Rodzina jako źródło cierpień. Jan Komasa o „Rocznicy”, obsesjach i irytacji na krytykę
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Rodzina jako źródło cierpień. Jan Komasa o „Rocznicy”, obsesjach i irytacji na krytykę
Ma hollywoodzką obsadę, europejską duszę i obsesję na punkcie rodzinnych dramatów. „Rocznica”, jego najnowszy film, mówi o świecie, w którym antydemokraci przejmują władzę, a najbliżsi stają się sobie obcy. Komasa tłumaczy, dlaczego woli zderzać idee, niż stawać po którejkolwiek stronie barykady.
Udostępnij

Jan Komasa na planie filmu „Rocznica" Autor zdjęcia: materiały prasowe Monolith Films
Spotykamy się z Janem Komasą w modnej knajpce w centrum Warszawy. Reżyser jest po intensywnym dniu promowania „Rocznicy”, swojego najnowszego dystopijnego thrillera z Kyle’em Chandlerem, Zoey Deutch i Madeline Brewer, by wymienić tylko kilka nazwisk z hollywoodzkiej obsady. Zachowuję się jednak dość obcesowo, bo zamiast pozwolić Janowi rozsiąść się wygodnie i przejrzeć menu, zasypuję go pytaniami o ikonę – Diane Lane.
– Dałem jej pole do gry na własnych zasadach – opowiada Jan z widoczną radością na to wspomnienie. – Była zachwycona, bo w hollywoodzkich produkcjach aktorzy zazwyczaj nie mają takiej wolności.
W „Rocznicy” Lane wciela się w głowę rodziny, którą niszczy populizm i zamiany polityczno-społeczne w Stanach Zjednoczonych niedalekiej przyszłości. Wszystko to, co przez lata budowała, za sprawą wirusa antydemokracji (o twarzy Phoebe Dynevor) obraca się w pył. Aktorka jest w roli Ellen perfekcyjna. Kochająca dla najbliższych i groźna dla tych, którzy zajdą jej za skórę.
Podczas naszego spotkania rozmawiamy z Janem m.in. o apolityczności jego filmów, planie zdjęciowym zamkniętym w czterech ścianach domu w Irlandii, gdzie kręcił „Rocznicę”, i zmianach fizycznych, którym poddali się aktorzy i aktorki dla roli. Wreszcie dyskutujemy o rodzinie i o tym, że potrafi trzymać nas zbyt blisko, prawie jak na łańcuchu. Komasa opowiada o wadze ról syna, brata, męża i ojca, w które wchodzi na co dzień.
Słucham go z uwagą, jednak co chwilę mój wzrok kieruję na jego czarną czapkę z daszkiem z logo Amoeba Music, amerykańskiej sieci niezależnych sklepów muzycznych. W domu googluję w poszukiwaniu modelu. „Amoeba Dad Hat” – czytam nazwę i śmieję się w głos. Czy może być subtelniejszy sposób na okazanie rodzicielskiej miłości?

Jan Komasa na planie „Rocznicy" Autor zdjęcia: materiały prasowe Monolith Films
Podobno szukając inspiracji do filmu, lubisz wyjść w świat i ich poszukać. Z jakich badań terenowych powstała „Rocznica”?
Zacząłem od mojej rodziny. Pewnego razu przeglądałem zdjęcia w telefonie z różnych świąt Bożego Narodzenia, uderzyły mnie zmiany, które z roku na rok na nich zachodziły. Na jednym zdjęciu widać paręnaście osób. Kilka lat później kogoś brakuje, bo z różnych powodów nie mógł uczestniczyć w wigilii. Na innym zdjęciu ktoś jest widocznie smutniejszy, bo rozstał się z partnerem czy partnerką. Następna osoba pojawia się z nowym chłopakiem. Innego razu ktoś został zdiagnozowany z chorobą, co wpłynęło na atmosferę zdjęcia. Na kolejnej uroczystości – wszyscy na powrót się uśmiechają, bo udało się naszemu bliskiemu wyzdrowieć.
Co jako reżyser widziałeś na tych zdjęciach?
