PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Sylwetki

Wszystkie rejsy kapitana Krzysztofa Baranowskiego

W pierwszy samotny rejs dookoła Ziemi popłynął jako 34-latek i było to wielkie wydarzenie – w czerwcu 1973, po roku na wodzie, kapitana Krzysztofa Baranowskiego w porcie w Szczecinie witało 100 tysięcy osób. Jego drugi samotny rejs wokół globu, w który ruszył jesienią 1999 roku, traktowano jako ekstrawagancję. Za trzecim razem pojawiły się pytania, czy 87-letni kapitan żegna się z życiem. Czy może chce zmienić przyszłość?


Udostępnij

Krzysztof Baranowski

Krzysztof Baranowski: „Zostałem kapitanem, bo nie lubiłem gotować – a tylko kapitan był zwolniony z tego obowiązku” Autor zdjęcia: Edgar De Felipe Delgado

Michal_Kukawski_GQ_RAMKA
22.03.2026

Jest piątek, 14 listopada 2025 roku, dzwonię do kapitana Baranowskiego i pytam, czy da się namówić na rozmowę jeszcze przed wypłynięciem w rejs. Odpowiada krótko: „Pomost H, miejsce 33, Marina Amarilla”. Olga Łacna, dyrektorka kreatywna GQ Poland, do mariny na Teneryfie ma pół godziny samochodem. Przegadujemy, o co i jak pytać.



San Miguel, Marina Amarilla, pomost H, miejsce 33, 15 listopada 2025, sobota

– Masz jakieś przesądy? – Olga pyta kapitana, który na wstępie przechodzi z nią na ty, bo „pan” i „pani” to zbędne słowa.

– O, tak. Nie wychodzę w morze w piątek.

– To przesąd ogólnożeglarski czy twój?

– Ogólnożeglarski. Mój jest taki, że w poniedziałek też nie wychodzę. Najlepsza jest niedziela.

Marina Amarilla, 16 listopada 2025, niedziela


Meteor to 15-metrowy, drewniany jacht regatowy stylizowany na lata 20. ubiegłego wieku, ale zbudowany w 2006 roku. Wypływa z portu w San Miguel z jedną osobą na pokładzie. Krzysztof Baranowski już nie może się doczekać, kiedy oddali się od wybrzeży Wysp Kanaryjskich, położy na fordeku z rękoma pod głową i będzie patrzył, jak po niebie wędrują chmury. Lata przygotowań doprowadziły go do tej chwili wolności. Wreszcie zostawił za sobą zgiełk miast, politykę i wiadomości. Wkrótce zatęskni za ludźmi, owocami i wygodnym łóżkiem. Ale najpierw nadejdzie strach. 



Bałtyk, 29 czerwca 1969, niedziela

Baranowski właśnie wypłynął w pierwszy samotny rejs po Bałtyku. Na 11-metrowym jachcie spędzi dwa tygodnie bez autopilota, z drążkiem sterowym, który – zanim zaśnie – musi unieruchamiać gumami. Gdy zapada pierwsza noc na morzu, czuje, jakby się topił w czerni – myli kierunki, a przesuwające się na horyzoncie światełka wcale nie dają otuchy, tylko dodatkowo stresują, bo straszą kolizją. Do tego nieustanna myśl, że jeden nieostrożny krok i wyląduje za burtą.

Z każdą kolejną wyprawą Baranowski nabiera wprawy i doświadczenia, ale strach nigdy nie zniknie.

Ocean Atlantycki, 3 października 1999, niedziela


Kapitan Baranowski robi drugi samotny rejs dookoła świata. Płynie na Lady B – 16-metrowym jachcie zaprojektowanym dla co najmniej ośmioosobowej załogi. Strach powraca już pierwszej nocy: „Lady B pędzi w ciemności, a ja boję się oderwać ręce od steru, by kolejny podmuch wiatru nie wytrącił nas z kursu, nie pochylił jachtu ponad miarę, nie zmył mnie z pokładu, nie poszarpał żagli, bo nie mam innych na zmianę. Nie ustoję całej nocy przy sterze. Chce mi się pić, jeść i chce mi się płakać, że jestem taki bezradny”.

