PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Tomasz Kot: Kameleon w piekle

Rola charyzmatycznego przywódcy sekty w serialu „Niebo. Rok w piekle” może okazać się najtrudniejszym aktorskim zadaniem w jego karierze.

Udostępnij

Tomasz Kot: Kameleon w piekle

Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz

Filmowe początki Tomasza Kota nie były łatwe. Mimo teatralnych sukcesów na ekranowy debiut czekał 10 lat. Od razu był to skok na głęboką wodę. Główna rola w „Skazanym na bluesa” przyniosła mu nagrody i sławę, którą ugruntował genialną rolą Zbigniewa Religi w „Bogach”. „Zimna wojna”, w której partnerował Joannie Kulig, otworzyła mu bramy Hollywood i gdyby reżyser Danny Boyle nie zrezygnował z projektu 007, to właśnie Tomasz Kot, a nie Rami Malek zagrałby w ostatnim jak dotąd filmie o agencie Bondzie. Z roli w serialu „Reacher” Kot zrezygnował dla filmu „Niebezpieczni dżentelmeni”, a to najlepszy dowód, że w jego aktorstwie nie chodzi o pieniądze. Dziś ma opinię aktora, który wiarygodnie potrafi zmierzyć się z każdym wyzwaniem. Nowy polski serial HBO Max przenosi widza do burzliwych czasów początku lat 90., kiedy stary porządek właśnie się kończył, a nowy system wartości jeszcze nie ukształtował. Zagubieni ludzie poszukiwali nowych autorytetów. Jeśli wybierali źle, zasypiali w niebie, ale budzili się na samym dnie piekła. Dziś znowu żyjemy w czasach upadku autorytetów. Może dlatego „Niebo” – choć nie ma tam smartfonów ani social mediów – jest tak bardzo współczesnym obrazem.

„Niebo” to serial o mechanizmach uwikłania. Wygląda na to, że znowu bierzesz na barki trudny temat.

No tak, tak. Od początku, już kiedy czytałem scenariusz – błyskotliwy, ale niezwykle mroczny – czułem to gigantyczne obciążenie. Na pierwszej czytanej próbie wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego, co nas czeka. Pamiętam, że Jakub Korolczuk, scenarzysta, powiedział na wstępie, że takie rzeczy dzieją się nie tylko w sektach, że każdy człowiek mający charyzmę, moc, dysponuje przywódczą energią, potrafi skupić wokół siebie ludzi, którzy szukają odpowiedzi albo są po prostu pogubieni. Dotyczy to polityków, prezydentów, a także menedżerów czy szefów. Oni mogą stać się groźni, jeśli dostaną zbyt wiele władzy i nie są w żaden sposób kontrolowani. Powiedział też, że ten serial uda się pod warunkiem, że wiarygodnie stworzymy taką magnetyczną postać. Zapadła kompletna cisza. Zrozumiałem, że to moje zadanie. „No to dziękuję bardzo” – powiedziałem. Wtedy genialny reżyser Bartek Blaschke odpowiedział „na zdrowie” i tak się zaczęła dla mnie ta przygoda.

Tomasz Kot fot. Piotr Filipowicz

Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz

Scenariusz czerpie pomysł z książki „Niebo. Pięć lat w sekcie” Sebastiana Kellera. 

Tak, ale na nazwie sekty i podobieństwie kilku wątków analogie się kończą. Moja postać, Piotr, różni się od książkowego pierwowzoru. Z mojego punktu widzenia główną rolę gra Staszek Linowski, bo historia jest opowiadana z perspektywy tego bohatera.

Staszek, czyli serialowy Sebastian.

Świetnie sobie poradził. Nie tylko on, Zosia Jastrzębska też. Zosię znałem, ale nigdy wcześniej razem nie pracowaliśmy. Okazało się, że jest świetną partnerką, rozumie, rozmawia, proponuje zmiany. Oni oboje są niezwykle dojrzali, niezależni, są świetnymi aktorami, więc praca z nimi była dla mnie wyzwaniem. Bartek ma specyficzny sposób kręcenia, wywodzi się z dokumentu, więc parę razy dostałem cenną lekcję aktorstwa, kiedy coś sobie za szybko założyłem, za bardzo byłem pewny siebie. Bartek hamował, pytał: „A skąd wiesz, że Sebastian się dobrze czuje, może go zapytaj”. Jego uwagi ściągały mnie ziemię.

