Basia Małecka śpiewa Osiecką i walczy o niezależność
PARTNERZY SERWISU
Muzyka
Basia Małecka śpiewa Osiecką i walczy o niezależność
Basia Małecka wydała płytę z piosenkami Agnieszki Osieckiej – po swojemu i bez wytwórni. Teraz przygotowuje nowy, w pełni autorski album i nagrywa z producentem, który współpracował z Olivią Dean. Porozmawialiśmy o cenie niezależności i o tym, jak w Polsce robi się muzykę na własnych zasadach.
Udostępnij

Basia Małecka: Marzę o dniu, w którym nie będę musiała wybierać między pracą na etacie a muzyką Autor zdjęcia: Małgorzata Kowalska
Na płycie „Agnieszka” Basia Małecka zaproponowała piosenki Agnieszki Osieckiej w świeżych, nieoczywistych aranżacjach. Legendarne teksty zanurzyła w jazzie, soulu, funku i subtelnym popie. Singiel „Zielono mi” dotarł na szczyt Listy Przebojów Trójki, a album był Płytą Tygodnia w Trójce i Radiu 357. Choć nieraz usłyszała, że „tego nikt nie będzie słuchał”, znalazła swoich odbiorców – kupują winyle, wyprzedają koncerty i śledzą ją na TikToku, na którym zamiast robić z muzyki „content”, Basia przekonuje, że jazz wcale nie jest tylko dla koneserów. Rozmawiamy w momencie, gdy „Agnieszka” nadal jest w trasie, a nowe rzeczy dopiero nabierają kształtu.
Kinga Nowicka: Na twojej stronie internetowej można przeczytać, że na pierwsze zajęcia śpiewu trafiłaś, bo mama obiecała ci zdjąć bana na komputer. Gdyby nie tamta sytuacja, prędzej zostałabyś gamerką niż wokalistką?
Basia Małecka: Dopiero teraz, mając 26 lat, zaczynam dostrzegać, jak dużą rolę w moim życiu odegrali rodzice i ich pasja do muzyki. Oboje nie zajmują się nią zawodowo, ale to była ich ważna część życia i nasz wspólny język w domu. Do dziś, kiedy ich odwiedzam, rozmawiamy o płytach, pokazujemy sobie nowości, dzielimy się zachwytami. Tych kilka lat temu moja mama pomyślała, że skoro tak często śpiewam w swoim pokoju, to może warto sprawdzić, jak odnajdę się na zajęciach śpiewu. Miała nosa.
Czego się słuchało w twoim domu?
Głównie muzyki amerykańskiej i brytyjskiej, bluesa, funku, soulu. Na przykład Toto, Steely Dan, solowych albumów Steve’a Lukathera – mam nawet plakat z dedykacją po angielsku „Dla Barbary”, po który tata poszedł specjalnie do VIP roomu. Moja mama lubiła Dianę Ross, Dionne Warwick, mnóstwo pięknych kobiecych głosów. Nasiąkałam tym i jednocześnie wiele z tych rzeczy odrzucałam, bo miałam też swoje dziwne wybory. Lubiłam Amy Winehouse, Adele i Norah Jones. Ale obok nich przewinęły się Rihanna, Demi Lovato czy soundtrack z „Camp Rock”.
A skąd ten jazz?
Mój tata słuchał fusion, który łączy jazz z rockiem. Poza tym pani Alicja Kabacińska, śpiewaczka klasyczna i moja pierwsza nauczycielka śpiewu, też lubiła jazz. To ona dała mi artystyczne wychowanie: smak, gust, zasady i wartości. Myślę, że to moje upodobanie to suma wszystkich tych doświadczeń i spotkań. Zabawne, że często słyszę pytanie, czy skończyłam wokalistykę jazzową na akademii muzycznej.
A skończyłaś Akademię Sztuk Teatralnych w Krakowie. Planowałaś zostać aktorką?
