PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Blues? Mógł powstać tylko tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

Horror, film o wampirach, a może autorskie kino akcji? „Grzesznicy”, czyli najnowszy obraz Ryana Cooglera, to kino z gatunkowego rozdroża – rodzaj bombonierki, z której każdy może wybrać to, co sam uzna za stosowne. Ale i tak najważniejszy jest główny bohater – blues.

Udostępnij

Kadr z filmu „Grzesznicy”

Kadr z filmu „Grzesznicy” Autor zdjęcia: materiały prasowe Warner Bros. Pictures

Bez nazwy
29.12.2025

UWAGA! W treści znajdują się spoilery niektórych wątków filmu.

W najnowszym obrazie Ryan Coogler („Fruitvale”, „Creed”, „Czarna Pantera”) krąży znów wokół zagadnień ślepej przemocy i rasy – biorąc na warsztat nasiąkniętą krwią i rasizmem mitologię bluesa.

Utrzymany w konwencji horroru musical rozgrywa się na południu Stanów. Poza demonami przeszłości spustoszenie sieją tu wampiry, a nad całością ciąży nadprzyrodzone, wykraczające poza klasyczne kategorie winy i kary zło. Napędzający się z każdą sceną horror prowokuje do stawiania starych pytań na nowo. W tym kluczowego – o pochodzenie i naturę samego grzechu.
 

„Biali bardzo lubią bluesa. Tylko nie jego twórców”

Kilka tygodni po seansie „Grzeszników” w głowie mam wciąż jedną scenę.

Południowe słońce, prosta droga i wzbijający się spod kół kurz. Świat pozbawiony pamięci i początku, dla którego wielka historia to tylko kolejny obszarpany włóczęga. Drogą między ciągnącymi się po horyzont polami bawełny jedzie trzech czarnoskórych. Jeden z nich, Delta Slim, wytrawny bluesman i jeszcze wytrawniejszy grzesznik (w tej roli fenomenalny Delroy Lindo) – zaczyna snuć opowieść o tym, co spotkało jego przyjaciela.

Kadr z filmu „Grzesznicy”

Kadr z filmu „Grzesznicy” Autor zdjęcia: materiały prasowe Warner Bros. Pictures

„Ja i mój kumpel Rice wałęsaliśmy się razem po Delcie. Zgarnęli nas za włóczęgostwo. Biali szeryfowie zawieźli do aresztu. Był pusty. Myśleliśmy, że nas zabiją. Oddali nam instrumenty i kazali grać. Muzyka ulatywała oknami. Ludzie zatrzymywali się na ulicy. Nazajutrz jeden z szeryfów wymyślił, że wezmą nas w trasę i wsadzili nas do więźniarki. Zabrali do wielgachnego domu, było tam pełno białych. Zebrali od nich forsę – i kazali grać. Biali, dla których wystąpiliśmy, byli naprawdę dziani. Zagraliśmy też sporo bluesa. Biali bardzo lubią bluesa. Tylko nie lubią jego twórców. Białe pały kiwały łbami i tupały nogami. Niektórzy prawie trafiali w rytm. Zmienialiśmy go, by ich zmylić. (…) Rice powiedział, że zabierze forsę do Little Rock i założy mały Kościół. Cholerny głupek. Wyciągnął całą forsę, by zapłacić dwa dolce za bilet kolejowy. Zobaczył to konduktor. Dopadł go Klan. Znaleźli tę forsę w kieszeniach. Zmyślili historię, że zabił białego i zgwałcił jego żonę. Zlinczowali go jeszcze na tej stacji kolejowej. Do tego okaleczyli, odcinając męskość”.

Slim urywa, następuje moment ciszy. Po chwili, wraz z bolesnym mruknięciem, zaczyna uderzać dłonią, najpierw w kolano, potem w karoserię. Raz, drugi. Jeden dźwięk przechodzi w kolejny, z uderzeń powoli wydobywa się rytm. Ściśnięte gardło zaczyna nucić – to z bólu bierze się muzyka, której nie sposób pomylić z czymkolwiek innym.

Tym właśnie od samego początku był blues. 
 

Dusza sprzedana diabłu

Jego korzenie sięgają czasów niewolnictwa w USA. Sama nazwa wywodzi się od słowa blue – które po angielsku wyraża nie tylko kolor, lecz także rodzaj melancholijnego smutku z pogranicza cichej rozpaczy. W przypadku niewolników amerykańskiego Południa przełomu XIX i XX wieku smutek ten wyrażał bezsilność, samotność, a także głębokie poczucie daremności jakiegokolwiek buntu. Ich los był z góry przesądzony i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek zdołało ten bieg rzeczy odwrócić.

Przytoczona scena z filmu pozwala lepiej zrozumieć, że śpiew i muzyka były właściwie jedyną tratwą ratunkową, która pozwalała w takim smutku się nie utopić. Choćby i jego odmęty były równie zdradliwe i wzburzone co wody samej Missisipi.

Na tym gruncie filmowi „Grzesznicy” dotykają samego jądra bluesowej ciemności.

Film Ryana Cooglera czerpie bogato z legendy Roberta Johnsona, czyli czołowej postaci w historii bluesa. Wyraźne ślady jego biografii dźwiga na swoich barkach filmowy Sammie Moore (Miles Caton), czyli kuzyn czołowych bohaterów – bliźniaków Moore (podwójna kreacja Michaela B. Jordana). Sammie to diabelnie uzdolniony syn pastora, który schodzi z bogobojnej ścieżki – dzieciak obdarzony darem tworzenia muzyki tak prawdziwej, że aż zdolnej „przebić zasłonę między życiem i śmiercią”.