Tamtego dnia Baranowski ma 61 lat. Teraz, ponad ćwierć wieku później, znowu czuje ten strach. To uczucie, którego nie da się oswoić w czasie samotnej żeglugi.

Morze Karaibskie, 13 grudnia 2025, sobota


Tuż przed ósmą wieczorem przyjaciel kapitana, Kazimierz Robak, dostaje e-mail: „Podaję aktualną pozycję na wszelki wypadek. Wkraczam bowiem w rejon nawiedzany przez piratów i przemytników narkotyków, na północ od Wenezueli. Proceder przemytniczy stał się tak masowy, że władze USA bombardują łodzie przemytnicze z powietrza. Piraci potrzebują jachtów nienotowanych w kronikach policyjnych, zastawiają pułapki, załogę wyrzucają za burtę... Aż podskoczyłem z wrażenia, gdy ktoś nagle wywołał Meteora na kanale 16 UKF. Odpowiedziałem, ale już nikt się nie zgłosił. Jacht, który jest podłączony do systemu AIS, nie jest anonimowy – znana jest jego nazwa, pozycja, szybkość i kurs… Wyłączyłem AIS natychmiast i siedzę w kokpicie, rozglądam się i trzęsę ze strachu.
Jeśli jutro się nie odezwę, będziecie wiedzieli, gdzie rzucić wieniec”.

Krzysztof Baranowski

Samotny rejs zmienia człowieka. Nieustanna walka prowadzi do metamorfozy, której skutki trudno przewidzieć. Jedni twardnieją, inni tracą kontakt z rzeczywistością, niektórzy zaczynają pić, inni szukać Boga. Baranowski poczuł się prawdziwym facetem Autor zdjęcia: Edgar De Felipe Delgado

LEKCJA PIERWSZA

Krzysztof Baranowski rodzi się we Lwowie rok i dwa miesiące przed wybuchem wojny. We wrześniu 1938 roku rodzina przenosi się do Mielca, gdzie ojciec Krzysztofa – inżynier mechanik lotniczy Bolesław Baranowski – obejmuje posadę zastępcy szefa produkcji w Państwowych Zakładach Lotniczych. Jest cenionym szybownikiem, bije rekordy, prowadzi szkolenia (to w aeroklubie poznał przyszłą żonę Katarzynę Rużycką). Pisze słynne „10 przykazań pilota żaglowego”. Pierwszy punkty brzmi: „Pamiętaj o koleżeństwie i braterstwie lotniczym na starcie i poza startem”.

Kiedy wybucha wojna, ojciec Krzysztofa opuszcza rodzinę i przez Rumunię ucieka do Francji. Pracuje w firmie lotniczej w Tuluzie, ale dwa lata później mieszka już w Kanadzie. Jest zastępcą głównego inżyniera w biurze konstrukcyjnym samolotów bojowych.

Krzysztof nie zna ojca, ale to po nim odziedziczył ambicję, sportową pasję, umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach i zegarek, który Bolesław Baranowski otrzymał jako nagrodę w zawodach szybowcowych w Niemczech w 1937 roku.

Po wojnie razem z mamą i rodzicami ojca Krzysztof mieszka we Wrocławiu. Matka studiuje medycynę – zostanie ginekolożką, jego wychowują dziadkowie. Ogromny wpływ na młodego chłopaka ma dziadek Tadeusz, rocznik 1884. Zanim przyszły kapitan wsiądzie na żaglówkę, wspólnie z dziadkiem składa burozielony poniemiecki kajak i każdą możliwą chwilę spędzają na wodzie. „Dziadek okazał się kumplem i przewodnikiem przez życie (…) Ukształtował we mnie wartości, nauczył mnie odwagi, ponieważ jak wsiadaliśmy na ten kajaczek chybotliwy, to wyglądało koszmarnie, a ja jeszcze nie umiałem pływać (…) Pokazał mi, jak być człowiekiem” – wspominał kapitan w książce Kazimierza Robaka „Żeglarskie kto jest kim: Krzysztof Baranowski”.

