PARTNERZY SERWISU
Zajawki
Nowa era Defendera
Napisali, że ekskluzywna przygoda. O tym, że pod namiotem, w górach w deszczu i chłodzie, było już tylko drobnym drukiem.
Udostępnij

Autor zdjęcia: materiały prasowe
– Chcesz pojechać na ekskluzywną imprezę Defendera?
– No ba…
– No to pakuj plecak.
Dopiero kiedy przekierowali mi redakcyjną korespondencję, przeczytałem, że muszę mieć nieprzemakalne ciuchy, porządny śpiwór, buty do wspinania, nieprzemakalny worek na osobiste rzeczy. Sprawdziłem pogodę na jednym portalu, potem na drugim i trzecim. Wszystkie były zgodne – będzie zimno i będzie padał deszcz. „To nie jest pogoda pod namiot” – zażartowała pani pogodynka w mojej ulubionej stacji. Szlag!
Rano w siedzibie Defendera – kawał drogi od starego miasta, ale można pojechać kolejką – czekała pani Weronika. Bez żadnych ceregieli dała mi kluczyki.
– Może nam pani pokaże, które to auto? – zapytałem.
Pan placu stało ze sto samochodów.
– Oczywiście.
Poszliśmy przez parking pełny beemek i land roverów. Pani podniosła klucz, auto piknęło i tak się poznaliśmy.
Co tu powiedzieć o Defenderze? W środku jest dość miejsca, żeby zapakować mnie razem z całym fordem fiestą i oboje mielibyśmy pełny komfort. Siedzenie można podnieść tak, żeby widzieć świat oczyma kierowcy ciężarówki, albo opuścić do podłogi i wtedy człowiek czuje się jak w sportowym aucie, tyle że siedzi przynajmniej metr wyżej.
To sprawia, że zupełnie nie zdajesz sobie sprawy z prędkości. Masz wrażenie leniwej przejażdżki, podczas kiedy auto napędza się poza czerwoną linię punktów karnych za przekroczenia prędkości. Wszystko w środku jest duże i ładne. Ekran wyświetlacza łatwy w obsłudze, menu przejrzyste i intuicyjne, możesz wpisać adres miejsca, do którego zmierzasz bez zatrzymywania się, wystarczą pierwsze literki, bo AI pracuje pełna parą, a samochód naprawdę sam trzyma się w torze jazdy i koryguje błędy, chociaż kiedy puścisz kierownicę, woła, żeby jednak ją trzymać. No i piszczy bez przerwy z powodu przekroczenia prędkości, a znaki z prostopadle poprowadzonej drogi lokalnej traktuje, jakbyśmy jechali tamtędy, a nie po ekspresówce, więc trzeba tę sygnalizację wyłączyć. Po drodze do Zakopanego przekonałem się, że owady wcale z Polski nie zniknęły. Zgarnąłem na szybę cały atlas insektów. Poza tym wszystko na szóstkę.

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Kamienie, błoto
Śpimy w Bachleda Residence, ktoś, kto go projektował, nie potrafił wybrać między kameralnym jachtem, którym płyniesz z koleżanką na Karaiby, a Titanikiem. Wieczorem pijemy soki i słuchamy o tym, że czeka nas terenowa jazda, że za sterami Defendera każdy siedzi sam, instrukcje są wydawane przez radio, w trzech pojazdach są instruktorzy, gdyby ktoś się zakopał, utopił, zaczął zsuwać po mokrej trawie na stromym stoku, gdyby cokolwiek się wydarzyło – instruktorzy będą ku pomocy.
Gdyby jednak kogoś na takim stromym, trawiastym, mokrym stoku postawiło bokiem, to się zacznie staczać, nie ma na to rady. Kaplica, kurde. Poza tym czeka nas spływ tratwami, wspinanie, most linowy, zjazdy w czeluść i biwak pod namiotami wysoko w górach. Łykam trzy melatoniny, ale nie umiem zasnąć, bo mózg wciąż i wciąż stacza się po błocie aż do samej rzeki Białki.
Rano jedziemy Drogą Oswalda Balzera, siedem stopni ciepła, pada deszcz. Jedziemy do ronda, potem przez Głodówkę i Brzegi. Zatrzymujemy się, podnosimy zawieszenie, włączamy tryb terrain response, dzięki któremu samochód zjeżdża nawet w najtrudniejszym terenie ze stałą prędkością od jednego do trzydziestu na godzinę, a kierowca nie dotyka hamulca, więc nie wpada w poślizg. Jakby wpadł w poślizg na takim błocie, to dupa blada. Włączamy też tryb jazdy w terenie i wybieramy przełożenie „kamienie, błoto”.
