Udostępnij

Krzysztof Śmiszek Autor zdjęcia: Anton Ambroziak
Ustawę o statusie osoby najbliższej nazwałeś krokiem w stronę równości. Tak to widzisz?
Krzysztof Śmiszek: Uczestniczę w pracach nad podobnymi ustawami ponad 20 lat. Pamiętam 2003 rok, gdy w Senacie złożono pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich. Pracowałem wtedy w rządzie jako urzędnik, potem obserwowałem kilkanaście kolejnych prób wprowadzenia tych przepisów. Ta historia ciągnie się za długo. W żadnym kraju zrobienie małego kroku w stronę równości nie trwa tyle, co w Polsce.
Niektórzy powiedzą, że to nie krok do przodu, ale objazd, bo rząd nie wprowadza ani równości małżeńskiej, ani związków partnerskich, tylko proponuje parom jednopłciowym zawieranie umów u notariusza.
Uważam, że to dobry krok, choć absolutnie niewystarczający. Dwie kwestie weryfikują moje poglądy. Pierwszą jest mój wiek. Jestem coraz starszy, moje różne zawirowania życiowe, w tym zdrowotne, powodują, że sam potrzebuję jakichkolwiek przepisów, które pozwolą mi zabezpieczyć moją rodzinę. Oprócz tego od sześciu lat jestem w dużej polityce, co naturalnie zmienia moje podejście do tego, w jaki sposób i jakim tempem da się uzyskać pełną równość.
Rozumiem, że sugerujesz, że maksymalizm to przywilej aktywistów.
Dalej w sercu jestem maksymalistą. I równość małżeńska to mój cel. Muszę jednak myśleć pragmatycznie w kategoriach tego, na ile obecna większość parlamentarna jest w stanie zrealizować mój cel. Jednak w pełni szanuję i rozumiem głosy, które mówią „równość teraz”. Sam jestem jednych z tych głosów.
Z drugiej strony sam zaangażowałeś się w przygotowanie tej ogryzkowej ustawy.
Uważam, że z wprowadzeniem zmian nie ma co czekać na idealny moment polityczny, bo ten może nigdy nie nadejść. Czekam na równość małżeńską od 25 lat. Mówiłem o niej wtedy, gdy nikt nie chciał o tym nawet słuchać.
Widzę też, jak kruche w polityce są porozumienia. Czuję, że teraz otworzyło się okienko, przez które możemy spróbować wepchnąć jak najwięcej postulatów możliwych do zaakceptowania w bardzo nieprzychylnym, choć demokratycznym otoczeniu politycznym. Nie jest tajemnicą, że mamy w rządzącej koalicji kilkudziesięciu posłów, głównie z PSL, którzy nie chcą związków partnerskich. Mogę tupać nogą, mogę ich ośmieszać, mogę się wkurzać, mogę też płakać, ale to nic nie zmienia. Stawianie kogoś pod ścianą czy napiętnowanie nie sprawi, że zmieni poglądy, że zacznie nas słuchać.
Jak dogadywanie się z PSL wyglądało od kuchni?
Dobrym duchem wśród ludowców okazała się posłanka Urszula Pasławska. Jeszcze do niedawna toczyłem z nią medialne boje. Dopiero niedawno przeprosiliśmy się za różne ostre słowa, które padły publicznie. Mogłem dalej z nią walczyć, ale co by to dało oprócz kilku punktów medialnych dla mnie? Równości by to nie przybliżyło.
Ktoś z koalicjantów między wami mediował?
Dogadaliśmy się sami. Premier Donald Tusk taktycznie usunął się w cień w dyskusji nad regulowaniem pożycia par jednopłciowych. Choć ustawa o statusie osoby najbliższej dotyczy wszystkich, wiadomo, że jak się mówi o innych regulacjach niż małżeństwo, to wszyscy widzą tęczę.