Pytany o pierwszą prawdziwą wyprawę, opowiada o starej wiosłowej krypie, którą wyruszył razem z dziadkiem w poprzek Jeziora Nidzickiego. Tadeusz Baranowski postawił wiosło na sztorc i zawiesił na nim ogromny koc. Złapali wiatr. Dobrze im szło. „Ale gdy przyszedł czas na powrót, okazało się, że pod wiatr koc nie działa, trzeba ciężko wiosłować. To była moja pierwsza żeglarska lekcja: nie zawsze da się płynąć z wiatrem”. Do sekcji żeglarskiej wrocławskiego Akademickiego Związku Sportowego nie mógł zostać przyjęty, bo był za młody. Obiecywał, że będzie czyścił łodzie, zaszywał żagle, biegał po bułki, byle tylko go przyjęli. Tak długo ich męczył, że w końcu się przyzwyczaili. „Przebywałem wśród profesorów, asystentów. Byłem z tego bardzo dumny. Dzisiaj, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że to klub żeglarski mnie wychował”. Z przystani AZS Wrocław Krzysztof Baranowski wypłynął w swój pierwszy prawdziwy rejs – na tzw. Bajkał, czyli zimowisko barek na Odrze. W 1954 roku otrzymał stopień żeglarza, 11 lat później zdobył patent kapitana jachtowego.

Krzysztof Baranowski

Krzysztof Baranowski: „Żegluga morska, szczególnie jeśli trwa nieco dłużej, daje zupełnie inny pogląd na świat. Pozwala też inaczej spojrzeć na własną osobowość. My to w Szkole pod Żaglami ćwiczymy od 40 lat. Po jednym rejsie młodzi ludzie łapią impet na całe życie” Autor zdjęcia: Edgar De Felipe Delgado

LEKCJA DRUGA


„Zostałem kapitanem, bo nie lubiłem gotować – a tylko kapitan był zwolniony z tego obowiązku. Jak na ironię pierwszy wielki rejs na jachcie Śmiały odbyłem w roli kuka, czyli kuchcika. Szesnaście miesięcy w śmierdzącym kambuzie to niezła lekcja cierpliwości i wytrwałości. Przydało się w następnych latach”.

Gdy w 1964 roku zgłaszał się do tamtej załogi, na rejs naukowy wokół Ameryki Południowej, miał stopień kapitana, ale posada była już zajęta. Dostał tylko zaproszenie na tygodniowy rejs próbny. Pierwszego dnia po spięciu z załogą zrezygnował kucharz. Baranowski pomyślał, że los zsyła mu szansę. „To może ja spróbuję?” – zaproponował. I choć nigdy nie lubił gotować (ani podobno nie umiał), został kukiem. Na razie tylko w czasie rejsu próbnego – jeśli się sprawdzi, jest szansa, że dołączy do załogi. „Wstawałem o siódmej rano i waliłem się do koi skonany o dziesiątej wieczorem. Siedziałem w smrodliwym kambuzie, pichciłem, myłem naczynia, płukałem i wycierałem, po czym od nowa zaczynałem szykowanie następnego posiłku. Kuchenka kopciła, garnki parzyły, zbierało mi się na wymioty. Nie wiem, czy jedzenie było dobre, ale przynajmniej było na czas” – pisał w książce „Kapitan kuk”.

Miał rok, by podszkolić się w gotowaniu: czytał książki kucharskie, studiował tropikalne menu, wypytywał żony kolegów o proste przepisy, a nawet zapisał się na kurs żywienia zbiorowego.

