Wojtek Mazolewski: chciałbym, żeby moja muzyka niosła ludziom wytchnienie
PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Wojtek Mazolewski: chciałbym, żeby moja muzyka niosła ludziom wytchnienie
Mazolewski jest jednym z najważniejszych polskich jazzmanów i chorążych słowiańskiej odmiany tego gatunku.
Udostępnij

Autor zdjęcia: fot. Jacek Domański
Od wielu lat zaangażowany w rozwój rodzimej sceny. Założyciel Pink Freud i WMQ, nagrywał z zespołem Baaba czy z Tymonem Tymańskim. Kontrabasista, muzyczny lider i zadeklarowany buddysta.
W 2025 roku postanowił, że po wielu latach na scenie wypuści pierwszą solową płytę. Album zatytułowany po prostu „Solo” to niezwykle emocjonalna podróż przez wyjątkowe uniwersum Mazolewskiego. Zupełnie odświeżone spojrzenie na kontrabas – instrument, który od zawsze jest jego narzędziem pracy.
Z okładkowym bohaterem pierwszego numeru GQ Poland porozmawiałem o często wyboistej muzycznej drodze, codziennych rytuałach i dbałości zarówno o ciało, jak i umysł. W końcu – o Polsce, o uduchowionym jazzie, który zdominował brzmienie ostatnich płyt Mazolewskiego. I o tym, czego spodziewać się po debiutanckim „Solo”.
Ostatnie albumy Wojtek Mazolewski Quintet – „Beautiful People” i „Live Spirit I” – są materiałami, na których mocniej poszedłeś w stronę spiritual jazzu. Czy to była nieunikniona decyzja – wypadkowa wieloletniego dbania o ciało i umysł, kultywowania określonej życiowej filozofii?
Moją główną inspiracją jest życie, więc – ze wszystkich jego aspektów – czerpię pełnymi garściami. Moją ścieżką duchową jest muzyka. Żeby uprawiać ją z takim oddaniem i intensywnością, moje ciało musi się dostosować i wspinać na wyżyny możliwości. Dusza i ciało stanowią jedność. Filozoficznie to pogląd bliski teorii Arystotelesa i hylemorfizmu. W zdrowej harmonii umysłu, ciała i duszy powstają najlepsze rzeczy. Codzienna praktyka i rozwój pomagają również w pracy twórczej. Żeby grać, trzeba żyć. W moim przypadku też, żeby żyć, trzeba grać.
To antidotum na ciężką rzeczywistość?
To, co przeżywamy, jest sumą naszych wcześniejszych działań. Rzeczywistość tworzymy wszyscy razem. Grając, szukam tego, co nas łączy i chce inspirować do twórczego działania i sprawiedliwych zmian społecznych. Dla mnie koncert jest także celebracją życia i formą rytuału: spotkania się z ludźmi na głębszym poziomie. Zależy mi na tym, żeby podzielić się energią i zmotywować do działania. Chciałbym, żeby moja muzyka przynosiła radość i szczęście.
Po koncertach w rozmowach z publicznością słyszymy, że to było coś więcej niż zwykły koncert. Są osoby, które piszą do nas kilka dni, a nawet tygodni po koncercie, że wspominają to jako wyjątkowe doznanie. Chcą się ponownie spotkać, czasami jeżdżą za nami do kolejnych miast.
Szczególnie że jazz nie jest muzyką jednoznacznie prostą w odbiorze. Jednak wymienione płyty są przystępniejsze od poprzednich – skąd ta decyzja?
W pierwszej kolejności chcę, żeby moja twórczość była zaskakująca i dobra. Moją motywacją nie jest tworzenie wyłącznie ładnych rzeczy. I nigdy nie myślę o tym, czy to jest piękne albo czy będzie się wszystkim podobało. Mam poczucie, że umiem znaleźć równowagę między tym, co urokliwe a nieoczywiste.
Natomiast na żywo to punkt wyjścia, do kolektywnej improwizacji, co słychać na „Live Spirit”. Najlepiej doświadczyć tego na koncercie z całą energią zespołu i publiczności. Dzięki temu doświadczeniu słuchanie płyty w domu zyskuje nowe aspekty. Możesz wrócić do wrażeń z koncertu, wspominasz i przeżywasz te emocje. To bardzo dobrze nastraja na cały dzień, od razu chcesz zrobić coś dobrego. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Te albumy różnią się od poprzednich klimatem – błogim, spokojnym, niosącym ukojenie. Przywołują na myśl klasyki spiritual jazzu.