Uważam, że politycznie osiągnęliśmy sukces – doszło do tego, że konserwatywny Władysław Kosiniak-Kamysz stanął na konferencji z progresywną Katarzyną Kotulą i z regulacji dla par jednopłciowych zrobili wydarzenie polityczne miesiąca. Moja babcia zawsze powtarzała, że na tyle krawiec kraje, na ile mu materiału staje. I stanęło na ustawie o statusie osoby najbliższej.
Wasi wyborcy pewnie zgodzą się, że lepiej przepchnąć minimum niż nic. Ale co powiecie tym, którzy mają dość słuchania, że nie zasługują na równość, a w ogóle w ich związkach jest potrzebny okres próbny – jak ostatnio proponowało Ministerstwo Obrony Narodowej zarządzane przez wicepremiera Kosiniaka-Kamysza.
Uważam, że takie argumenty muszą paść, muszą wybrzmieć, nawet jeśli uważamy je za absolutnie średniowieczne, wsteczne, naruszające godność osób LGBT+. Zresztą nie ma sposobu, by komuś zamknąć usta, szczególnie politykom. Nie możemy zakazać ludziom proponowania swoich rozwiązań, szczególnie jeśli ci ludzie są skłonni zgodzić się na przyjęcie przepisów, które zapewnią nam podstawowe bezpieczeństwo.
Lepiej, żeby te argumenty wybrzmiały w łagodnej formie w ramach koalicji demokratycznej, gdzie da się rozmawiać i tłumaczyć, niż żebyśmy mieli powtórkę z 2014 roku, gdy na mównicę sejmową weszła Krystyna Pawłowicz i mówiła najbardziej ohydne rzeczy, jakie jeden człowiek może powiedzieć o drugim człowieku.
Zresztą rząd nie zgodził się na żaden okres próbny. Na koniec grudnia projekt powinien przyjąć rząd. Mając na uwadze, że teraz lewica zarządza pracami Sejmu, mam nadzieję, że w sylwestra ustawa znajdzie się w parlamencie.
I co dalej?
Dziś przez Polskę, tak jak przez całą Europę, idzie brunatna, ekstremistyczna, prawicowa fala. Dziś w Sejmie mamy nie tylko PiS, znany z kilkudziesięcioletniej homofobii i podłości wyrządzonej osobom LGBT+, lecz także Konfederację czy działającą na granicy delegalizacji formację Grzegorza Brauna. Myślę, że musimy się przygotować na obrzydliwy spektakl.
A nie obawiasz się, że także w waszych ławach nie znajdzie się wystarczająco dużo głosów, żeby projekt przeszedł dalej?
Bardzo poważnie traktuję słowa liderów koalicji, którzy mówią, że doprowadzą do tych zmian. Jeśli znajdzie się trzech czy czterech posłów, którzy zagłosują inaczej, nic się nie wydarzy. Projekt przejdzie. Scenariusz, w którym nie zdajemy tego egzaminu, nie spędza mi snu z powiek.
Bardziej martwię się o prezydenta. Gdybym był w butach Karola Nawrockiego i marzyłaby mi się druga kadencja, nie grałbym na agendę skrajnej prawicy, tylko pokazał, że jestem gotowy do kompromisów w sprawach ważnych dla Polek i Polaków.
Projektem ustawy o statusie osoby najbliższej nie dotykamy instytucji małżeństwa, nie dotykamy żadnych kwestii związanych z rodziną czy dziećmi. Ta ustawa reguluje najbardziej podstawowe sprawy związane z możliwością pochowania partnera/partnerki w przypadku śmierci, objęcia ubezpieczeniem zdrowotnym, możliwość zasięgnięcia informacji medycznej czy kwestie związane z darowiznami i spadkiem. To nie jest ustawa moich marzeń, ale daje możliwość wyboru uprawnień, które zapewnią nam podstawowe poczucie bezpieczeństwa.
Część osób może stwierdzić, że od takiej umowy woli równość na eksport czy ślub za granicą.