Rejs jachtu Śmiały wokół Ameryki Południowej rozpoczął się latem 1965 roku. Ekspedycja żeglarsko-naukowa, która zakończyła się pod koniec października następnego roku, była pierwszym tak znaczącym przedsięwzięciem w żeglarskich dziejach PRL. Miała też ogromny wpływ na losy Baranowskiego: „Rejs na Śmiałym w oparach gotujących się potraw, stał się dla mnie przełomowy, ale nie dlatego, że nauczyłem się gotować – bo się nie nauczyłem ani gotowania nie polubiłem. Nauczyłem się pokory wobec losu, planowania i wiary, że najbardziej niewiarygodne przedsięwzięcia są do zrealizowania, że to tylko kwestia włożonego wysiłku. Nauczyłem się być śmiałym” – podsumowywał później kapitan, podkreślając, że doświadczenia trwającej ponad 450 dni wyprawy pomogły mu w organizacji wszystkich następnych jego rejsów.

Trawers przylądka Horn, 23 lutego 1973, piątek


Baranowski od ponad siedmiu miesięcy jest sam na pokładzie 14-metrowego jachtu Polonez zaadaptowanego do jednoosobowej żeglugi. Płynie dookoła świata najtrudniejszą trasą – za sobą ma już południowoafrykański Przylądek Dobrej Nadziei i australijski Leeuwin, przed nim najbardziej niebezpieczny moment – opłynięcie Cabo de Hornos. To legendarne miejsce na południowym krańcu Ameryki Południowej, słynące z potężnych wiatrów, gigantycznych fal i sztormów. Cmentarzysko żeglarzy, którzy nie dali rady. Baranowskiego wróci do tego w książce „Droga na Horn”:
„Godzina 10.00 – ciśnienie 989 milibarów, wiatr NW 10 stopni.
Ocean grzmi.
(…) Fala zdążyła urosnąć podczas sztormowej pogody i teraz suną zielone pagóry, zwieńczone szumiącymi białymi nawisami, z mocą tak przepotężną, że człowiek wydaje się sobie śmieszny ze swoim pragnieniem żeglowania na takich wodach (...).
Godzina 15.00, ciśnienie 985,5 milibara. Uderzenie w lewą burtę rzuca mną o szafę. Gramolę się z podłogi i przez zejściówkę na pokład. Tracę rozeznanie w sile wiatru. Woda frunie w powietrzu, moje doświadczenie nie wystarcza. Takich fal ani takich wiatrów nie widziałem (...)
Nad rufą Poloneza wyrosła ściana!...
Zaparłem się nogami o kokpit, a wolne ramię wsunąłem pod zaknagowane liny. Ogarnięty wodą tracę wzrok i słuch. Unosi mnie wodna lawina. W głowie mętlik, ale jedna myśl dominuje: ściemnia się, jak ja wysteruję do kolejnej fali?! Nad rufą znowu rośnie czarna ściana. Wiem, że to koniec, skuliłem się w kokpicie przy pompie pod krzesełkiem. Mój krzyk ginie pod wodą...”.

Świnoujście, 22 czerwca 1973, piątek

Przepłynął samotnie prawie 35 tysiący mil morskich, przez 343 doby był sam jak palec, a teraz Baranowski wpływa do Świnoujścia w asyście dwóch trałowców Marynarki Wojennej, pięciu jachtów eskorty honorowej. Są też dziennikarze z ponad 50 różnych redakcji, są kamery. Na nabrzeżu wita go 30 tysięcy ludzi. Dwa dni później podczas obchodów Dni Morza Baranowski schodzi na ląd w Szczecinie i oficjalnie kończy samotny rejs dookoła świata. Na Wałach Chrobrego wiwatuje 100 tysięcy ludzi. Na zdjęciach z tamtego dnia wygląda jak hollywoodzki gwiazdor – opalony, uśmiechnięty, swobodny, ubrany w ciemny garnitur. Unosi rękę, a przed nim rozstępuje się morze ludzi.

