PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo
Jacob Elordi i Margot Robbie w „Wichrowych Wzgórzach”

Filmy i seriale

„Wichrowe Wzgórza” – toksyna w pozłotku

Tyle gadania o tym, ile mit romantycznej (czytaj: toksycznej i nierealistycznej) miłości namieszał nam w głowach, a popkultura wciąż sprzedaje go w wersji deluxe. Może i „Wichrowe Wzgórza” to tylko rozbuchana sadomasochistyczna fantazja o namiętności silniejszej niż rozsądek, ale czy naprawdę jedynie ból, jest jest źródłem spełnienia?

Udostępnij

Jacob Elordi jako Heathcliff i Margot Robbie jako Catherine w filmie „Wichrowe Wzgórza” Autor zdjęcia: materiały prasowe

Paulina_Januszewska
13.02.2026

„Wichrowe Wzgórza” mogły być świetnym teledyskiem do promujących film utworów Charli XCX „Chains of love” czy „House”. Ale klipy nie trwają zwykle 136 minut. Ba, miewają ciekawszą dramaturgię niż to, co Emerald Fennell zaprezentowała na ekranie w swojej (jednej z wielu, ale czy naprawdę potrzebnej?) adaptacji kultowego i wyprzedzającego własne czasy tekstu Emily Brontë z 1847 roku.

Uczta tylko dla oka?

Najnowsze dzieło reżyserki głośnego „Saltburn” to po prostu bardzo ładny film z nieprzyzwoicie pięknymi ludźmi. „Wichrowe Wzgórza” 2026 obiecywały nam mroczną, gotycką jazdę bez trzymanki i nowe spojrzenie na historię zakazanego romansu dwójki przybranego rodzeństwa z różnych klas i najprawdopodobniej grup etnicznych: Catherine Earnshaw (Margot Robbie) i Heathcliffa (Jacob Elordi). Słowa jednak, choć odmieniały prowokację przez wszystkie przypadki, nie dotrzymały. I to nie tylko dlatego, że prawie cała obsada jest biała (o czym za chwilę i do czego Fennell przed premierą odnosiła się nad wyraz niechętnie). 

Problem tkwi raczej w tym, że reżyserka ani nie reinterpretuje źródłowego dzieła ani nie potrafi stworzyć atrakcyjnej repliki. A przecież kino od dawna podpowiada, jak nosić historyczny kostium z pazurem, nie popadając w śmieszność ani akademicką mumifikację. Kampowa bezczelność „Marii Antoniny” Coppoli, przewrotna, podszyta czarnym humorem „Faworyta” Lanthimosa czy nawet klasyczne, gęste od erotycznej manipulacji „Niebezpieczne związki” Frearsa – wszystkie te filmy pokazują, że można trochę rozpiąć gorset epoki i jednocześnie nie zgubić sensu. Nawet netfliksowi „Bridgertonowie” lepiej niż Fennell odkurzają przeszłość.

Sprawiedliwie trzeba jednak nowym „Wichrowym Wzgórzom” oddać to, że na poziomie muzycznym i wizualnym w zgadza się tu wszystko – nie tylko eksperymenty hyperpopowej bachorzycy z sound artem, lecz także wnikliwe operatorskie oko Linusa Sandgrena. 

Kamera serwuje nam wyjątkowe kadry w scenograficznie dopracowanych wnętrzach o bardzo wymownej narracyjnie kolorystyce. Jednocześnie nie rezygnuje przy tym z malarskości naturalnych krajobrazów północnej Anglii – tak istotnych dla literackiego pierwowzoru Brontë, która – jeśli słuchać wyspiarskich recenzentów – ma przewracać się w grobie na wieść o tym, co Fennell zrobiła z jej powieścią. Nie wiem, czy tak jest w istocie, ale przyznaję, że sama w trakcie seansu niecierpliwie wierciłam się w fotelu, wyczekując napisów końcowych. Może więc coś jest na rzeczy?

Nie znaczy to, rzecz jasna, że nie doceniam kunsztu, z jakim stworzono pozafabularne obszary wchodzącej do kin na walentynki (a jakże by inaczej?) produkcji. Kostiumy cenionej w branży Jacqueline Durran zapierają dech w piersiach nie tylko wciśniętym w stylowe gorsety aktorkom, lecz także i widzom. Ci kinowy seans mogliby spokojnie pomylić z modowym wybiegiem czy sesją zdjęciową luksusowego magazynu. Wyraźne są tu stylowe odniesienia nie tylko do epok: elżbietańskiej, gregoriańskiej i wiktoriańskiej, lecz również inspiracje bliższą nam współczesnością, którą znamy z kultowych już projektów Muglera czy McQueena. Całość jest dopieszczona efektowną biżuterią vintage od Chanel, a eklektyczne kapelusze oraz romantyczne woale budują nastrój skuteczniej, niż robi to scenariusz.