Po ważnym wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który zobowiązał państwo polskie do transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw do polskiego systemu, tak naprawdę czeka nas jeszcze wieloletnia sądowa batalia o to, jak to w zasadzie rozumieć. Dziś rząd musi wprowadzić zmiany techniczne, które umożliwią odnotowanie w polskim rejestrze aktów stanu cywilnego faktu zawarcia małżeństwa. Ale nawet z polskim aktem małżeństwa parę jednopłciową będzie czekać walka o wyegzekwowanie praw, które idą za małżeństwem. To znów od ich determinacji, a także zachowania różnych urzędników i sędziów, będzie zależało, co uda się wywalczyć.
Dlatego uważam, że ustawa o statusie osoby najbliższej jest potrzebna teraz, żeby od dziś każdy, kto tego potrzebuje, mógł cieszyć się bezpieczeństwem. Polska pod tym względem jest skansenem Europy. Gdy popatrzymy sobie na rozwój legislacji dotyczącej praw osób LGBT+, to wszędzie zaczynało się od czego małego. Być może strzelam sobie w stopę, mówiąc, że to jest tylko początek, a prawica zarzuci nam, że to taktyka salami, czyli zdobywanie równości po kawałeczku. Ale takie są procesy społeczne i ich się nie cofnie. Chyba że w najbliższych wyborach miażdżąco wygra lewica i wtedy proces osiągania konstytucyjnej równości przyspieszy.
Sam mówiłeś, że w Polsce ten proces trwa wyjątkowo długo.
Mamy pecha do tchórzliwych polityków. Najlepszy czas na przyjęcie ustawy o związkach partnerskich był w kadencji 2011–2015. Oprócz Platformy Obywatelskiej był jeszcze w Sejmie Sojusz Lewicy Demokratycznej, był ruch Palikota. PSL był wtedy niepotrzebny. A w Pałacu Prezydenckim był Bronisław Komorowski, który podpisałby podstawową wersję takich przepisów. Wtedy zabrakło przywództwa Donalda Tuska, przesądził też strach przed samym tematem.
To zabawne, bo dziś diagnoza brzmi dosyć podobnie.
Sama Platforma Obywatelska została dziś jednak wyedukowana przez społeczeństwo. I przez lewicę. Jeśli ktoś w tej formacji miałby nie podnieść ręki za naszym projektem, to chyba tylko Roman Giertych.
A nie uważasz, że lewica popełnia błąd, firmując projekt, któremu daleko do ideału?
Zgłasza się do mnie dużo par, które mówią wprost, że chcą być zauważone, chcą mieć gwarancje bezpieczeństwa, chociaż minimalne. To są szczególnie osoby, które mają 30–40 lat, mają stabilny związek, zgromadziły wspólny majątek. Jeśli uda nam się im pomóc, to będziemy mogli być dumni.

Krzysztof Śmiszek Autor zdjęcia: Anton Ambroziak
Nie żałujesz, że siedzisz w Brukseli, zamiast nadzorować te prace z Warszawy?
Żałuję, że nie będę osobą, która naciśnie zielony guzik za ta ustawą w polskim parlamencie. Ale nie mam sobie nic do zarzucenia – to nie jest tak, że w Brukseli zajmuję się zupełnie czymś innym. Tam także dbam o kwestie równościowe. A jest o co i z kim walczyć. Także w Parlamencie Europejskim zasiada spora grupa skrajnej prawicy i tchórzliwych polityków centroprawicy, którzy blokują progresywne rozwiązania.
Wcześniej w Ministerstwie Sprawiedliwości w bardzo krótkim czasie doprowadziliśmy do stworzenia przepisów dotyczących mowy nienawiści, błyskawicznie zmieniłem też stanowisko polskiego rządu w postępowaniu przed TSUE w sprawie transkrypcji aktów małżeństwa, dzięki czemu ohydne stanowisko pisowskiego rządu mówiące o tym, że równość małżeńska zagraża polskiej suwerenności, poszło w niepamięć. A w ostatnich tygodniach wisiałem na telefonie z Katarzyną Kotulą i Urszulą Pasławską, uzgadniając szczegóły projektu ustawy o statusie osoby najbliższej.