Warszawa, lato 1973

Polonez staje na warszawskim Placu Defilad, a następnie jedzie do Moskwy, gdzie będzie pokazywany jako eksponat. Pod Pałacem Kultury i Nauki można wspiąć się na specjalne rusztowanie i zajrzeć na pokład. Zwiedzający dostrzegają, że w kokpicie zamiast kapitana siedzi jakaś blondwłosa kobieta. To pani Krysia, magazynierka Stoczni Jachtowej im. Leonida Teligi. Została oddelegowana do pilnowania jachtu, ale ludzie myślą, że to kapitanowa. W tym czasie Baranowski jest już żonaty.

SPOWIEDŹ 


Samotny rejs zmienia człowieka. Nieustanna walka o utrzymanie się na pokładzie, utrzymanie kursu, formy psychicznej prowadzą do metamorfozy, której skutki trudno przewidzieć. Jedni twardnieją, inni tracą kontakt z rzeczywistością, niektórzy zaczynają pić, inni szukać Boga. Krzysztof Baranowski przyznał Beacie Biały w wywiadzie rzece, że poczuł się prawdziwym facetem i nabrał śmiałości w relacjach z kobietami. Budził ich zainteresowanie, z czego postanowił skorzystać. „Dawniej wybierałem szare mysze, bo uważałem, że u nich mam większe szanse. Po rejsie wszystko się zmieniło. Poderwałem jedną słynną aktorkę, potem drugą”. Nawiązał romans z prezenterką TVP Bogumiłą Wander. Sądził, że to znajomość na kilka miesięcy – ona też miała rodzinę. Baranowski w dzienniku zanotował: „Mam właściwie dwie żony”, ale lata wcześniej obiecał sobie, że nigdy nie pójdzie w ślady ojca i nie zostawi rodziny. „Romans z najpiękniejszą kobietą to co innego, ale rozwód nie wchodził w grę” – powiedział Beacie Biały. W domu Baranowskich narastało napięcie, nie pomógł nawet wspólny rejs po wodach śródlądowych USA i przeprawa przez Atlantyk do Polski. „Chciałem im wynagrodzić półtora roku, kiedy na mnie czekali. Marzyłem też, żeby podzielić się tym wspaniałym przeżyciem, jakim jest długi rejs oceaniczny. Nie do końca się to udało. Żona nie była zachwycona życiem na jachcie, moja córka Małgosia była zbyt mała, żeby coś zapamiętać. Ta wyprawa nie zrobiła dobrze naszej rodzinie”.

W trakcie rejsu dzieci, by nie stracić roku szkolnego, uczyły się na jachcie pod okiem rodziców. Krzysztof Baranowski odkrywa, że szkoła pod żaglami ma sens.

Warszawa, 8 października 1982, piątek

Na spotkaniu z ministrem oświaty Bolesławem Faronem kapitan dostał zgodę na zorganizowanie pełnomorskiego rejsu z młodzieżową załogą, która na pokładzie oprócz obowiązków żeglarskich będzie miała normalne zajęcia szkolne. Godzinę później pisze list, który roześle do wszystkich liceów w Polsce: „Przygotowuję dla Was rejs żaglowcem Pogoria szlakiem starych kultur morskich, prowadzącym na Morze Śródziemne, Czerwone, Arabskie do Indii i Sri Lanki. Powrócimy do kraju przez Ocean Indyjski i Atlantyk. Poszukuję załogi na ten rejs”.

SZKOŁA ŻYCIA


Szkoła pod żaglami, jego wizjonerski, autorski projekt, który przetestował już w praktyce z własnymi dziećmi, budzi jednak kontrowersje. Przeciwni są dziennikarze, władze żeglarskie, niektórzy nauczyciele.