Dramaturgię. Dostrzegłem upływ czasu, którego nie odczuwasz, kiedy jesteś z kimś bardzo blisko. Dopiero przeglądając zdjęcia, uświadomiłem sobie, że nie mamy żadnej kontroli nad tą zmianą. Patrząc na twarze bliskich, poczułem niepokój. Czas płynie i nie potrafię go dla nich zatrzymać. Wtedy zaciekawił mnie temat filmu, w którym nie dawałbym kontekstu ani nie tłumaczyłbym, co wydarzyło się między kolejnymi uroczystościami.
Chciałeś pozwolić widowni poczuć to samo co ty, kiedy przeglądałeś zdjęcia?
Tak. Zaufałem inteligencji widzów. W moim filmie skoki między rocznicami nie są płynne. Nie zmienia się jedna emocja między bohaterami, tylko dwie, trzy. Zbudowałem świat z urywków, z momentów i pozwoliłem widowni, by dopisała sobie resztę. Trochę jak w teatrze. Podczas spektaklu oglądamy kilka aktów, mamy przerwę, po której wracamy i po prostu wiemy, że minął jakiś czas. Umowność pozwala nam dopowiedzieć świat. Kino przez swoją dosłowność tę wolność potrafi odebrać.
W „Rocznicy” mówisz o populizmie i antydemokracji. Brzmi współcześnie. Czy okres, w którym kręcisz film, ma dla ciebie znaczenie?
Zdecydowanie. Żeby wspomniana przeze mnie struktura skoków w czasie działała, muszę wybrać taki okres, w którym świat naprawdę się zmienia. Czasem mamy dekadę, która mija jak jeden dzień, a czasem jeden rok starcza nam za dekadę. Na przykład z perspektywy Zachodu w latach 2003–2007 niewiele się działo. Dwadzieścia lat później jesteśmy po pandemii, na świecie co rusz wybuchają nowe konflikty zbrojne, populizm ma się świetnie. Świat przyspieszył. Rzeczywistość nie jest gradualna. Nie wiemy, czy za rok będziemy szczęśliwsi, niż jesteśmy teraz. Uważam, że rzeczywistość działa na zasadzie wstrzymywań. Ukrywamy, że kogoś nie lubimy. Mija jeden rok, drugi, emocje są napięte, aż w czwartym roku coś pęka i następuje nagła, dramatyczna zmiana, która szokuje pozostałych. W „Rocznicy” jest podobnie. Gdy coś wybuchnie, zmiany zachodzą lawinowo.
Zanim jednak one nastąpią, zwodzisz nas rodzinną idyllą. Film otwierasz 25. rocznicą małżeństwa Ellen i Paula. Kamera wiruje wokół stołu, wręcz nas wabi, byśmy dołączyli do tytułowego świętowania.
Staraliśmy się z Piotrem Sobocińskim (operatorem – przyp. red.) znaleźć taki sposób na film, żeby każda rocznica posługiwała się innym językiem kamery. Podczas pierwszej portretowanej rocznicy kamera tańczy, nie zatrzymuje się. Nie możesz zawiesić oka na jednej osobie, tylko masz wrażenie, że ocierasz się o wszystkich gości. Sam jesteś jednym z nich. W „drugiej” rocznicy kamera jest konfrontacyjna. Zmieniliśmy kąty tak, żeby postacie częściej patrzyły prosto na nas. Aktorzy nie mrugali, bo w filmie każde mrugnięcie to komunikat, który zrywa kontakt. W „trzeciej” rocznicy wzięliśmy kamerę do ręki. Ruch zrobił się bardziej nerwowy, niestabilny. W „czwartej” kamera jest zupełnie inna – statyczna, bo pozbawiona emocji. Bohaterowie są w pewnym sensie uwięzieni. A „piąta” to już szaleństwo…
Czyli ten zabieg miał pomóc ci wprowadzić coraz bardziej rosnący niepokój?
Tak. Chodziło o to, żeby z roku na rok widz czuł zmianę nie tylko emocjonalną, lecz także wizualną. Zabieraliśmy też meble z domu. Z każdą rocznicą jest ich coraz mniej: znikają stoły, zasłony, miękkie powierzchnie, dywany. Na ścianach brakuje obrazów. Półki ogołacamy z książek. W pewnym momencie zostaje tylko przestrzeń i ludzie.