Spokojny umysł widzi rzeczy, jakimi są. Jeśli nasza muzyka wywołuje błogość, to idziemy w dobrym kierunku. Muzyka gigantów jazzu – Pharoaha Sandersa, Sun Ra, Charlesa Mingusa czy Johna Coltrane’a – jest w moim sercu i umyśle. Miała ogromny wpływ na moją twórczość i cieszę się, jak mówisz, że to czuć to na naszych ostatnich albumach. Staram się podążać ścieżką wyznaczoną przez tych mistrzów i w trakcie tej drogi poszukiwać metod, które sprawią, że moja muzyka będzie dawać słuchaczowi wytchnienie.
Albumy „Beautiful People”, „Live Spirit I” i „Spirit to All” nagrywaliśmy teraz, kiedy wszyscy doświadczamy redefinicji otaczającego nas świata. Cyfrowa rewolucja, konsumpcjonizm, kapitalizm potrzebują naprawy, ludzkiego wymiaru. Muzyka chce pobudzać humanistyczny sposób rozwijania się społeczeństwa. Mam potrzebę tworzenia muzyki, która będzie lekarstwem i talizmanem, będzie wspomagać harmonizowanie chaosu nas otaczającego. I także nas samych. Kiedy jesteśmy rozluźnieni, podejmujemy lepsze decyzje.
W kontekście społeczeństwa – mam wrażenie, że w Polsce jest obecnie znakomity czas dla jazzu. Twoje projekty, EABS i całe Astigmatic Records czy młoda fala: Kuba Więcek, Kosmonauci, Omasta, pokazują, że są odbiorcy ciekawi polskiego jazzu – również poza granicami naszego kraju.
Można powiedzieć, że to ostatni bastion autentyczności. Muzycy jazzowi grają prawdę. Grają, bo tak czują. Często bez kasy i prestiżu, w małych klubach, ale dla ludzi i dla siebie. I to jest bezcenne. Uwielbiam polską publiczność. Rodacy naprawdę interesują się kulturą. Jestem bardzo wdzięczny za to, że są – bez nich byłoby nam dużo trudniej. Wspaniale, że przychodzą na koncerty, że kupują płyty – ich zaangażowanie jest dla nas największym paliwem do dalszej pracy twórczej.
Ale mimo wszystko zależy ci, żeby jazz docierał do szerszego grona.
Tego życzę sobie i wam. Uważam, że bez kultury stajemy się głupsi, mniej wrażliwi i przez to łatwiej nami manipulować. To ma wymiar społeczny: jaka kultura dziś, taka Polska jutro. Jak powtórzysz to parę razy, to naprawdę poczujesz, jaka w tym drzemie siła, ile tkwi prawdy. Bez kultury społeczeństwo się nie rozwija. Pozytywna dygresja – podczas niedawnych tras w Azji i Ameryce Południowej, zauważyłem zwiększone zainteresowanie polską kulturą i jazzem.
Wiem, że praca nad sobą we wszystkich aspektach – cielesnym, duchowym i intelektualnym – pomaga mi odczuwać satysfakcję z tego, co robię.
Wojtek Mazolewski
To ciekawe, bo jazz jest gatunkiem, w którym – jak mało w którym – czuć obecnie polskość i słowiańskość. Udało nam się wykreować autorskie brzmienie.
Robienie muzyki to wyrażanie siebie. Im bardziej bezpośrednio to robisz i nie starasz się w żaden sposób stylizować – tym lepiej. Nie stylizuję się na słowiańskość – uważałbym to za nieautentyczne. Nie koloryzuję muzyki, nie folkloryzuję jazzu. Wychowałem się na polskiej muzyce i od najmłodszych lat słuchałem płyt Komedy, Stańki. Oglądałem filmy „Pociąg”, „Nóż w wodzie”, „Czterech pancernych i psa” czy „Pana Wołodyjowskiego”. Poznawałem teksty Agnieszki Osieckiej, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta czy innych twórców i twórczyń. To mnie ukształtowało w młodym wieku. Często chodziłem do różnych kościołów, gdzie aspekt słowiańskiego obrządku był bardzo ciekawie przekazywany.