Tłumaczy im, że dla 15- i 16-latków to idealny moment, by „uformowało ich morze”. „Sedno sprawy to znaleźć się w każdej sytuacji, wykonać dobrze swoją robotę (…) Jeśli ktoś spóźni się trzy minuty do steru w środku nocy, zweryfikuje to kadra oficerska, a koledzy znajdą odpowiednią karę po to, żeby następnym razem był na czas. Jeśli człowiek wdroży sobie takie postępowanie, to ono już mu zostanie. Jeśli umówiłem się na 15.00, jestem za trzy, a nie pięć po. I koniec. Podczas rejsów wychowuje się obywateli”.


W pierwszy rejs Szkoły pod Żaglami, który trwa od 7 września 1983 do 10 czerwca 1984 roku płynie 30 chłopaków (nazwanych Kaczorami), w kolejnym udział bierze 25 dziewczyn (Papugi) w wieku 17–18 lat. Płyną dwa miesiące z Gdyni do Montrealu. Jest 1985 rok.


Wśród relacji z podróży z kobiecą załogą jest taki fragment z grudniowego „Sportowca”: „Kapitan Baranowski niezwykle pedantycznie przestrzegał godzin posiłków. Jeśli obiad wyznaczony był na trzynastą, to nie wolno było go podać ani minutę wcześniej, ani też później. I nikt nie mógł sięgnąć po łyżkę, nim to uczynił »Pierwszy po Bogu«”.



– Baranowski nauczył nas rzetelności, odpowiedzialności, odwagi, pokazał nam, czym jest wolność i gdzie leżą granice naszej wytrzymałości – mówi Zofia Lelakowska, uczestniczka tzw. Rejsu Papug. – Jego metoda jest prosta i radykalna: wartości nie istnieją, dopóki się ich nie doświadczy. On nie opowiadał, czym są sprawczość, dojrzałość, szczerość – on tworzył warunki, w których nie dało się udawać odwagi, symulować odpowiedzialności. Morze jest bezlitosne – każdy błąd, każde niedociągnięcie wychodziły szybko na jaw i wiązały się z konsekwencjami – prawdziwymi, nie symbolicznymi – dla całej załogi. Ekstrema hartują charakter i uczą pokory. Morze nie było naszym przeciwnikiem, ale nauczycielem – trzeba było zaakceptować własne słabości: chorobę morską, zmęczenie, niewyspanie, brak sił, i mimo nich trzeba było wykonać zadania: utrzymać kurs, obsługiwać kompas, stać na oku, wykonywać polecenia, pomagać w kambuzie. Wejście na bombramreję, 30 metrów nad pokładem, na pełnym oceanie, by klarować żagle, nie było ćwiczeniem odwagi, lecz koniecznością. Było doświadczeniem granicznym, ale i doświadczeniem pełnej wolności. Prawdziwa konsekwencja rodzi się wtedy, gdy człowiek rozumie sens swoich działań i bierze za nie odpowiedzialność. Przed rejsem byłam delikatną Zosią, ale do domu wróciła Zocha i tak już zostało.


– Co konkretnie ci dał ten rejs?


– Pewność, że w każdej sytuacji dam sobie radę. Zaufanie do samej siebie. I szczerość wobec siebie.



– Myślę, że nam wszystkim to poszerzyło horyzonty – mówi inna uczestniczka tamtego rejsu, Anna Kinastowska-Bronikowska. – Zawsze jest jakieś rozwiązanie – w każdej sytuacji, nawet najtrudniejszej. To się stało moim mottem życiowym. Nie ma takiego wiatru, który będzie trwał wiecznie. Po każdej burzy jest słońce. Ta lekcja mogła wydarzyć się tylko na morzu, tego nie da się przećwiczyć na lądzie. Skala doświadczeń i emocji, z jaką się mierzyliśmy, przekraczała wszystko, co wcześniej znałyśmy.