Jan Komasa na planie „Rocznicy" Autor zdjęcia: materiały prasowe Monolith Films
Aktorzy i aktorki też się zmieniali.
Na przykład Kyle Chandler zaczął chudnąć. Co ciekawe, nie ustalaliśmy tego, po prostu zauważyliśmy, że między „pierwszą” a „piątą” rocznicą jego ubrania zaczynają wisieć na aktorze. Kiedy go o to zapytałem, powiedział: „Robię to dla twojego filmu”. Diane z kolei miała zupełnie inne podejście. Z każdym kolejnym rozdziałem używała coraz mniej makijażu. Na pół roku przed zdjęciami zaczęła eksperymentować z kolorem, długością i strukturą włosów. Z kolei Dylan O’Brien, czyli Josh, syn Ellen i Paula, zaczął pakować na siłowni jeszcze przed kręceniem. Jest taki trik: jeśli robisz mięśnie przed filmem, a potem odpuszczasz, twoje ciało flaczeje. Masz wrażenie, że mięśnie znikają. Potem wystarczy wejść ostro w trening i nagle wracasz do pełnej formy. Przy „trzeciej” rocznicy był napompowany. Sylwetka i język ciała Dylana diametralnie się zmieniły. Czuć było od niego testosteronową, wręcz toksyczną energię.
Ciekawe na ekranie wygląda ta relacja ojca z synem. Josh wręcz wysysa z Paula męskość.
„Rocznica” jest o silnych kobietach i nieco stłumionych facetach. Bohater grany przez Kyle’a jest z tym pogodzony. Na planie nazywaliśmy go „Szwajcarią”, bo kocha swoją rodzinę i swoje miejsce w niej, nie jest konfliktowy, przyjął rolę rozjemcy. Pracuje jako restaurator, w hospitality, zatem nauczył się lawirować. Tymczasem Josh buntuje się przeciwko takiemu podejściu. Hołduje męskości stereotypowej. Chce imponować samochodem, pieniędzmi i tym, jakie ubrania nosi i jak wygląda.
Wiem, że w swoich filmach unikasz jednoznacznych politycznych stanowisk. Czy faktycznie widownia może sobie dopowiedzieć tę politykę sama?
Mam nadzieję. Jednocześnie niektórzy krytycy denerwują się, że próbujemy być neutralni. Biorą nasz wybór dystopijnego gatunku za przejaw tchórzostwa. Oczekują, że się opowiemy po jednej ze stron dzisiejszej polityki.
Tymczasem pomysł na „Rocznicę” powstał już w 2018 roku, w 2019 został sprzedany, a w 2020 dopracowany do końca. Od początku była to dystopia. Zapytałem profesor politologii Lynn Vavreck z kalifornijskiego UCLA o fikcyjny system, niebędący ani lewicą, ani prawicą, tylko czymś nowym – autorytarnym systemem, który mógłby dziś być atrakcyjny dla ludzi. Profesor powiedziała, że to proste. Obywatele są wykończeni polaryzacją. Ciągle walka między lewym a prawym, między niebieskimi i czerwonymi stanami w USA, między partiami w Polsce, w duopolach partyjnych na całym świecie. Co cztery lata uczestniczymy w „igrzyskach śmierci”. Po wyborach połowa kraju jest załamana, druga się cieszy. Polaryzacja niszczy nasze codzienne życie.
Z tymi myślami stworzyliśmy filmową Zmianę.
System, który znosi demokrację…
W „Rocznicy” do głosu dochodzą osoby, które twierdzą, że demokracja nas dzieli. Ale już nawet Sokrates uważał, że nie jest to sprawiedliwy system. Głos osoby wykształconej, pracującej intelektualnie, otwartej na świat, ma taką samą wagę jak głos kogoś, komu wszystko jedno. Dlatego filozof proponował merytokratyzm. Bez demokracji polityka znika. Politycy istnieją tylko wtedy, gdy chcą coś osiągnąć i przeciągnąć cię na swoją stronę. Dlatego w filmie do władzy dochodzą technokraci. Powstał think tank używający do swoich celów książki Liz, partnerki Josha, która jako pierwsza optowała za Ameryką bez partii politycznych.