Słuchałem śpiewów na Pomorzu, innych na Mazowszu, innych na Mazurach. Te melodie we mnie grają. Nie powstrzymuję ani nie podkręcam ich. Staram się tworzyć w intuicyjny sposób. Długo ćwiczę na instrumencie i w jakimś momencie to natchnienie wreszcie przychodzi. Wtedy słyszę, że coś kliknęło. Trzeba się na to otworzyć, pójść za tym.

okłada albumu "Solo" Autor zdjęcia: fot. Jacek Domański
W takim razie jak proces twórczy wpływa na wysiłek fizyczny i umysłowy?
Zdarza się, że muzyka mi się przyśni. Może się to zdarzyć nad ranem – trzeba wstać i zapisać, nawet jeśli chcę jeszcze poleżeć. Jak poleżę, to zapomnę. Innym razem kładę się spać i mam melodię w głowie – również wstaję. I dobrze wiem, że jak wstanę, to najpierw spróbuję to zagrać na gitarze, ale później czuję, że powinienem spróbować też na kontrabasie. Będzie pierwsza w nocy i pewnie spędzę nad tym dwie godziny, bo jak mi się spodoba i poczuję, że muszę w to iść, to gram do rana.
Gdybyś nie trzymał formy, nie dbał o siebie fizycznie i psychicznie, pewnie trudno byłoby ci utrzymać idealne skupienie.
Wiem, że praca nad sobą we wszystkich aspektach – cielesnym, duchowym i intelektualnym – pomaga mi odczuwać satysfakcję z tego, co robię. Moja satysfakcja przekłada się na jakość pracy. Zawsze zależy mi na tym, żeby to, co tworzę, było najlepszą dostępną formą, na jaką mnie dzisiaj stać. Codzienne będę doszlifowywał, próbował poprawić i wykonać to jeszcze lepiej.
Ciało stanowi dla ciebie narzędzie, za pomocą którego tworzysz muzykę. Czujesz, że im to narzędzie jest sprawniejsze, lepiej wytrenowane, to efekty w danym momencie najlepsze?
Ciało jest moim narzędziem pracy. Byłbym, mówiąc delikatnie, nierozsądny, gdybym nie przestrzegał podstawowych elementów dbania o ciało. Spadłaby kreatywność i jakość koncertów. Dlatego też nie wygrały u mnie z muzyką żadne używki. Największym dragiem jest dla mnie muzyka. I to, że mogę dzielić się z ludźmi – w moim odczuciu – najlepszą częścią siebie.
Przez rozwój świadomości ciała zwiększa się poczucie uważności i obecności, co wzbogaca jakość doświadczeń, doznań i wrażeń na scenie, ulicy, w domu i w sypialni. Fenomenologia widzi ciało jako kluczowy element świadomości i doświadczenia jednostki. To ono umożliwia interakcję z otoczeniem, funkcjonowanie w świecie i w procesach poznawczych, działaniach.
Przekładając to na granie na żywo, a w szczególności na improwizację: to zbieranie energii od zespołu, swoistą telepatię między wami i publiką, która stanowi kolejne setki, tysiące różnych energii rezonujących z całością. Twoje ciało-narzędzie znajduje się w jeszcze innym, unikatowym otoczeniu i w wyjątkowej sytuacji.
Improwizacja odgrywa kluczową rolę. Jest istotnym elementem tej gry. Zawsze czuję pewną dozę nieśmiałości, kiedy mam opowiadać o muzyce, a szczególnie o tym aspekcie, bo improwizacja to także duchowe doświadczenie. Co ciekawe, jest to odczuwalne i przez nas, kiedy stoimy na scenie, ale w tym samym czasie przez publiczność. To cudowny fenomen. Wszyscy jesteśmy w stanie brać w tym udział. Zawsze mnie fascynuje właśnie ten element: nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale zawsze mamy w sobie na tyle odwagi, że nie przestajemy lecieć.
A w jaki sposób udało się zbudować chemię między wami?
Przeważnie zakładam tzw. working bandy, które długo z sobą grają, regularnie ćwiczą, jeżdżą razem w trasy. Zespół Pink Freud istnieje już od końca lat 90., a Wojtek Mazolewski Quintet ma kilkanaście wiosen. Tworzę bezpieczną przestrzeń, w której możemy się rozwijać. Ta relacja to lata wspólnych tras koncertowych, przegranych prób, godzin w studiach nagraniowych, a także wspólnie słuchanych płyt czy przeczytanych książek, oglądanych filmów. Rozmów o relacjach, związkach, miłości, stracie, śmierci – to wszystko ma znaczenie.