Gdyby samochód zaczął się zakopywać albo ślizgać, można go obrócić bokiem, a to potężna maszyna, nie ma żartów, ale jeśli ją okiełznać, to nawet debiutant da sobie radę. Sięgam po radio.
– Tu piątka, czy mogę poprosić o instruktora, sorry, ale nie rozumiem nic z tego, co mówicie.
Po chwili dosiada się do mnie Olaf i jak dziecku pokazuje na wyświetlaczu i na panelu, gdzie dotknąć, a gdzie wcisnąć.

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Nasze parujące korpusy
Potem ruszamy bardzo strono pod górę koleinami po traktorach wprost w kierunku Tatr. Deszcz spowolnił, niebo czarne, gór nie widać, a nawet gdyby było je widać, to nie dla mnie, nie dla mnie, boję się tych kolein, boję się, kiedy samochód zabuksuje na chwilę, chcę hamować, chcę skręcać, błąd!
– Pozwól mu – mówi Olaf – jechać, jak chce, on jest najskuteczniejszy na prostych kołach, tu masz koleiny jak po czołgu, nie wyjedzie z nich, więc go nie kontruj, stałą prędkość, nie bój się. Po 20 minutach zjeżdżamy na dróżkę do Ryniasu, a potem mkniemy do Jurgowa, żeby wjechać nartostradą po mokrej trawie do górnej stacji wyciągu.
– Nie bój się – mówi mój instruktor. – Choćby nie wiem co się działo, jesteśmy bezpieczni. Po prostu nie pozwolisz mu stanąć bokiem i spoko. On sobie wjedzie sam. Tylko nie skręcaj kołami i nie ciśnij gazu. Stały nacisk i bez kręcenia. Rozumiesz? Kiwam głową. Olaf robi to zawodowo od 16 lat. Wszystkie błędy przeżył na własnej skórze. Wszystkie błędy, jakie robią kursanci, też już zna.
Jedziemy. Samochody ruszają po kolei. Na początku trochę się napędzamy, żeby przynajmniej pierwsze metry nartostrady pokonać siłą inercji. Potem strach. Im bardziej stromo, tym większy. – Uwaga! Uwaga! – krzyczy radio. – Trójka buksuje, trójka buksuje, omijajcie.
Podnoszę wzrok. Widzę, jak Defender numer cztery skręca z nartostrady prosto na tę pieprzoną, śliską, mokrą od deszczu zieloną stromą trawę, ustawiając się skośnie do stromego zbocza, ale tylko tak może ominąć buksującą trójkę. Błoto chlapie pod niebiosa.
– Co teraz!?
– Spokój, jedziesz jak on, spokój.
Jestem już blisko trójki, skręcam w prawo i od razu czuję, że Defender nie ciągnie, że się uślizgnęliśmy i że stawia nas jeszcze bardziej w prawo, wciskam gaz i zaczynam odbijać w lewo, ale samochód nic, powoluśku, ale nieuchronnie ciąży ku prawej burcie, jak nas obróci, staczamy się i po zawodach. Za 700 metrów jest szosa i tam znajdą nasze parujące korpusy.
– Stań, nie hamuj, pozwól mu się samemu zatrzymać – mówi Olaf. – Masz funkcję hold, kiedy się zatrzyma, przestanie buksować i przestanie się zsuwać. Zrobiłem, jak mi powiedział. Stoimy, lekko w skos w prawo, ale stoimy. – Teraz spokój. Widzisz, nic się nie dzieje.
Patrzę. Nic się nie dzieje. Serce mi tylko wali jak głupie. – Tu masz tryby jazdy w terenie – Olaf klika po ekranie. – Tu masz kamienie, błoto, a my już nie jesteśmy w błocie. Jesteśmy tu. Wskazuje tryb śnieg, mokra trawa. Wciskam.
– Teraz pedał gazu jest mięciutki i samochód nie zacznie zrywać, startując pod górę. Rozumiesz?
– Rozumiem.
– Co z kierownicą?
Prostuję mu koła.
– O widzisz. Jak złapiemy jakiś twardszy grunt, to skręcisz, na razie ruszamy. Miękki gaz. Zero strachu.