– Dla mnie kapitan Baranowski to postać posągowa – mówi Maciej Nuckowski, który jako 15-latek brał udział w Międzynarodowej Szkole pod Żaglami w 1989 roku. – Jasne było, że tylko on ma rację. Był dla nas wyrocznią, a także gwarantem bezpieczeństwa. Rejs z nim to jest doświadczenie, które zmienia ludzi, i to nie w metaforycznym sensie, ale dosłownym. Ludzie stają się samodzielni, ale na tak dużym jachcie wielu rzeczy nie da się wykonać samodzielnie – trzeba działać zespołowo. To uczy dostosowywania się do warunków. Kiedy wróciłem do szkoły, nauczycielka polskiego powiedziała mi: „Morze bardzo cię przyziemiło”. Dorosłem.

– Założenia Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego są proste. Nikt nie wychowa lepiej, nic nie ukształtuje charakteru trwalej niż morze i codzienna praca w długim rejsie – mówi Kazimierz Robak, który z kapitanem Baranowskim przyjaźni się od 1980 roku, więc zdążyli przepłynąć wspólnie kilkadziesiąt tysięcy mil morskich. – To z myślą o Szkole pod Żaglami Krzysztof doprowadził do zbudowania w 1980 roku barkentyny Pogoria z nadbudówka dziobową pełniącą funkcję klasy, a w 1992 – brygu Fryderyk Chopin. Obie jednostki, mimo że często wykorzystywane dla potrzeb Szkoły pod Żaglami, teraz wożą młodzież za pieniądze. A nie o to chodzi.

Kapitan pragnie, żeby szkoła miała własny jacht. Powołana przez niego fundacja zbiera pieniądze na żaglowiec rejowy. Baranowski ufa, że to się powiedzie. Nieprzerwanie stuka w drzwi instytucji i ministerstw odpowiedzialnych za polską edukację. Na razie spotyka się z ciągłym oporem. Ale się nie poddaje.

Teneryfa, 15 listopada 2025, sobota


– Tomek Głowacki, konstruktor jachtów, który zrobił w Nowej Zelandii wielką karierę, przygotował projekt kolejnego żaglowca dla Szkoły pod Żaglami – mówi GQ Poland kapitan Baranowski. – I ja z tym projektem chodzę od lat i nie mogę nigdzie znaleźć zrozumienia. Chociaż nie tylko projekt, lecz także sam pomysł jest rewelacyjny, ponieważ daje odpowiedź na współczesne problemy młodzieży, na te depresje, załamania. Żegluga morska, szczególnie jeśli trwa nieco dłużej, daje zupełnie inny pogląd na świat. Pozwala też inaczej spojrzeć na własną osobowość. My to w szkole ćwiczymy od 40 lat. Po jednym rejsie młodzi ludzie łapią impet na całe życie.

– Dlaczego więc nie znajdujesz sojuszników tej inicjatywy? Chodzi o pieniądze?

– Żaglowiec to poważny koszt, nie załatwisz tego z jednym sponsorem, jest potrzebne zaangażowanie, powiedzmy, państwowe. 


– Sądzisz, że ten twój trzeci samotny rejs może w tym pomóc? 


– Nie wiem. Ale denerwuje mnie ta niemoc. Mam świetny pomysł, mam doskonały projekt, zaplecze, doświadczenie, wszyscy wiedzą, że to działa, ale nie mogę znaleźć zrozumienia. No, jasny gwint! Pomyślałem więc, że zrobię coś takiego, co wszystkich fascynuje: samotny rejs dookoła świata, i może wtedy ktoś mnie w końcu posłucha?

Morze Karaibskie, 18 grudnia 2025, czwartek


Kilka dni wcześniej kapitan wyłączył system AIS (Automatic Identification System), służący do automatycznej wymiany danych nawigacyjnych, lecz każdego dnia w krótkiej wiadomości przesyłał najbliższym współpracownikom swoją pozycję. Tak było do 16 grudnia. Od dwóch dni nie daje znaku życia, z nikim się nie kontaktuje, Meteora nie widać na radarach. Jeden z absolwentów pierwszej Szkoły pod Żaglami, który jest pilotem, próbuje namierzać Baranowskiego przez kanały lotnicze, inni studiują mapki aktywności piratów po obu stronach Panamy. Kiedy robi się już naprawdę nerwowo, kapitan Baranowski, jak gdyby nigdy nic, stawia się na spotkaniu online z dziewczynami z Rejsu Papug.