Poszłam na te studia z ciekawości. Zobaczyć, czy znajdę w aktorstwie coś dla siebie. W liceum zachwycił mnie film „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego i piosenka „Dwa serduszka”, którą zaśpiewałam na egzaminach wstępnych. Żałowałam, że Paweł Pawlikowski nie poczekał kilka lat z tym filmem. Napisałam nawet list, w którym wyznaję, że chętnie w czymś zagram. Ale szczerze mówiąc, nigdy nie marzyłam o byciu aktorką, zawsze chodziło o śpiewanie. A listu ostatecznie nie wysłałam.
Co wyniosłaś z tych studiów?
W trakcie studiów dosyć szybko zweryfikowałam, że są ludzie, którzy potrafią grać, śpiewać, reżyserować i swobodnie żonglować tymi umiejętnościami – raz nagrywać płytę, raz pisać dramat, a jeszcze kiedyś reżyserować słuchowisko. Ja taka nie jestem, ja i mój umysł potrzebujemy jasnej decyzji, poczucia kontroli i sprawczości. Na własnej skórze przekonałam się, że w tej branży umiejętność redukcji i podejmowania szybkich decyzji naprawdę pomaga. Bycie świeżo upieczonym absolwentem szkoły teatralnej to okropny moment – czujesz się zagubiona, właśnie skończyłaś inspirujące studia, wiesz, że jesteś utalentowana, ale rynek jest szeroki i brutalny, trzeba debiutować szybko i młodo, zwłaszcza w filmie, próbować łapać etat w teatrze. Czułam, że emocjonalnie mnie na to nie stać, żeby czekać, aż ktoś mnie obsadzi, zechce w swoim filmie czy teatrze, aż przypasuję do czyjejś koncepcji. I mając świadomość tego, z czego rezygnuję, postawiłam na jedną rzecz.

Okładka płyty „Agnieszka” Autor zdjęcia: materiały prasowe
Żałujesz, że wybrałaś taki kierunek, a nie studia muzyczne?
W żadnym razie, to były super lata. Żałowałam tylko, że byłam wtedy tak młoda i ufna. Studia były tak absorbujące czasowo i emocjonalnie, że dzięki temu mogłam w nie wsiąknąć, pozwolić sobie przekminiać, eksperymentować, poznawać siebie i nazywać potrzeby. Nie żałuję też, że nie dostałam się do szkoły muzycznej. Szkoła teatralna zostawiła mi więcej wolności, dała mi dużo większą elastyczność na rynku pracy, nie zredukowała mnie do tylko jednego rzemiosła.
W 2023 roku wydałaś epkę „Cosmic”, na której eksperymentujesz dość wyraźnie gatunkowo i tekstowo. Jest ona też dość osobista – na gitarze zagrał twój tata, a utwór „Staś” śpiewasz dla swojego dziadka. Co było dla ciebie samej największym zaskoczeniem przy tworzeniu tego materiału?
To, że nie muszę wszystkiego cyzelować i wypuszczać rzeczy idealnych, i że im wcześniej się na to otworzysz, tym lepiej dla ciebie. „Cosmic” był eksperymentem – pokazał mi, co ja sama, wspólnie z ludźmi, którymi się otaczam, jestem w stanie stworzyć w ograniczonym czasie i przy ograniczonych zasobach. To był ważny proces, bo dodał mi odwagi do późniejszych rzeczy, pokazał, że wszystko jest w moich rękach. „Cosmic” początkowo był projektem stypendialnym na zorganizowanie koncertu z moją debiutancką muzyką – a skoro żaden dom kultury nie chciał udostępnić nam swojej przestrzeni, zrobiliśmy to w studiu nagraniowym i opublikowaliśmy w internecie. Zobaczyłam, że to nie jest takie trudne i straszne, że zawsze znajdą się ludzie, którzy cię wesprą. Jestem im bardzo wdzięczna.
Po tym, jak zdobyłaś Grand Prix na festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”, pojawił się pomysł, aby powstała płyta „Agnieszka”. Choć zaproponowałaś świeże, niesztampowe aranżacje, nie bałaś się debiutować nie swoimi piosenkami?