Wciskam leciutko, a trzy tony Defendera posłusznie centymetr po centymetrze idą po tej trawie i nagle czuję, że jest podłoże, i wtedy skręcam w lewo, prostuję koła i po tej trawie pełzniemy na samą górę.
– Bardzo dobrze ci poszło.
– Nie, to ty jesteś doskonałym nauczycielem.
– Teraz cię zostawię, bo jestem potrzebny gdzie indziej.
Trzaska drzwiami i zostaję na tej górze sam. Tylko ja i deszcz.

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Wyścigi pontonów
– Piątka, do kolumny – gada radio, więc ruszam. W końcu przebiliśmy się przez pienińskie górskie bezdroża i zjechaliśmy wprost na brzeg Dunajca. Pieniny piękne i w jakiś sposób bliskie, znam tam kilka niezłych miejsc. Było siedem stopni, niebo koloru pleśni, wiatr i ogólnie bryndza.
Okazało się, że płyniemy. I że nie da się tego wykonać suchą stopą. Włożyłem cenne rzeczy do nieprzemakalnego wora. Przez moment wahałem się, które buty poświęcić. Wiadomo, że w taką pogodę nie wyschną. Ech…
Wepchnęli nas w kamizelki i rozpoczęły się wyścigi pontonów. Bystrza były wystarczająco nabrzmiałe, żebyśmy byli kompletnie mokrzy. Najpierw byłem wściekły i bałem się przeziębienia pęcherza, a potem odpuściłem lęki starych ludzi i cisnąłem z moimi towarzyszami, żebyśmy nie przegrali tych regat i lawirując między tratwami pełnymi słowackich turystów siedzących pod parasolami, zdobyli przynajmniej drugie miejsce. Po drodze przepyszne ściany Pienin imponujące nawet w deszczu i we mgle.
Wylądowaliśmy. Buty do wyrzucenia, spodnie może się jakoś uratuje. Potem pojechaliśmy do Karczmy u Polowacy na tyle jedzenia, że nakarmić można byłoby oddział wojska, a my i tak chcieliśmy tylko kotlety i więcej kotletów.
Potem jechaliśmy znowu. Tym razem szlakami pieszymi. Szlaki wiodą po starych rusińskich leśnych duktach. Najpierw na Przehybę, potem na Złocisty Wierch, stamtąd na Małą Radziejową, granicą rezerwatu Baniska, północnym zboczem Kornytowej i wąwozem Roztoki Ryterskiej. Wszystko w porażającym, dramatycznym świetle słońca rozdzierającego od dołu potężne frontalne chmury, które barwiły się we wszystkich odcieniach fioletów i czerwieni, a pod nimi, stłamszone, rozczochrane w tym wietrze, ale tam, gdzie padało, poprzetykane delikatnym pęknięciem tęcz – zasypiały Tatry.

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Kiedy dotarliśmy na miejsce, jeden z kolegów, operator kręcący zdjęcia w telewizyjnych programach podróżniczych i przyrodniczych, jak tylko wysiadł ze swojego auta, powiedział w zachwycie, że nie widział jeszcze w Polsce nic równie pięknego. Szkoda, że nie mamy zdjęć. Tylko tyle co może ułowić przez szybę człowiek zajęty prowadzeniem Defendera po górskim bezdrożu. Ten samochód wiele wybacza, ale kiedy drgnie ci ręka na krawędzi nad przepaścią i zaczniecie się staczać, drzewa was nie zatrzymają.
Zobaczyliśmy potem przed sobą na wysokim wzgórzu zamek w Rytrze, a potem znowu było trudno, bardzo trudno, po śliskich trawach na halę Homole, na której kiedyś, po akcji Wisła wypasali swoje owce bacowie z Bukowiny, płacąc okolicznym ludziom za zgodę na przepędzenie stad w oscypkach i korbocach.
Człowiek z gwiazd
Najtrudniejsze było na końcu, bo hala jest bardzo wysoko, a droga do niej kręta, gliniasta i bardzo śliska. Jedziesz na centymetry od głazów i od pni drzew. Na szczęście Defender ma kamery pod lusterkami i pod zderzakami, a AI potrafi ten obraz przepracować na filmik tego, co masz pod kołami, więc można zerknąć, czy samochód się mieści, czy jednak nie.