Kręciliście chronologicznie?

Tak. I bardzo doceniam ten komfort dojrzewania z postacią, przeżywania tej przemiany, przeobrażania się – charakteru, wyglądu, oblicza. Bardzo mi to pomogło, bo na początku byłem przerażony zadaniem, które dostałem. Pierwszą scenę zagrałem w butach. Ale Bartek zapytał, czy jestem w stanie grać na bosaka. A to marzec, zimno. Zdjąłem buty, wyszedłem i grałem na adrenalinie. A może to koncentracja sprawiła, że nie czułem tego zimna. Ja boso, a cała ekipa w ciężkich, zimowych butach, żeby wytrzymać w błocie cały dzień. Podczas tej sceny zrozumiałem, że ten brak butów jakoś mi pomoże wiarygodnie stworzyć tę postać.

Złapałeś symboliczną łączność z postacią, skoro ją czujesz od samych stóp. 

Właśnie. I pamiętam, że przyszedł taki moment, że poczułem na tym podwórku w Ot
wocku – bo tam kręciliśmy – że od ziemi czuć ciepło. To było ciekawe, dodatkowa energia, akurat kiedy w tej historii robiło się coraz mroczniej, coraz trudniej było to dźwigać. A potem idziemy na bosaka ze Staszkiem i czuję, że mnie parzą pokrzywy. Ale kamera pracuje, nie możesz się cofnąć.

Wymagający plan, ale sama ta historia niesie z sobą ogromny ciężar emocjonalny. Jak sobie z tym dawaliście radę?

W scenariuszu jest para, która bierze ślub – w serialu grają ich Michalina Łabacz i Ni
kodem Adamski. Guru mówi im, że są sobie przeznaczeni – chłopak ma 15 lat, dziewczyna 35. Gdy czytałem ten fragment w scenariuszu, brzmiało to źle, dziwnie, ale  kiedy kręciliśmy okazało się, że oni oboje potrafią to emocjonalnie uwiarygodnić. Tyle się tam działo między nimi, niesamowite!

Twój bohater musi panować nad ludzkimi emocjami, nadawać im nowy sens, budować w członkach sekty poczucie, że on nad wszystkim panuje. Jak mu się udaje tak manipulować ludźmi? 

Cała ta grupa ludzi świadomie zrezygnowała z własnej indywidualności, nawet  z własnych imion, oddała na rzecz wspólnoty majątki. Po nagraniu scen do czwartego odcinka kręciliśmy fragment z pierwszego, kiedy jadę samochodem i widzę Sebastiana na przystanku autobusowym – czeka na autobus, żeby dojechać na uczelnię. Zatrzymuję się i mówię: „Stary, wsiadaj, podwiozę cię”, ale w duszy myślę: „Nie rób tego, nie wsiadaj”. I cała ekipa za monitorami też stoi w napięciu i powtarza: „Nie wsiadaj, nie wsiadaj”.

Tomasz Kot dla GQ Poland

Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz

Powiedziałeś, że jest wiele różnic między prawdziwą historią sekty Niebo i waszym serialem, ale kiedy otworzysz Wikipedię i porównasz zdjęcia jej przywódcy z twoimi zdjęciami z planu, podobieństwo jest uderzające.

Kiedy na plan przyjechał autor książki, mówił to samo. A ja nie miałem takiej intencji, wydawało mi się, że wyglądam kompletnie inaczej. Przede wszystkim chodziło o tę jego charyzmę, jak to zagrać, przecież to był człowiek, który aktywnie działał na rynku muzycznym, skupił wokół siebie mnóstwo ludzi, twierdząc, że teraz będzie uzdrowicielem.

Ty masz wielki dar – w filmie „Bogowie” nie tylko grałeś profesora Religę, lecz także wyglądałeś jak on, w filmie o Ryśku Riedlu stałeś się Ryśkiem.