Ale czy myślisz, że wyborca skrajnej prawicy w Zmianie zobaczy lewacki wynalazek, a lewak prawicowy?
Chciałem, żeby widz mógł sam dopowiedzieć politykę w filmie, trochę jak zrobił to Orwell w „1984”. Co prawda opisuje system, ale jego dystopia jest na tyle ogólna, że może służyć niezależnie od afiliacji. W „Rocznicy” nie poznajemy dokładnej natury całej Zmiany. Film to nie jest prosta krytyka jednej strony. Dlatego zaczęliśmy grać flagą Stanów Zjednoczonych. Co samo w sobie ma prawicowe konotacje, silnie kojarzy się z patriotyzmem. Dlatego stworzyliśmy nową flagę, w której przesunęliśmy gwiazdki na środek. Powstał Put People First, czyli populistyczny ruch, wzmacniający poczucie patriotyzmu, ale oddający władzę w ręce ludu pod rządami wspomnianego think tanku, nie partii.
Czy wielka historia i jej wpływ na jednostkę są dla ciebie ciekawe? Myślę tutaj o „Mieście 44”, a także „Rocznicy”, bo w obu kontekst, choć właśnie historycznie różny, mocno zmienia poszczególnych bohaterów i bohaterki.
Tak, to jest coś, co mnie zawsze bardzo interesuje. Czy nasze życie kształtujemy my, czy ono kształtuje nas? Czy mamy w ogóle wolność, czy też w obliczu wielkich wydarzeń historycznych jesteśmy tylko mróweczkami? Zawsze zestawiam aktorom Baczyńskiego z Miłoszem. Ten pierwszy parł do powstania, chociaż wszyscy mu mówili: „Nie idź, nie walcz. Masz talent, więc skup się na pisaniu”. Ten drugi w powstaniu nie walczył. Jeden zginął niemal od razu, drugi przeżył. Miłosz dostał Nobla. Gdyby Baczyńskiego powstrzymano, może też zostałby uhonorowany? Summa summarum jako kraj moglibyśmy zyskać znacznie więcej.
Kiedy dzieje się tego typu hekatomba, twoja wolność sprowadza się do tego, czy i kiedy dasz się zabić. Czy milcząco przystajesz na wydarzenia wokół siebie, czy reagujesz? Dzisiaj jest to nadal bardzo aktualne.
W „Mieście 44” portretowałem młodych ludzi, którzy zastanawiali się, czy pójść w coś, co może będzie masakrą, czy oddalić się od Warszawy. I tak wszystko rozbija się o próbę przetrwania na własnych zasadach. W „Rocznicy” jest tylko trochę inaczej. Gdy dzieje się wielka historia, bohaterowie próbują się w niej odnaleźć. Na przykład Josh widzi w Zmianie szansę na wzmocnienie siebie jako mężczyzna w oczach rodziców. Chce, by ci go docenili tak, jak doceniają córki. Problem w tym, że Josh z czasem traci duszę.
Jest w filmie scena, w której Paul rozmawia z synem i próbuje wyczuć jego faktyczny stosunek do Zmiany, dewastującą ich rodzinę…
Kyle Chandler zapytał mnie przed zdjęciami, czy jego bohater wie, że Josh pracuje dla nowego systemu z całym zaangażowaniem. A może jego serce jest po dobrej stronie i tylko udaje? Wtedy zrozumiałem, jak bardzo jest to kluczowa scena. Syn testuje ojca, a ojciec dopiero odkrywa, kim naprawdę jest jego syn…
Tłumaczyłeś Amerykanom polską perspektywę?
Powiedziałem im, że w Europie Środkowej mieliśmy całą masę „-izmów”. Więc w naszym DNA została nieufność wobec ideologii. Kiedy ktoś proponuje nam nową, od razu pojawia się nam myśl: „Już to widzieliśmy”. Opowiadam w Stanach też o tym, że w Polsce przez dziesięciolecia ludzie nie kończyli domów. Nie dlatego, że się nie dało. Mieliśmy bezwarunkowy odruch, jakbyśmy wszyscy mieszkali w tymczasowym mieszkaniu. Nie robimy remontu, bo to może być za chwile nie nasze. Żyliśmy z poczuciem, że nasza rzeczywistość jest wynajęta.