Parkowaliśmy na mokrej, bardzo stromej hali. Każdy podjeżdżał na komendę na deski wsparte na kamieniach, tak żeby samochód stał mniej więcej poziomo. To ma kluczowe znaczenie, kiedy śpisz w namiocie na dachu. Bałem się tego. Bałem się, bo zapowiadali cztery stopnie. No ale co było robić? Miałem w plecaku dwie kurtki, śpiwór, dwie pary spodni dresowych, bieliznę termiczną, czapkę, buffa na szyję, a nawet rękawiczki.
Musieliśmy cisnąć z namiotami, żeby zdążyć przed zmrokiem, bo przy czołówce nie jest już tak bezproblemowo z namiotem czy naciąganiem prześcieradła na materac. W namiocie jest materac i dwie poduszki dla tych, którzy śpią z kimś, no ale ja byłem sam. Ogarnąłem w kwadrans, a potem leżałem, marząc o tym, żeby jakoś się rozgrzać. Tradycyjne metody w postaci bimbru nie wchodzą w grę na samochodowych imprezach.
Na dole, sto metrów w dół po mokrej trawie, koledzy rozpalili już ognisko, a pan kucharz gotował w kotle pyszne jedzenie, dusił jagnięcinę, warzył warzywne leczo i smażył ryby. Do tego moskole, oscypki, serki krowie, korboce, boczek, kiełbasa, pikle z czosnku niedźwiedziego i strugany tatar z jelenia. Gadaliśmy, siedząc wokół ognia do północy i dłużej, a kiedy ogień zgasł, rozpaliła się nad nami Mleczna Droga, a na skraj hali wyszły jelenie, żeby odbyć swój godowy rytuał. Bajka. Normalnie bajka, gdyby nie to, że trzeba było w nocy kilka razy iść do lasu, bo na tym spływie przemroziły się imponderabilia.
Obudziłem się o trzeciej. Trzeba jednak zejść. W lesie ryczą byki, mocz paruje w świetle latarki. A kiedy ją gaszę, nie ma wokół mnie żadnych świateł oprócz żarówki ponad drzwiami starej bacówki. Podnoszę wzrok, a nade mną Droga Mleczna w pełnej krasie i wszystkich swoich kolorach. I to jest ten moment, o jakim mówił mi kiedyś Steven Wilson z Porcupine Tree: „Teraz pochylamy wzrok, bo gapimy się w ekrany smartfonów, ale kiedyś, w czasach gdy poznawaliśmy dopiero ogień, prostowaliśmy grzbiet właśnie po to, żeby patrzeć w gwiazdy. Jest w tym metafizyka, tajemnica, może nawet nadprzyrodzona. Ciekawiły nas gwiazdy. Myśleliśmy, czym są i czy mają z nami jakiś związek. I właśnie ta ciekawość uczyniła nas ludźmi”.
Na hali Homole nie ma zasięgu. Nie możesz pochylać karku. Znowu jesteś sobą – człowiekiem z gwiazd.
Suche ziarenka
Rano trzeba było czujnie pojechać stromo do góry tyłem po mokrej trawie, ale pod tylną oś był podłożony klin, więc kiedy ruszałeś, ktoś musiał wyciągnąć go, zanim przednie koła dotrą do tego miejsca. Jeśli nie wyciągnął – klinowałeś przednie koła i dupa blada. No i trzeba uważać, żeby go nie potrącić. Defender jest przygotowany. System hold działa do przodu i do tyłu, więc masz pewność, że samochód się nie stoczy. No i masz kamery do jazdy terenowej, więc widzisz ręce gościa, który wyciąga klin, wtedy możesz dodać gazu, bo wiesz, że nie przejedziesz mu po dłoniach.
– Teraz gaz, gaz, nie daj mu się zatrzymać, nie daj obrócić, gaz, gaz aż do ściany lasu! – słyszysz w radiu i ciśniesz pod górą tyłem te 50 metrów, a potem ostro w lewo, żeby wyprowadzić przodem do drogi. Cały kłopot w tym, żeby nie za wcześnie, bo wtedy ustawisz się w skos na stromej trawie i po zawodach.