Wróćmy jednak do pierwowzoru.

Eric Clapton nazwał Johnsona „najważniejszym gitarzystą bluesowym, jaki kiedykolwiek żył”. „Zainteresował mnie, bo jego śpiew był wyrazem ogromnej rozpaczy i samotności. Sam byłem samotnikiem z wyboru, dlatego automatycznie zacząłem się z nim identyfikować” – podkreślał muzyk.

Johnson nie tylko zrewolucjonizował amerykańskiego bluesa – jego muzyka odcisnęła piętno na kolejnych pokoleniach, znacznie wykraczając poza ramy gatunku. Twórczość ta wywarła głęboki wpływ m.in. na Boba Dylana, Rolling Stonesów czy Jimiego Hendriksa. Sam większą część życia spędził na skraju ubóstwa, głównie grając, pijąc i wędrując. Zostawił po sobie w sumie 29 utworów. Tyle wystarczyło, by na zawsze zmienić historię muzyki. Grał tak ekspresyjnie, jakby na scenie był nie jeden człowiek, ale cała kapela. Łączył slide z precyzyjnym bendingiem, wprowadzał nowe akcenty przez tłumienie lub lekkie podciąganie strun, mieszał wpływy ragtime’u z bluesem miejskim i surowymi riffami charakterystycznymi dla bluesmanów znad Delty, dostrajał nawet własny wokal do partii gitarowej – słowem: śpiewał jak nikt dotąd, a grał przy tym tak, jakby gitarę stroił mu sam diabeł we własnej osobie.

Problem w tym, że niektórzy zaczęli tę diabelską ingerencję traktować na serio.

Jedno z wielu podań głosiło, że Johnson sprzedał duszę diabłu. Miało je zrodzić podejrzenie, że talent objawił się u niego dość niespodziewanie. Nie zapowiadał się bowiem na wybitnego muzyka. Większość młodości spędził w Robinsonville, gdzie miał okazję poznać ojców bluesa Delty (Charleya Pattona, Williego Browna, Sona House’a) – żaden z nich jednak nie zapamiętał, by młody Johnson zapowiadał się na aż tak wielki talent.

Pewnego dnia chłopak zniknął wszystkim z oczu. Po blisko roku powrócił jako wytrawny muzyk o umiejętnościach wprawiających w zdumienie.

Zaczęły krążyć historie, jakoby za artystyczną doskonałość przyszło mu zapłacić duszą. Zgodnie z lokalnym folklorem do spotkania z diabłem miało dojść na rozstaju dróg, czego ślad miał zresztą zachować się w tekstach piosenek Johnsona („Cross Road Blues”, „Me and the Devil Blues”).

Konszachtom z diabłem przypisywano też jego przedwczesną śmierć – zmarł w wieku zaledwie 27 lat, podobno po wypiciu zatrutej whisky. Nie zachowała się żadna dokumentacja, która by taką wersję potwierdzała bądź podważała.

Okoliczności tej śmierci doczekały się osobnej legendy – dość wspomnieć, że miejsce pochówku Johnsona do dziś pozostaje nieznane, zachowały się za to aż trzy nagrobki, które symbolicznie upamiętniają jego odejście. „Diabeł w końcu przyszedł po swoje” – choć prawdziwa sława miała nadejść dopiero później. (Kto wie, może i zgodnie z kontraktem, choć jeśli cyrograf faktycznie zawierał taki zapis, najpewniej został on spisany małym druczkiem).

Fakty są takie, że za życia Johnson był głównie kojarzony z utworem „Terraplane Blues”. Columbia Records wydała kolekcję wszystkich 29 nagrań dopiero w 1961 roku, pod tytułem „King of the Delta Blues” – legenda dopiero wówczas przekuła się w mit. Wspomniany Clapton przyznał, że gdy płyta ta po raz pierwszy trafiła w jego ręce, był w szoku. Szokujące były już same tytuły piosenek. „Każdy z nich opowiadał o śmierci i unicestwieniu. Na tej płycie był już wypisany jego koniec. Nieważne, czy zawarł pakt z diabłem, oszalał, został otruty, czy po prostu zniknął. Czytanie tych tytułów było jak czytanie scenariusza do filmu, w którym Robert Johnson sam miał zagrać główną rolę”.

Z diabelskim udziałem czy bez, jedno jest pewne: blues mógł zrodzić się tylko tam, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Więcej w tym temacie:

Bez nazwy

Krytyczka literacka, redaktorka, dziennikarka i eseistka. Specjalizuje się w prozie współczesnej i teorii kultury, zajmuje też fotografią, filozofią, sztuką i kinem. Od dekady w mediach. Przeprowadzała wywiady m.in. z Georgim Gospodinowem, Serhijem Żadanem, Jasmilą Žbanić, Hanną Krall, Cate Blanchett, Leszkiem Możdżerem i Jakubem Józefem Orlińskim. Jeśli akurat nie czyta, chodzi po lesie z psem (albo trawi przeczytane na rowerze). Propagatorka czarnej kawy i życia na pierwszym biegu.

Czytaj więcej

Kasia Lins w sesji dla GQ Poland

Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins

To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vinyl Corner w PRM Concept Store

Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami

Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.

Otsochodzi RIOTT

Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!

Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.

LeonKrzesniak

Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię

Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.

SL_SWAE LEE-SD_020126_CAR-CRASH_01_0670

Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen

Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.

Lech Janerka

Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu

Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.

Madonna

Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?

Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.