Wiadomo, że fajniej jest startować autorskimi piosenkami. Bałam się, że łatwo się zaszufladkuję – jako „śpiewająca aktorka” albo jakaś egzaltowana retromaniaczka. Ale wiedziałam też, że „Agnieszka” i jej świat, mój pomysł na nią, jest wypowiedzią autorską, w którą wierzę. Pamiętam rozmowę z Agnieszką Szydłowską, która powiedziała mi: „Możesz debiutować za każdym razem, gdy wydasz każdą kolejną płytę”. I ja tak do „Agnieszki” podeszłam, jak do świata, którego nie widziałam na polskim rynku, i jak do mitu kobiety poetki i artystki, z którym trzeba się rozprawić.
Album „Agnieszka” wydałaś zupełnie sama, za własne pieniądze. Twój brat zrobił zdjęcie na okładkę, ty ją zaprojektowałaś w Canvie. Osobiście doglądałaś, jak powstają winyle. Jak wspominasz ten proces?
Kiedy myślę o całym procesie wydawania „Agnieszki”, to trochę przypomina mi moje dziecięce zabawy – robienie sklepu w pokoju, organizowanie szkoły czy galerii sztuki w ogrodzie – z tą różnicą, że teraz dzieje się to w dorosłym życiu i za prawdziwe pieniądze. Jasne, byłoby łatwiej z managementem czy wytwórnią, bo pewnie nie musiałabym jeździć do tłoczni, uczyć się księgowości i zajmować się sprzedażą biletów. Ale mnie to daje ogromną radość, lubię się tym zajmować i lubię, kiedy dużo się dzieje. To był niemal metafizyczny moment, kiedy po raz pierwszy otworzyłam winyl, nasz wielomiesięczny wysiłek, który się zmaterializował
„Agnieszkę” podobnie jak „Cosmic” udało mi się wydać dzięki ludziom, którzy mnie wsparli. Muzyków „Agnieszki” – Michała, Łukasza, Waldka, Piotra, Tomka i Wiesia spotkałam na festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”. Tam poznałam też Jacka Piskorza, aranżera, i Marcina Kowalczyka, w którego studiu nagrywaliśmy. To były wielkie, przyjacielskie przysługi, za które jestem im ogromnie wdzięczna. Teraz koncertujemy w tym samym składzie, co bardzo mnie cieszy. Wiem, że to by się nie wydarzyło, gdyby nie oni. Są super kolegami, którzy chronią mnie przed brzydkimi rzeczami w tej branży.
A była w ogóle opcja, żeby „Agnieszkę” wydała jakaś wytwórnia, czy od początku po prostu chciałaś zrobić to sama?
Na początku szukałam środków, sponsorów, bo wydanie płyty to zawsze ogromny wydatek – a im większym budżetem dysponujesz, tym na więcej możesz sobie pozwolić. Pisałam do wytwórni, robiłam ładne prezentacje i rozsyłałam oferty. Tylko że wtedy nikt mi nie odpowiadał. Albo słyszałam, że to za niszowe i że „nie będzie na to słuchacza”. Więc zrobiłam to sama, a słuchacz jednak się znalazł.
Czujesz satysfakcję?
Jeszcze jak! Miałam taki cel, by oddolnie, nawet w małej skali pokazać, że jest miejsce na taką muzykę na polskim rynku. Teraz te kilkanaście tysięcy osób na Instagramie i TikToku, a także wyprzedany nakład o czymś świadczą. Ludzie o wspólnej wrażliwości znaleźli się nawzajem i mają swoją przestrzeń. Poza tym największym zwycięstwem jest to, że historia tej płyty inspiruje i dodaje siły innym niezależnym artystkom, które tak jak ja przez lata starały się być zauważone przez majorsów. „Agnieszka” żyje od października 2024 roku, spotykają ją niesamowite przygody i zaszczyty, a ja myślałam, że w grudniu będzie już po wszystkim.
Czyli Basia Małecka jest definicją niezależnej artystki?