Obok wielkiej historii w centrum wszystkich twoich filmów jest właśnie dekonstrukcja rodziny. Tym razem zamykasz ją w czterech ścianach domu. Łatwiej ci się przyglądać osobom w tym terrarium?
Absolutnie tak. Nazywaliśmy to sobie „areną”. Zbudowaliśmy film ze zbliżeń. Najwięcej czasu poświęcam twarzom aktorów. Bo tak czuję się na spotkaniach z rodziną. To są dla mnie twarze, bliskość, relacje. Nie ma planów ogólnych.
W rodzinie interesuje mnie to, że się w niej nie ukryjesz. Wśród bliskich nie ma udawania, nie ma tego momentu, kiedy pokazujesz najlepszą wersję siebie jak na spotkaniu towarzyskim czy w pracy. Rodzina nie znosi bullshitu. Mogę coś w wywiadzie powiedzieć, a potem dostaję SMS-a od brata, siostry lub mamy: „Co ty znowu za głupoty gadałeś w tym wywiadzie?” (śmiech). I to się zdarza nagminnie. Co prawda uczymy się też nie krytykować siebie nawzajem i wspierać. Jednak ogólnie rodzina jest też bezlitosnym miejscem.
Dlaczego?
Bo to ludzie, którzy znają cię od podszewki, z twoich najgorszych stron, ze słabości, których sam nie chcesz pamiętać. Kiedy coś mówisz, oni dokładnie wiedzą, co się za tym kryje. Nie możesz powiedzieć: „Ja zawsze taki byłem”. Nie, oni doskonale pamiętają czasy, kiedy wcale taki nie byłeś. Niczym ich nie uwiedziesz.
Jest też rodzina, za którą w pełni odpowiadam, czyli moja żona i dzieci. Ale jest też rodzina, który zostaje nam przydzielona. Musiałem wejść w buty najstarszego syna, a także najstarszego brata. „Rocznica” jest w dużej mierze właśnie o tej relacji, o ubezwłasnowolnieniu w rodzinnych koligacjach i ułańcuchowieniu…
Tak, jak w twoim kolejnym filmie, „Dobrym chłopcu”?
Główny bohater faktycznie trzymany jest na łańcuchu. To okropny chuligan, homofob i ksenofob, który zostaje schwytany przez dobrze sytuowaną rodzinę, by ta zrobiła z niego tytułowego good boya, czyli normalnego, grzecznego chłopca.
A może bycie na łańcuchu w rodzinie to paradoksalnie przejaw największej miłości? Jesteś cały czas połączony z najbliższymi, którzy nie chcą cię wypuścić…
Miłości?! Czy nie jest to toksyczna relacja?
Absolutnie! Ale tak naprawdę nie wiemy, gdzie kończy się miłość i zaczyna ta toksyczna relacja, bo są one z sobą ściśle połączone. Z jednej strony, kiedy za bardzo odsuniesz od siebie rodzinę, bo nie chcesz, żeby znów naruszała twoją strefę komfortu, nagle przychodzi potworna melancholia. Pojawia się brak. Z drugiej – masz więcej wolności, tyle tylko, że ta wolność też potrafi być nieznośna. Tak wygląda udręka bycia w dużej, silnej rodzinie. W moim przypadku wśród wyrazistych, artystycznych i bardzo intensywnych osób.
Rodzina jest dla mnie obsesją.

Plakat filmu „Rocznica" Autor zdjęcia: materiały prasowe Monolith Films
Więcej w tym temacie:
- Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
- Klaudia Kazimierska z nowym rekordem. Jak wyglądała jej droga do sukcesu?
- Królują w „Rodzie smoka”. Bethany Antonia i Phoebe Campbell o siostrzanej więzi
- Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
- Robię to, żeby się nie bać. Igor Herbut o Męskim Graniu
- Mateusz Kmiecik i Kamil Szeptycki: dwóch rozrabiaków z „Morfeusza”
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.