Te wszystkie rozmowy, spędzone godziny odbijają się na tym, co będziemy grać. W sztuce improwizacji to wszystko będzie pomocne. Dlatego podkreślam, że boję się o tym opowiadać, ponieważ to zawsze zahacza o mistycyzm, o pewien rodzaj magicznych zdarzeń.
Przeszedłem wewnętrzną metamorfozę. I nareszcie mogę się tym podzielić.
Wojtek Mazolewski
Większość płyt nagrałeś z zespołami, opowiadasz o wyjątkowej energii, jaką daje praca w grupie, jednak wkrótce, pod koniec listopada, wydasz debiutancki album “Solo”.
„Solo” to najbardziej osobista płyta, jaką nagrałem. Kiedy trzy lata temu zaczynałem pracę nad solowym albumem, wydawało mi się, że nie mam już żadnych zasłon do zerwania. Okazało się jednak, że istnieją: przełamując kolejne granice swojego istnienia, prędzej czy później trafiłem na następne. To nieskończony proces. Mierząc się z ważnymi momentami w życiu, otrzymałem szansę i możliwość przekazania tego w muzyce. W trakcie procesu twórczego, w sposób dla mnie niespotykany, zdarzyły się rzeczy, które mocno na niego wpłynęły. Ten album zapis doświadczenia: odkrycia siebie na nowo. Doszedłem do miejsc, o których nie wiedziałem, że istnieją. Sięgnąłem po zupełnie inny język i formę.
To wymagało więcej sił, odwagi, niż tworzenie w teamie?
Długo nie czułem się wystarczająco dobry bez zespołu. Potrzebowałem lat praktyki, nauki życia, czytania i grania. Pomysł na solową odsłonę przyszedł do mnie spontanicznie. Nie chciałem go sobie narzucać – świat kreacji jest dla mnie delikatny, a że cały czas spływają do mnie inspiracje, to chciałem, żeby pozostało to niewymuszone.
Zacząłem więc koncertować solo – zobaczyłem, jak cudowne to wyzwanie, jak mnie mobilizuje i otwiera głowę na nowe widzenie świata. Wróciłem do grania na gitarze i śpiewania. To z kolei spowodowało, że wróciłem do literatury. Powrót do literatury spowodował, że powróciłem do poezji, którą czytam rano przed rozpoczęciem obowiązków, co idealnie nastraja mnie na resztę dnia.
Wspomniałeś też, że to najbardziej osobisty album w dorobku.
Moje doświadczenia prywatne przyniosły wiele nieoczekiwanych – najpierw trudnych, a później wspaniałych momentów – dźwięki przychodziły do mnie codziennie w naprawdę dużych ilościach. Czasami te fale natchnienia powodowały, że nie spałem po 5–6 dni w tygodniu, nieustannie tworząc. Wracam do tych wspomnień jako do czegoś pozytywnego, choć wtedy był to bolesny czas. Szukając wyjścia, poddałem się dzikiemu procesowi twórczemu.
Nagrywając „Solo”, wykorzystując lata praktyki w zespołach, zrobiłem to w zupełnie inny niż do tej pory sposób. Przeszedłem jednocześnie wewnętrzną metamorfozę. I nareszcie mogę się tym podzielić z ludźmi.
Więcej w tym temacie:
Dziennikarz popkulturowy GQ Poland z dekadą doświadczenia w branży. Charakteryzuje go wszechstronność – mimo że od lat kojarzony głównie z muzyką, tworzy także treści lifestyle’owe: o modzie, kinie, motoryzacji czy gamingu. Porusza tematykę związaną z męskością: od psychologii, przez zjawiska społeczne, po self-care.
Wcześniej przez wiele lat był związany z medium newonce, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego. Obecnie współpracuje również z CLOUT Festival, gdzie odpowiada za komunikację. W przeszłości pisał dla m.in. Going., Noizz, 4the20s, „Aktivist” czy Electronic Beats. Uwielbia wszystko, co związane z Japonią. Jest fanem ambientu, relaksuje go gotowanie, a jego ulubionym napojem jest zielona herbata.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami
Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.
Muzyka
Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.
Muzyka
Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię
Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.