Jest w „Wichrowych Wzgórzach” scena, w której Cathy na noc poślubną wkłada halkę z tkaniny przypominającej mieniący się celofan. Złośliwcy powiedzieliby, że wcielająca się w bohaterkę Margot Robbie jest tam po prostu znów Barbie, ale moim zdaniem ten gest mówi wprost: „Historyczna wierność nas nie interesuje”. I bardzo dobrze. Szkoda tylko, że za estetycznym manifestem nie idzie żadna myśl. Fennell ani nie respektuje prawideł epoki, ani nie ma nic szczególnie przenikliwego do powiedzenia o współczesności. Tej samej, w której dekonstrukcja mitu miłości romantycznej doczekała się już solidnego zaplecza intelektualnego i weszła do mainstreamu.
 

Romansidło w postromantyczności

O tym, jak kultura wciąż produkuje fantazję o kobiecie, która ma się „rozpuścić” w uczuciu i oddać w ręce namiętności podszytej przemocą, pisała Mona Chollet w „Wymyślić miłość na nowo”. Książka analizuje to, jak przekonanie, że miłość boli, reprodukuje nierówności i uczy kobiety (a także mężczyzn) mylić zadawanie i/lub odczuwanie cierpienia z intensywnością miłości. 

W polskich realiach podobne procesy – choć z perspektywy socjologicznej – opisuje Tomasz Szlendak, wskazując, że późnonowoczesne relacje coraz częściej negocjują równość i autonomię, zamiast odtwarzać hierarchiczne scenariusze. Mówi się wręcz o postromantyczności: o kulturze, która próbuje wyjść poza XIX-wieczny ideał miłości absolutnej i totalnej, rozpoznając jego emocjonalne i społeczne koszty, które w istocie są krzywdzące dla obu płci.

W takim kontekście film Fennell okazuje się bardziej konserwatywny, niż sugerowałyby to XIX-wieczne didaskalia. Portretuje miłość jako wojnę totalną. Przekonuje, że pożądanie smakuje tylko wtedy, gdy upokarza, a braku równowagi pomiędzy kochankami używa jako afrodyzjaku, reprodukując w dodatku szkodliwe i żenująco przestarzałe przekonanie: „Kto się czubi, ten się lubi”. Dlatego Cathy i Heathcliff bez przerwy się czubią w harlequinowej wersji soft porn, a widz nie ma szans ich polubić. Nie dlatego, że są bohaterami tragicznymi, tylko emocjonalnie niedojrzałymi. 

Trudno sympatyzować z zakochanymi wybitnie uzależnionymi od taniej dramy. Na pewno kojarzycie takie pary w realu – ludzi, którzy zrywają ze sobą tak często, jak do siebie wracają, infekując toksycznym podejściem do związku i rozpaczą, że ten nie wychodzi, wszystkich dookoła. Jak wam się spędza czas w ich towarzystwie? Oczywiście nie ma obowiązku lubienia ekranowych postaci, ale w tym konkretnym przypadku odnoszę wrażenie, że nie taki był cel Emerald Fennell.

Pewnie zaraz mi się też dostanie, że niefeministycznie deprecjonuję tą zgryźliwą recenzją kobiece fantazje seksualne czy relacyjne. Zgadzam się jednak z tym, że nie muszą być one intelektualnie wzniosłe i politycznie poprawne – mogą być mroczne, hołdujące najniższym instynktom i pragnieniom. Ale czy naprawdę muszą odbywać się kosztem wzajemnego poniżenia? Czy intymność bez pogardy jest dla popkultury zbyt mało sexy? 

Z perspektywy właśnie emancypacyjnej jest  szczególnie rozczarowujące to, że Catherine, mimo pozorów sprawczości, wciąż jest definiowana przez męski gniew i męskie pożądanie. Jej bunt jest estetyczny, nie strukturalny, oraz osadzony w sztywnych ramach klasizmu, z którym bohaterka ani trochę nie walczy, ale raczej (nie wierzę, że to piszę) wpisuje się w redpillowską fantazję inceli o „alpha fucks / beta bucks”, w której kobieta wykorzystuje samca alfa do podsycania własnej namiętności, a samca beta traktuje jako bezpieczne zaplecze finansowe i społeczne. Oczywiście tę teorię łatwo obalić w rzeczywistości uwarunkowaniami patriarchatu, ale film nawet nie stara się tego robić.

Naprawdę długo myślałam o tym, czy da się obronić historię Cathy i Heathcliffa jako dziewczyńskiego fanfika. Jestem pewna, że jako gimnazjalistka (jeszcze przed odkryciem, że na pewno jestem biseksualna) łyknęłabym ten film bez popitki, bo popkultura kazała mi kochać bad boyów. Ale gimnazjów już nie ma i dziś oczekuję od kina czegoś więcej – zwłaszcza, że chyba nie do końca jest ono adresowane do młodzieży.

Chciałabym jednak już jako nastolatka wiedzieć, że nie muszę fantazjować o mężczyznach, którzy mnie poniżają, że mogę pragnąć namiętności ostrej, ale nie takiej, z której powodu miałabym umierać. Że wspomniany „bad boy” nie jest jedyną dostępną figurą erotycznego, miłosnego spełnienia i że ja sama nie muszę być drama queen w tej układance. Zamiast tego dostałam Heathcliffa, który grany przez Jacoba Elordiego jest po prostu Elordim™: wysokim, pięknym, milczącym, z twarzą, na której oczy zbitego psa mieszają się z pogardliwym uśmieszkiem chochlika. Wypisz, wymaluj – straumatyzowany bad boy ze złotym zębem zamiast tatuaży.