Często śmieję się, że „niezależny artysta” brzmi fajnie, ale w praktyce oznacza po prostu to, że nie masz wiecznie kasy. Dla mnie niezależność ma dwa wymiary. Po pierwsze, finansowy – sama finansujesz swoją działalność. Po drugie, artystyczny – nikt ci nie dyktuje, co robisz, jak to wygląda i jak brzmi. Wypuszczasz płytę i pokazujesz siebie tak, jak chcesz. Możesz to zrobić, bo nie jesteś od nikogo zależna, nie figurujesz w czyimś Excelu jako tabelka zysków i strat. Wartościowe rzeczy rodzą się w undergroundzie, poza głównym nurtem. W efekcie stratna jest na tym kultura, bo przez brak dystrybucji i promocji: bez telewizji, bez komercyjnych stacji, bez udziału w dużych medialnych wydarzeniach ciekawi artyści i ich projekty nie trafiają do szerokiej publiczności. Oczywiście dlatego, bo to się nikomu nie opłaca.
Nie pojawiła się na twojej drodze osoba, która proponowała ci bliską współpracę? Czy pojawiła, ale czułaś, że to nie jest dobry pomysł?
Miałam różne rozmowy, ale finalnie nie zdecydowałam się na żadną współpracę. Liczę, że któregoś dnia spotkam osobę otwartą na budowanie czegoś razem, która podzielałaby moje wartości, której chodzi o coś więcej niż o szybkie odcinanie kuponów. Ważna jest dla mnie zajawka. Nigdy nie zgodzę się na układ, w którym mam być komuś wdzięczna za to, że mogę być artystką, oddając mu swoje wynagrodzenie za pracę. Wspierają mnie zaś moi bliscy, np. mój brat, on w przeciwieństwie do mnie myśli wizualnie.
Wspomniałaś, że traci też na tym kultura, a kulturę powinno wspierać państwo. Napisałaś niedawno post, w którym przyznałaś, że czujesz się pozostawiona sama sobie jako artystka.
To, że napisałam ten post, jest już wyrazem mojej bezsilności i braku wiary, że cokolwiek się zmieni, że dobra, młoda, ambitna sztuka przestanie być zdana na siebie. Wkurzyłam się i w tym samym momencie założyłam zbiórkę. Przez ostatni rok zobaczyłam, że „Agnieszka” zgromadziła wokół siebie super społeczność – ludzi, którzy wspierają mnie i popierają taką muzykę bardzo konkretnie: kupują płyty, przychodzą na koncerty i czekają na kolejne wydawnictwa. Frustrujące i przykre jest to, że w praktyce to oni zapewniają dziś podstawowe „zaplecze” dla niezależnej kultury w Polsce, coś, co powinno być elementem systemowego wsparcia.
To trochę jak z WOŚP, którą zresztą co roku wspieram – kiedy system nie domaga, obywatele zrzucają się, żeby działało poza nim. W sprawnym państwie WOŚP nie musiałoby istnieć, bo na ochronę zdrowia tak jak na kulturę powinny wystarczać nasze podatki. Nie ma wystarczającej liczby stypendiów, a same aplikacje bywają tak złożone, że stają się dla artystów barierą. Do tego system nagród i stypendiów często premiuje tych, którzy już są na świeczniku, a ci, którzy potrzebują wsparcia najbardziej, zostają poza obiegiem, na co zwracał uwagę Kamil Piotrowicz przy okazji zeszłorocznych Paszportów Polityki. To błędne koło.

Basia Małecka: Nigdy nie zgodzę się na układ, w którym mam być komuś wdzięczna za to, że mogę być artystką Autor zdjęcia: Małgorzata Kowalska
Jak już wspomniałaś, lubisz brać sprawy we własne ręce, dlatego sama zorganizowałaś w Londynie spotkanie z producentem Astonem Rudim, który współpracował m.in. z Olivią Dean. Jak do tego doszło?
Zrobiłam to z przekory. Przez cały zeszły rok moją piosenką numer jeden było „Ladies Room” Olivii Dean – uwielbiam ją. A że jak słucham muzyki, to zawsze sprawdzam też kto ją napisał i wyprodukował, więc tak odkryłam Astona. Skomponowałam piosenkę, byłam z niej bardzo dumna, nagrałam ją u siebie w domu na dyktafon w telefonie i wysłałam mejlem. Napisałam też wprost, że kocham „Ladies Room” i że byłoby super się spotkać i popracować, ale nie wierzyłam, że to się wydarzy. A on odpisał, umówiliśmy się w Londynie i parę tygodni później spotkaliśmy się w jego studiu – tym samym, w którym powstawało „Ladies Room”. Stresowałam się, bo leciałam sama do Londynu i jechałam na drugi koniec miasta, a do tego to była moja pierwsza praca w studiu nad autorskimi rzeczami, i to z kimś tej rangi. Z tyłu głowy miałam też pytania: czy mój angielski wystarczy? Czy jako debiutantka dam radę? Co, jeśli mi się nie spodoba albo źle będę czuła się w studiu?