Ja już wiedziałem, że nie wolno się bać. Potem było jak zwykle – strome zjazdy, mgły w górach, nagłe opady deszczu. Samo piękno. Nie widzieliśmy Tatr, ale jazda sprawiała mi prawdziwą frajdę, bo się już wcale a wcale nie bałem. Aż mi się przypomniało, że nie jedziemy bez celu, tylko do kamieniołomów, w których nasi koledzy goprowcy zamontowali most linowy 50 metrów nad ziemią, przygotowali zjazdy w czeluść i że najpierw trzeba będzie zaliczyć skalną wspinaczkę. Nie była to kojąca myśl. Ćwierć wieku temu wspinałem się doskonale, raz byłem nawet bohaterem czasopisma „Taternik” jako obiecujący wspinacz młodego pokolenia. Wtedy liczyły się tylko góry. Nawet na randki się nie umawiałem, żeby nie tracić czasu na głupoty. Potem wszystko się zmieniło.
Kurde. Nie dam rady. No nie dam rady samemu sobie powiedzieć, że już nie potrafię. Ptak, który mieszka w klatce, ma zawsze suche ziarenka. Czasami nawet taką specjalną kolbę dla papug. W zasadzie jest zaje*iście szczęśliwy, ale nie pamięta, jak latać. A kiedy znowu może polecieć, to skrzydła go już nie uniosą. – Dojeżdżamy – powiedziało radio. – Szykujcie się na wspinanie.

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Wiewiórka na krawędzi
Założyłem kask i uprząż, nowoczesną, wygodną, z każdej strony można sobie wszystko dopasować, gdzie jej tam do tych, które szył kiedyś na zamówienie pan Płonka. No i poszliśmy w dół na dno kamieniołomów popróbować się ze wspinaniem.
Spadł deszcz, ale rzadki, a skała była ciepła, więc szybko obeschło i nie miałem wymówki, że ślisko. Droga była łatwa. W czasach kiedy się wspinałem, to po takich schodziło się po prostu z tych trudnych dróg. Ale dzisiaj była dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Moje trekkingowe buty nie trzymały, więc wszystko trzeba było wyciągać na rękach, a ręce od dwóch dekad nie trzymały skały. Zdyszałem się, ale przynajmniej nie obciążałem wędki. Potem trzeba było zejść. Nie opuszczali nas, no bo lina tarła. Rozumiem to. Liny zawsze żal.
Poszliśmy potem na most linowy, 50 metrów luftu, ale się nie bałem. Nie boję się, kiedy mam w ręku linę. Boję się prędkości, od której nie chroni mnie szyba. Most był malowniczy, zwłaszcza że przestało padać i wszystko dookoła parowało wiosną. A na koniec zjazd. Dla kogoś, kto malował kominy, to jak jazda na rowerze. Ubabrałem sobie ręce liną, bo już zdążyła się utytłać. Potem zjedliśmy lunch na krawędzi urwiska przypięci do poręczówek i poszliśmy na łąkę.
Na łące czekał piękny niebiesko żółty squirrel z Helipolandu. Jeszcze nigdy nie leciałem eurocopterem. Właściwie latałem tylko robinsonem. Kiedyś całkiem sporo. No a teraz goprowcy podprowadzili nas do squirella.
– Potrzebuję kogoś spokojnego, kto nie będzie deptał pedałów i nie trąci sterów. – Ja, ja, weź pan mnie! – wyrwałem się, bo wiadomo, w śmigłowcu dobrze widzą tylko ci, którzy siedzą z przodu.
Siadłem z przodu i polecieliśmy nad Jeziorem Czorsztyńskim. A to przecież najpiękniejsze sztuczne jezioro w polskich górach. Powstało po zbudowaniu tamy między Pieninami i Pieninami Spiskimi, ma dziewięć kilometrów długości i około półtora kilometra szerokości. Gdzieś tam na dnie pozostała zatopiona wieś, Stare Maniowy. A ponad brzegiem, na skałach, dwa zamki – czorsztyński i nidzicki.
Czy ten dzień mógł się skończyć piękniej?

Autor zdjęcia: materiały prasowe
Więcej w tym temacie:
- Siedem miejsc, 640 km zasięgu i Sonos na pokładzie. Oto nowa Škoda Peaq
- Alpine A390: Elektryzujący fastback, który uczy, jak czerpać czystą radość z jazdy
- Hiszpańska przygoda z Audi RS 5: emocjonująca Formuła 1 i piękna Barcelona
- GQ Drive: Konrad Dąbrowski i motocykl, który wygrał Rajd Dakar
- Tak powstawał bolid, który zwyciężył w Le Mans
- Polacy triumfują na 24 Hours of Le Mans. Co trzeba wiedzieć o Inter Europol Competition?