Nie wiem, nie mam pojęcia, jak to się udaje. Przed „Bogami” bardzo się niepokoiłem, bo miałem kilka nieudanych komedii, więc bardzo się bałem, żeby jakkolwiek nie zniszczyć wizerunku profesora. Więc proszę wszystkich na planie, żeby mi mówili, jeśli przegnę  z mimiką czy chodem, żeby to nie była parodia. Bo wiecie, kiedy to jest już trzynasta godzina pracy na planie, człowiek zaczyna robić automatycznie, a ja bardzo nie chciałem, żeby to wyglądało komicznie. Bardzo mi dziennikarze pomogli, kiedy przyjechali na plan i usłyszałem: „Wow, wygląda pan niesamowicie”. Po tych reakcjach pomyślałem, że jest dobrze.

Lustro ci nie wystarcza?

Nie, nie wiem, kiedy jest dobrze, a kiedy jest źle. W tym zawodzie to jest problem.

„Niebo” jest serialem o sekcie. Sądzisz, że religia może doprowadzić do uzależnienia jak narkotyk?

Każda religia może prowadzić ludzi do fanatyzmu. Może sprawić, że jej wyznawcy się zradykalizują. W przypadku Nieba ciekawe było to, że przywódca tej sekty kategorycznie i absolutnie odrzucał Kościół, uważając, że miesza ludziom w głowach.

A jednocześnie sam miał nad ludźmi wielką władzę, uważał, że jest do tego przeznaczony, skoro doznał objawienia.

Ja w pracy nad rolą wyobrażałem sobie raczej, że on tworzy swoją arkę Noego. Świat się zaraz skończy, a my tutaj jesteśmy chronieni, bo mamy bezpośredni kontakt z boskością. To jest bardzo dziwne, ale wciąż żyją ludzie, którzy twierdzą, że on ich naprawdę uleczył. Mówią: „Wiem, że to było zło, ale poszedłem do niego z chorobą, a wyszedłem zdrowy”. Na planie okazało się, że jeden z operatorów stracił kiedyś wszystkich kolegów, bo przystąpili do sekty.

Które sceny były najtrudniejsze do zagrania?

Mam przed oczami jedną, podczas której nie robię nic. Siedzę na schodach i patrzę, jak mój serdeczny młodszy kolega masakruje koleżankę. Dla Zosi to musiał być niewiarygodny wysiłek. A ja nic. Siedzę, jest mi głupio, ale muszę zachować obojętną minę pewnego siebie, demonicznego guru. Ale w rzeczywistości, w środku, się gotuję, jest mi naprawdę żal Zosi. I myślę: „No tak, fantastyczna robota… My tylko gramy…”.

Tomasz Kot wywiad i sesja GQ Poland

Autor zdjęcia: Filip Piotrowicz

Do czego ten serial może nas sprowokować? Do jakiej refleksji?

Żyjemy w czasach uwikłań i manipulacji: fake newsy, sekciarze w rodzaju Putina, Netanjahu, do tego Trump czy Xi w Chinach. To ludzie, którzy narzucają własny sposób myślenia całym narodom pod pretekstem, że będą je chronić. „Niebo” pokazuje ten mechanizm w mikroskali. Konsumpcyjna cywilizacja wcale nas nie oswobodziła. Myślę nawet, że ludzie są coraz bardziej zagubieni.

Do tego nadmiar informacji i nawet nie wiesz, które są prawdziwe. Co nam zostaje? Nasiąkać tym albo się izolować, uciekać. Podobnie było w latach 90. Też były nowe czasy i wielu nie wiedziało, jak żyć.

I nagle w tym zagubieniu pojawia się – na pozór – nieskazitelna jednostka, która obiecuje wybawienie. Sebastian Keller napisał, że założyciel Nieba nie czuł w ogóle lęku. Opisał w książce, jak kiedyś w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu przed jakimś lokalem spotkali same znane persony – pisarzy, artystów – i Piotr już po chwili był najważniejszą tam postacią, był w centrum uwagi i zarządzał całą grupą. Zapisywałem sobie te wszystkie smaczki i dotarłem do informacji, że on się inspirował Księgą Izajasza. Więc przestudiowałem Izajasza i wypisałem cytaty, które mogłyby mi pomóc w zrozumieniu granej postaci.

Zawsze tak pracujesz?