I jak to wyglądało?
Spotkałam się z ogromną otwartością na to, co proponuję. To dodało mi pewności, że mogę zaufać swoim pomysłom i że one są dobre. Przestałam się bać, że to, co wymyślam, jest słabe czy krindżowe, nie na jego poziomie. Wszystkie te spotkania, bo nad produkcją i brzmieniem utworu zawsze pracowaliśmy wspólnie na miejscu, były ogromną lekcją. I jasne, ludzie pytają: „Nie szkoda ci było tej kasy?”, bo stawki są w funtach. Ale myślę, że to jest takie doświadczenie, że warto było przeżyć nawet tylko po to, żeby kiedyś opowiadać o tym wnukom. A chodzi przecież o wiele więcej.
Jak rozumiem, efekty tej współpracy usłyszymy na twojej drugiej płycie, nad którą teraz pracujesz. Jaka ona będzie?
Jeszcze nie chcę za wiele zdradzać, ale na pewno bardzo osobista. Znowu będę pracować z moim bratem i przyjaciółmi. I chciałabym, żeby to był album, który jest czymś więcej niż tylko piosenkami: bardziej multimedialny, interdyscyplinarny, przez to bardziej wciągający słuchacza w środek procesu.
A brzmieniowo?
Inaczej niż „Agnieszka”, to będzie ponowny debiut. Eksploruję songwriting w stylu Joni Mitchell czy Carole King – bardzo chcę w tym nabrać pewności i pójść o krok dalej. A w jakiej to ostatecznie wyląduje formie i jak będzie ozdobione, jeszcze nie wiem. Jazz też gdzieś się pewnie przewinie, ale tak jak zawsze – raczej nieintencjonalnie. Chciałabym ci odpowiedzieć jak Joy Crookes. Ktoś spytał ją, w jakim gatunku tworzy, czy to nu jazz, neosoul czy pop, ona powiedziała, że nie wie, jej brzmienie to Joy Crookes.
Chcesz wydać tę płytę sama?
Jeśli pytasz mnie o to, czy przekażę komukolwiek kontrolę artystyczną – nigdy w życiu. Ale byłabym głupia, gdybym upierała się, że za wszelką cenę chcę szukać funduszy na własną rękę. To trudne, niemal nieosiągalne, a przez to bardzo wypalające. Bardzo marzę o dniu, w którym nie będę musiała wybierać między pracą na etacie a muzyką. I wreszcie mieć wystarczająco dużo przestrzeni w głowie, by usiąść nad płytą i na spokojnie ją wymyślić.
Basię Małecką w najbliższym czasie będzie można usłyszeć na żywo w Rudnikach (17.02), Dąbrowie Górniczej (22.02) i Łodzi (22.03).
Więcej w tym temacie:
Z dziennikarstwem związana od ponad dekady. Pracowała w redakcjach magazynów drukowanych i online, gdzie pisała m.in. o modzie, urodzie i kulturze. Ma również doświadczenie w content marketingu, które zdobywała przy projektach dla międzynarodowych marek. W tekstach najchętniej opowiada o ludziach – ich pasjach i doświadczeniach – a także o tym, jak żyć lepiej i bardziej świadomie. Uznaje książki tylko w wersji papierowej, rowerem najchętniej jeździ poza miastem i pije czarną kawę – bez cukru.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Muzyka
Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins
To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Muzyka
Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami
Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.
Muzyka
Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!
Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.
Muzyka
Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię
Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.
Muzyka
Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen
Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.
Muzyka
Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu
Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.
Muzyka
Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?
Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.
Muzyka
Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo
– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.