PRZESŁANIE


Jedną z uczestniczek tamtej wyprawy do Montrealu była Anna Kinastowska-Bronikowska.

– Co ja myślę o jego kolejnym samotnym rejsie? Mnie to nie dziwi, bo on ciągle czymś zaskakuje. Jest w tym konsekwentny. Jak się nie załapał do załogi na Śmiałym, to został kuchcikiem... Pływa od dziecka i to jest jego życie. Nieważne, ile ma lat. Muszę przyznać, że na początku miałam obawy, ale teraz myślę, że ma dla nas nowe przesłanie: może niekoniecznie trzeba ruszać w rejs w takim wieku, ale warto być do końca aktywnym.

Warszawa, grudzień 2025

Jedną z osób, z którą Krzysztof Baranowski utrzymuje stały kontakt, jest meteorolog Maciej Ostrowski. Znają się od 20 lat. Baranowski wysyła mu wiadomość z położeniem: „13 30 N, 72 05 W”. W odpowiedzi otrzymuje prognozę pogody na najbliższą dobę: kierunek i siła wiatru, istotne zmiany, konkretnie, ale skrótowo.


– I tak to działa – uśmiecha się Maciej Ostrowski. – Patrząc na kurs Meteora, widzę, że reaguje na moje prognozy.

Ze wszystkich rozmów dotyczących kapitana, które przeprowadziłem, jasno wynika, że aby zrozumieć Baranowskiego, trzeba przede wszystkim patrzeć, co i jak robi. Obserwować czyny, a nie tylko słuchać, co mówi, bo mówi krótko i nie lubi się powtarzać.


– Ja uważam, że ten wybór kapitana, ten jego trzeci samotny rejs, to krzyk. Może niezgody, a może żalu, że Szkoły pod Żaglami nie ma. I pewnie nie będzie – mówi Ostrowski. Ale po chwili dodaje: – Może kiedyś, w przyszłości.


Wywiad oryginalnie ukazał się w drugim numerze GQ Poland.

Więcej w tym temacie:

Michal_Kukawski_GQ_RAMKA

Dziennikarz i redaktor z 25-letnim doświadczeniem w pracy w radiu i prasie. Kierował zespołami redakcyjnymi w magazynach „Malemen” i „Twój Styl Man”, jego teksty były publikowane m.in. w „National Geographic”, „Esquire”, „Twoim Stylu”, „Zwierciadle”, „Kukbuku” i Veridica.ro. W latach 2003–2004 był korespondentem Polskiego Radia w Iraku. W ostatnich latach jako niezależny twórca produkował podcasty m.in. dla Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki, Muzeum Getta Warszawskiego, culture.pl oraz Papaya Films – za serię „Odpowiednik” otrzymał w 2021 roku nagrodę Audioteki „Dobrze opowiedziana historia” w konkursie Podcast Roku im. red. Janusza Majki.

Pracuje nad podcastem dokumentalnym o ludziach pozostających w związku ze sztuczną inteligencją.
Z wykształcenia jest psychologiem, więc człowiek pozostaje w centrum jego zawodowych zainteresowań. Ponadto ciekawią go sprawy Bliskiego Wschodu, od dziecka gra w tenisa, lubi chodzić do kina, kocha czytać, jeść kanapki i wygłupiać się z synami.

Czytaj więcej

Borja Iglesias

Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias

„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?

Artur Dela w sesji dla GQ Poland

Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”

Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.

Cezary Pazura jest kultowym aktorem

Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”

Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.

NIGO

Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype

Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.

Jeremy Sochan

Jeremy Sochan. Władca pierścienia

W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.

Masza Wągrocka z „Matek pingwinów” o odwadze

Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu

„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.

Kylian Mbappé w sesji dla GQ

Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo

Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.

Hugh Jackman nie może uwolnić się od roli Wolverine'a

Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?

Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.