Wyjazd do Brukseli to była polityczna kalkulacja, a może kwestia ambicji?
Moją ambicją od zawsze było zostać politykiem na szczeblu europejskim. Co nie oznacza, że pięć lat spędzonych w polskim Sejmie zupełnie mnie nie kręciło. To był genialny czas bardzo ciężkiej pracy – najpierw walki z PiS, potem gryzienia trawy i ziemi w ministerstwie podczas sprzątania po prawicy.
Na listach do Parlamentu Europejskiego potrzebowała mnie partia. Nowa Lewica chciała się bić o miejsca w Brukseli. Dlatego na listach mieliśmy Roberta Biedronia, Joannę Scheuring-Wielgus, Marka Belkę czy Włodzimierza Cimoszewicza. To były konie zaprzęgowe, które miały uciągnąć nie tylko siebie, lecz także dziesiątki tysięcy głosów dla partii. I to się udało. To, gdzie jesteś w polityce, nigdy nie jest do końca indywidualną decyzją. Gdyby tak było, każdy widziałby siebie w Pałacu Prezydenckim.
Ty też?
Trochę żartuję, ale przecież nie powiedziałem ostatniego słowa, startując do europarlamentu. Trzeba mierzyć wysoko. Czasem myślę, że jestem nieskuteczny, bo z każdym chcę się dogadać, wysłuchać zdanie wszystkich stron. Z działań w organizacji pozarządowych wyniosłem myślenie o tym, że rzeczy trzeba robić razem. W porozumieniu. Ale w tym zawodzie liczy się także refleks i szybka decyzja, kto komu pierwszy wbije nóż w plecy. Ale ja tego noża nie wyciągam za często.
Mimo to uważam, że w polityce osiągnąłem całkiem sporo. Mam 46 lat, co normalnie jest wiekiem średnim, ale w ławach parlamentarnych wciąż uchodzę za młode pokolenie. Mogę śmiało powiedzieć, że mam przed sobą całe polityczne życie, choć to oczywiście zależy od łaski moich wyborców.
A tu też nie będzie chyba lekko, bo po wyjeździe do Brukseli padały zarzuty, że razem z twoim partnerem Robertem Biedroniem uwłaszczyliście się na projekcie politycznym i razem wiedziecie królewskie życie na unijnych pensjach.
Wyjazd do Brukseli chciałbym odczarować. Tak jak w polskim Sejmie, tak w Parlamencie Europejskim możesz być obibokiem i leniem. A Robert i ja harujemy, co można sprawdzić po liczbie wystąpień, interpelacji, projektów, które prowadzimy. Działamy na rzecz Polski, Europy i wartości, w które wierzymy: demokracji, praw człowieka, sprawiedliwości społecznej i praworządności.
Obecność takich osób jak my w Parlamencie Europejskim jest szczególnie ważna, patrząc na to, jak brunatna staje się Europa. Mocny, postępowy głos musi wybrzmiewać. I to właśnie robię w Brukseli. Otwarcie walczę ze skrajną prawicą, także tą polską, obnażając jej miałkość, brak programu i kłamstwa. Dostaję za to ogrom hejtu. Ale i mnóstwo wyrazów wsparcia, za co serdecznie dziękuję.
Nie tracę z horyzontu spraw polskich, a moje zaangażowanie w przygotowanie projektu ustawy o statusie osoby najbliższej świadczy o tym, że mocno trzymam rękę na pulsie krajowych kwestii.
W jakich kolorach malują się kolejne wybory?
Polityk zawsze powie, że to są najważniejsze wybory od kilkudziesięciu lat. A jako gej, jako osoba, która walczy o prawa człowieka, jako osoba, która ma serce po lewej stronie, naprawdę uważam, że wybory w 2027 roku będą rozgrywały się o gigantyczną stawkę. Albo uwierzymy Braunom i Orbanom Europy, którzy chcą nam urządzać życie po swojemu, albo obronimy zdobycze naszej cywilizacji. Prawica też powie, że broni cywilizacji, ale tak naprawdę chodzi jej o zepchnięcie kobiet do ról służebnych, atakowanie mniejszości, usankcjonowanie rasizmu i ksenofobii jako oficjalnej agendy wobec migrantów i Ukraińców, zerwanie relacji z Unią Europejską. I kurs na Kreml. A ja i miliony osób w Polsce tego z pewnością nie chcemy.