Jacob Elordi

Jacob Elordi na australijskiej premierze „Wichrowych Wzgórz” Autor zdjęcia: Brendon Thorne/Getty Images

Zachwyt i frustracja 

Czy możemy zmienić te zdartą płytę? Naprawdę się da. Nie bez powodu ogromną popularnością cieszą się dziś historie takie jak w „Heated Rivalry” – nieskomplikowane fabularnie romanse, które pokazują, że napięcie może rodzić się z równości, pojedynku charakterów, rywalizacji, iskrzenia między dwojgiem ludzi, którzy widzą w sobie partnerów, a nie przeciwników do zniszczenia. 

Tam pożądanie nie wynika z pogardy, lecz z wzajemnego uznania. Intymność nie jest polem bitwy, tylko przestrzenią negocjacji. Może gdyby „Wichrowe Wzgórza” zostały opowiedziane z queerowej perspektywy, byłyby ciekawsze, zwłaszcza że powieść Brontë od lat jest czytana jako historia o niemożliwej tożsamości, o pragnieniu wykraczającym poza normę i miłości, która nie mieści się w społecznych ramach.

Fennell zamyka tę ambiwalencję w oczywistym heteroseksualnym, binarnym konflikcie „ona–on”. Nie ma tu miejsca na pęknięcia. Wprawdzie reżyserka chce przekraczać mieszczańskie tabu, flirtując z estetyką BDSM. Czyni to jednak w sposób konserwatywny, przeczący sensowi istnienia tej praktyki seksualnej, która realizuje się przez relacje oparte na negocjacjach między osobami równymi sobie i władzy/dominacji odgrywanej świadomie, a nie narzuconej przez system. Mnie osobiście najbardziej podobają się sceny, w których osoby z tego samego stanu bawią się konnymi uprzężami i batami, ale to nie one zyskują ekranowe: czas i gloryfikację.

W „Wichrowych Wzgórzach” erotyczne napięcie rodzi się głównie z hierarchii: klasowej i symbolicznej, ale z pominięciem ważnego szczegółu. W literackim pierwowzorze Heathcliff jest „ciemnoskórym cygańskim* podrzutkiem”, kimś obcym najprawdopodobniej także rasowo. Jego niejednoznaczne pochodzenie było jednym z najbardziej radykalnych elementów powieści Brontë. Fennell tę inność wygładza. Jej Heathcliff jest biały, piękny i instagramowo mroczny – outsider tylko w takim stopniu, w jakim pozwala na to estetyka melodramatu.

To o tyle znaczące, że reżyserka deklaratywnie chce rozprawić się z klasizmem, z którym kwestie pochodzenia etnicznego były i są przecież ściśle związane. Jednocześnie Fennell – niemal identycznie jak w „Saltburn” – wpadła w pułapkę, którą sama na siebie zastawiła. Tak łopatologicznie krytykuje uprzywilejowanie, że aż je fetyszyzuje. Kamera znów celebruje bogactwo wnętrz i kostiumów z równą czułością, z jaką scenariusz próbuje je demaskować. Gdyby Heathcliff pozostał rasowo niejednoznaczny – jak u Brontë – film mógłby realnie dotknąć kwestii kolonialnych fantazji, egzotyzacji i przemocy symbolicznej. Tymczasem konflikt klasowy zostaje sprowadzony do prostego przeciwstawienia „dzikiego chłopaka” i „dobrej rodziny”, co w praktyce reprodukuje hierarchie, które rzekomo mają być ośmieszone. 

Jestem jednak pewna, że „Wichrowe Wzgórza” znajdą tylu fanów, ilu krytyków, bo jednocześnie hipnotyzują i frustrują. Zupełnie niezamierzoną przez twórców siłą tego filmu może okazać się fakt, że nawet w najpiękniejszym kadrze wciąż czuć napięcie między wyobrażeniem a rzeczywistością. Mam nadzieję, że właśnie z takiego punktu wyjdą szerokie refleksje i debaty o tym, jakie dziś może być kino o namiętności i pożądaniu.

*Dziś z szacunku do społeczności romskiej nie używamy tego określenia.

Więcej w tym temacie:

Paulina_Januszewska

Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.

Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI KA518830_Peugeot_HighRes Light

Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota

Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

"Katastrofa w duecie": Marcin Dorociński i Ryan Reynolds w jednym filmie

Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV

Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.

Matt Damon i Zendaya w filmie „Odyseja”

„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]

Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Jedyna” zdobyła wiele nominacji do Emmy

Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent

Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.

Oto najlepsze seriale 2026 roku

Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy

Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.

„Projekt Hail Mary” to nowość na Amazon Prime Video

Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video

Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.

„Wielki Łuk” to film oparty na faktach

„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń

Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.