Pisarz i podróżnik, autor ośmiu powieści i kilku innych książek reporterskich oraz podróżniczych. Pół życia zmarnotrawił na włóczęgę po świecie, utrzymując się z pisania reportaży do kobiecych magazynów albo m.in. prowadzenia ludzi po górach. Był redaktorem magazynów „Malemen” i „Elle Man”. Obszary zainteresowania – podróże, lifestyle, ludzie, rock i heavy metal.
Ma dar słuchania ze zrozumieniem.
Był w stu kilkudziesięciu krajach i jest bywalcem praskiego klubu bokserskiego Fenix. W dniu premiery GQ Poland świętuje premierę swojej najnowszej książki „Włóczęga z Archipelagu. Filipiny”.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Zajawki
Miejsca, które pozwalają odkryć kolejne oblicza włoskiego dolce vita
Podróż po Włoszech rzadko kończy się na jednej wizycie. To kraj, który potrafi zachwycić swoją różnorodnością – za każdym razem odkrywa przed odwiedzającymi zupełnie inne oblicze – raz zachwyca średniowiecznymi uliczkami i starożytnymi budowlami, innym razem zaprasza na wulkaniczne wyspy, a gdzie indziej pozwala odnaleźć spokój na niemal pustych plażach. Ale jedno jest niezmienne – niezwykła kuchnia, która w każdym regionie karmi nas nieco inaczej, ale z włoskim akcentem.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
Dlaczego warto skręcić z głównej drogi do Domu Jantoń?
W samym sercu Polski, na Wysoczyźnie Łaskiej, znajduje się miejsce, które łączy historię, krajobraz i wieloletnią pasję do uprawy winorośli. Dom Jantoń, położony w Wymysłowie Francuskim, otacza siedmiohektarowa winnica wpisana w charakterystykę regionu i jego wyjątkowe warunki przyrodnicze.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
Dlaczego wygląd sprzętu AGD zaczyna mieć znaczenie?
Jeszcze do niedawna odkurzacz był urządzeniem, które po skończonym sprzątaniu jak najszybciej znikało w szafie lub schowku. Dziś coraz częściej zostaje na widoku. W nowoczesnych mieszkaniach sprzęty AGD przestały pełnić wyłącznie praktyczną funkcję, a stały się integralną częścią wystroju wnętrza.
Zajawki
Coolcation i nie tylko. Jak Polacy planują wakacje 2026?
Google przeanalizowało wakacyjne wyszukiwania Polaków, a wyniki pokazują wyraźną zmianę w planowaniu wakacyjnych urlopów. Od najpopularniejszych kierunków po zupełnie nowe trendy, zobacz co tego lata cieszy się największym zainteresowaniem.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
Letni wieczór z Bvlgari. Zaprosiliśmy gości na Taras Glorietta
Warszawa ma kilka miejsc, które latem nabierają wyjątkowego klimatu. Jednym z nich jest Taras Glorietta w Hotelu Bristol. To właśnie tam razem z Bvlgari zaprosiliśmy gości na kameralne spotkanie, podczas którego główną rolę odegrały włoski styl, ponadczasowe wzornictwo i rozmowy prowadzone z panoramą miasta w tle.
Zajawki
Najciekawsze komiksy drugiego półrocza 2026
Za nami nafaszerowane ciekawymi komiksowymi pozycjami pół roku. Przyjrzyjmy się temu, co nas czeka w nadchodzących miesiącach.
Zajawki
Kub bilet, reszta się wyklepie. Janek Witczak o tym, jak naprawdę spełniać marzenia
Większość marzeń kończy jako plany „na kiedyś”. Janek Witczak zamienia je w działanie: kupuje bilet, rezerwuje termin i rusza w drogę. Jego sposób myślenia pokazuje, że między wyobrażeniem a realizacją często stoi tylko jedna decyzja.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Zajawki
To już nie zabawka. Grupa LEGO i Koenigsegg stworzyli samochód, który rozpędził się do 111 km/h
Jeszcze kilka lat temu marka LEGO® kojarzyła się przede wszystkim z dziecięcym pokojem. Dziś duńska firma coraz częściej pojawia się w rozmowach o designie, inżynierii i kolekcjonerskich obiektach pożądania. Najnowszy projekt z serii LEGO Technic pokazuje, jak bardzo przesunęły się granice tego, czym mogą być kultowe klocki.