Krzysztof Śmiszek Autor zdjęcia: Anton Ambroziak
Więcej w tym temacie:
- Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
- STATUS QUO: Dwie minuty nienawiści. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
- Moda na ciało. Jak władza i pieniądze kreują kanony atrakcyjności
- STATUS QUO: Kto głośniej krzyknie. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
STATUS QUO: Dwie minuty nienawiści. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Tydzień zaczął się od ataku na dzieci w autobusie w Bielsku-Białej, a skończył na wiadomości, że Ukraina i Polska może jednak dadzą radę się dogadać Po drodze obserwowaliśmy kolejne oznaki kryzysu w PiS, które może rozpadać się na naszych oczach, i prezydenta, oraz prezydenta, który zawetował ustawę, mimo że sam obiecywał jej podpisanie w kampanii wyborczej.
Społeczeństwo
Moda na ciało. Jak władza i pieniądze kreują kanony atrakcyjności
Zaglądają właściwie do każdej dziedziny naszego życia codziennego. Od tysiącleci kształtują nasze gusta. Od dekad bezpośrednio wpływają na to, co króluje na wybiegach, okładkach magazynów, a także w mediach społecznościowych. W jaki sposób polityka i gospodarka dyktują to, co jest „hot”? I dlaczego trendom ulegają nie tylko kobiety?
Społeczeństwo
Miasta przez (anty)lokalną soczewkę. Czy polscy turyści wciąż idealizują zagranicę?
Lato sprzyja zakochiwaniu się miejscach, których nie trzeba codziennie doświadczać. Czy wciąż ulegamy urokowi zagranicznych adresów, widzianych przez filtr wakacyjnej beztroski? A może coraz częściej dostrzegamy, że gdzie indziej trawa nie zawsze jest bardziej zielona niż u nas?
Społeczeństwo
STATUS QUO: Kto głośniej krzyknie. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Trump ingeruje w mundial. Trump ogłasza się celem zamachu. Trump znów bombarduje Iran. Trump zrywa handel z Hiszpanią. W tle - polska awantura pod pomnikiem, nowa rada przy prezydencie i pamięć o rocznicy zbrodni wołyńskiej.
Społeczeństwo
Męskość na lajkach. Jak algorytmy definiują współczesnych facetów?
Dlaczego media społecznościowe wzmacniają konkretny ideał mężczyzny? Dlaczego wielu w to wierzy i do tego dąży? Dlaczego to nie daje im szczęścia?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Nowe życie zaczyna się za drzwiami domu. Holiday Dream by Zień x Esti&Esta
Jeszcze kilka lat temu ogród czy taras traktowaliśmy przede wszystkim jako dodatek do domu. Miejsce, z którego korzystało się głównie latem, przy okazji rodzinnego grilla lub słonecznego weekendu. Ot miły dodatek do domu lub mieszkania. Dziś coraz częściej pełnią znacznie ważniejszą rolę. Stają się przestrzeniami codzienności - miejscami porannej kawy, spotkań z bliskimi, chwil odpoczynku po pracy czy momentów, które pozwalają na chwilę zwolnić tempo.
Społeczeństwo
Z warzywniaka do kampanii największych marek. Jak jedzenie sprzedaje nam modę?
To temat, który potrafi pobudzić nie tylko miłośników odkryć kulinarnych czy eksperymentów w kuchni. Jedzenie równie mocno zdaje się elektryzować branżę mody oraz wszystkich speców od sprzedaży. Czym jest i jak działa marketing sensoryczny?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Dobra taksówka to dziś coś więcej niż przejazd z punktu A do B
Jak zmienia się miejska mobilność?