Na plan przychodzę przygotowany, z gotową postacią, praca domowa jest najważniejsza. Kiedy grałem Religę, szybko zrozumiałem, że nie będę nigdy kardiochirurgiem, nie będę nigdy tak tych supełków zawiązywał jak ludzie, którzy robią to latami, jedyne, co mi zostało, to myśleć o ich oczach, o skupieniu, o jakimś rodzaju energii, która im towarzyszy na sali operacyjnej. Więc kiedy chodziłem podglądać chirurgów w pracy, to te operacje w ogóle mnie nie obchodziły – skupiałem się na tym, żeby oddać emocje. Zaczynam od tego, że zakładam słuchawki, puszczam muzykę  i chodzę po ogrodzie ze scenariuszem. Szukam najbardziej emocjonalnych scen, wyobrażam je sobie i tak to się we mnie odkłada i nakręca, aż odkryję, jak to zagrać, żeby widzowie uwierzyli. Kiedy grałem Piotra – przywódcę sekty – nie zastanawiałem się nad tym, czy mam charyzmę, tylko przepuszczałem sceny przez własne życie – w ten sposób potrafię autentycznie zapłakać, wydobyć prawdziwe skupienie czy wkurwienie. I ja ten cały proces przechodzę najpierw w domu, chodząc  po ogrodzie.

Żałujesz czegoś w swojej pracy?

Najbardziej tego, że „Tesla” nie wyszedł, bo naprawdę mocno się do „Tesli” szykowałem, już byłem gotowy, latałem do Londynu na próby (biograficzny film o genialnym wynalazcy z Tomaszem Kotem w roli głównej miał wyprodukować i reżyserować Anand
Tucker, odpowiedzialny za takie filmy jak „Oświadczyny po irlandzku” czy „Dziew
czyna z perłą”. Realizacja nie doszła do skutku z powodu wybuchu pandemii COVID-19 – przyp. red.). Więc kiedy to nie wyszło, poczułem pustkę, wyrwę.

A film z Bondem?

Tamten projekt nie wszedł w tak zaawansowaną fazę jak „Tesla”, przy którym pech był potrójny. Kiedy przyszła pandemia, okazało się, że ta brytyjsko-amerykańska produkcja nie ma szans się zrealizować. Mieliśmy do tego wrócić za rok, ale wtedy pojawił się w kinach inny film o Tesli, który się nie spodobał ani nie zarobił. I nasz projekt umarł. Żałowałem, ale nie załamałem się, bo właśnie zaczynały się próby do „Niebezpiecznych dżentelmenów”. Reżyser Maciek Kawalski narzucił dobre tempo.

To jest obłędne kino, jakiego w Polsce dotąd nie było. Tempo jest takie, że trudno nadążyć, ale to w niczym nie przeszkadza.

Spotkałem się tam ze wspaniałym towarzystwem aktorskim. Dostałem też wtedy epizod w „Reacherze”, ale odmówiłem. Odpisałem, że nie mogę absolutnie tego zrobić, bo tu, w Polsce, przeżywam wielką przygodę, siedzę w książkach, jestem w górach z fantastycznymi ludźmi dookoła i nie mogę teraz siedzieć w Budapeszcie. To nie była łatwa decyzja, ale kiedy ją podjąłem, to mi ulżyło. Zrozumiałem, że przecież tutaj, w Polsce, mam fajne życie i fantastyczne przygody.

Jak w wysokich górach: czasem rezygnujesz przed samym szczytem, żeby można było przeżyć i wchodzić na kolejny.

Tak, to świetna metafora. Bo zobaczcie, ile na tym szczycie można zostać. Po chwili zaczynasz zamarzać i myślisz już tylko o powrocie. Zabawa polega na tym, żeby bezpiecznie zejść i ewentualnie później wspinać się od nowa.

Artykuł oryginalnie ukazał się w pierwszym numerze GQ Poland.

Tomasz Kot jest gościem trzeciego odcinka podcastu „Grand Questions” Oliviera Janiaka. Do obejrzenia i posłuchania poniżej!

Czytaj więcej

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.

Jeff Koons

Jeff Koons – geniusz czy król kiczu?

Od dekad budzi skrajne emocje. Dla jednych jest symbolem upadku sztuki, dla innych twórcą, który najlepiej uchwycił logikę współczesnej kultury wizualnej. W maju jako gość konferencji Impact’26 w Poznaniu przypomniał, że w jego przypadku granice sztuki nie istnieją. W końcu wysłał własne rzeźby na Księżyc.