Tylko u nas: William Baldwin i amerykański horror w Warszawie
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Tylko u nas: William Baldwin i amerykański horror w Warszawie
Dla tego filmu William Baldwin przeprowadził się na miesiąc do Polski. W ekskluzywnym wywiadzie dla GQ Poland opowiedział, jak z prawnika stał się aktorem.
Udostępnij

William Baldwin na planie filmu „Blue Oyster” Autor zdjęcia: Karolina Nowaczyk
Środek nocy. Centrum Warszawy. Trzecie piętro budynku Wolf przy ulicy Marszałkowskiej. Długim korytarzem biegnie rozhisteryzowana kobieta umazana krwią. Woła o pomoc. Boi się o swoje życie. Jest zdezorientowana. Nikt jednak nie reaguje na jej krzyki. Wszystkiemu przygląda się tajemniczy, dystyngowany mężczyzna w cylindrze, koszuli i kamizelce. Na jego twarzy maluje się uśmiech – widać, że ból kobiety sprawia mu jakąś perwersyjną przyjemność. Nagle z mroku rozlega się donośny głos mężczyzny: „Cięcie! Mamy to. Przestawiamy się i kręcimy następną scenę!”. Zapalają się światła. Widać zgromadzoną ekipę filmową horroru „Blue Oyster”, która przygotowuje się do przestawienia sprzętu. Głos należał do reżysera Alejandro Hidalgo. – Teraz mamy przerwę, więc możemy porozmawiać – mówi, kładąc mi rękę na ramieniu, amerykański aktor William Baldwin (brat Aleca Baldwina), który w tej produkcji gra główną rolę.
Co wy tutaj kręcicie w Warszawie pod osłoną nocy?
Horror, roboczo zatytułowany „Blue Oyster”. Gram w nim postać Frankiego Wizarda, gospodarza pewnej śmiertelnej gry, w której uczestniczą profesor filozofii z amerykańskiego uniwersytetu, John Higgins, oraz jego studenci. Z okazji zakończenia semestru nauczyciel zaprasza pięcioro swoich podopiecznych na wystawną kolację do biurowca, ale ta szybko zamienia się w walkę o przetrwanie. Scenariusz napisał Loris Curci, a producentem jest polska firma Under Ski Tower.
W obsadzie mamy też kilku utalentowanych polskich aktorów, m.in. Michała Ochockiego i Mariusza Zaniewskiego. Powiem ci szczerze, mam ogromną nadzieję, że tym filmem uda nam się stworzyć nową franczyzę na miarę „Piły”. Jeśli miałbym nasz film do czegoś porównać, to powiedziałbym, że to połączenie „Mechanicznej pomarańczy” z „Willym Wonką i fabryką czekolady”, ale w konwencji slashera. Lubię ten gatunek, a grałem już chyba we wszystkim: w komedii, thrillerze, komedii romantycznej, dramacie, science fiction… Ostatnio zasmakowałem w horrorach. To właśnie na ich planach spędzam dziś najwięcej czasu.
Prywatnie jednak nie jesteś zwolennikiem przemocy w filmach. Jak godzisz to z graniem w takich produkcjach?
To nie do końca tak. Nie lubię w filmach bezsensownej przemocy ani scen seksualnych, które do niczego nie prowadzą i są tylko po to, by pokazać na ekranie czyjś biust albo strumień krwi. Jednocześnie brałem udział w pracach senackich nad ustawą chroniącą wolność słowa w produkcjach filmowych, bo pojawiło się zagrożenie, że rząd amerykański będzie chciał ją ograniczyć. Na własnej skórze przekonałem się o tym w 1989 roku, przy okazji premiery filmu „Linia życia” (film o studentach medycyny prowadzących eksperymenty nad śmiercią kliniczną – przyp. red.), w którym zagrałem z Julią Roberts, Kieferem Sutherlandem i Kevinem Baconem. Wtedy oskarżano nas, że młodzi ludzie mogą próbować naśladować bohaterów filmu. Dla mnie to było niedorzeczne. Takie zarzuty można by postawić każdej produkcji filmowej czy telewizyjnej. Pamiętam, że bardzo to przeżyłem i nie mogłem pojąć, dlaczego 99,99% widzów miałoby nie obejrzeć filmu, bo 0,01% mogłoby potraktować go zbyt dosłownie. Przy takim podejściu musielibyśmy wyrzucić z kultury takie postacie jak Patrick Bateman czy Willy Wonka i wielu innych. Zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że fikcyjna postać „promuje przemoc”.

Ekipa filmowa na planie horroru „Blue Oyster” Autor zdjęcia: materiały prasowe
Czyli chodzi tak naprawdę o sposób, w jaki takie rzeczy są ukazywane na ekranie?
Właśnie. Najlepszą lekcją budowania napięcia były dla mnie „Szczęki” Stevena Spielberga. Wiesz, że młody reżyser był bardzo niezadowolony z tego, jak w kamerze prezentował się mechaniczny rekin stworzony do filmu? Dlatego kombinował, jak wystraszyć widza, nie pokazując potwora. Zmieniał montaż, muzykę, kadry. Ostatecznie najbardziej boimy się tego, czego nie widać. Nasza wyobraźnia sama uzupełnia to, czego nie widzimy na ekranie – i często tworzy obrazy znacznie straszniejsze niż te, które mógłby nam pokazać reżyser. Podobnie było w „Milczeniu owiec”. Właśnie takie filmy lubię, gdzie twórcy zostawiają widzowi przestrzeń, by jego wyobraźnia mogła pracować.
Co było w scenariuszu „Blue Oyster”, że zgodziłeś się przeprowadzić na prawie miesiąc do Warszawy i wziąć udział w tej produkcji?
Postać mnie uwiodła. Nikt wcześniej nie zaproponował mi aż tak diabolicznego bohatera. Chciałem sprawdzić, czy dam radę. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem scenariusz z moją żoną, od razu poczułem, że to coś dla mnie. I pewnie mi nie uwierzysz, ale chciałem też zobaczyć, jak pracuje się w Warszawie. Często kręciłem w Europie: w Rumunii, Serbii, Bułgarii, Kosowie, Albanii, ale nigdy w Polsce. Postanowiłem to zmienić.

William Baldwin jako Frankie Wizard, gospodarz śmiertelnej gry Autor zdjęcia: Karolina Nowaczyk
Dlaczego porzuciłeś karierę prawniczą dla aktorstwa?
To wszystko wina mojego brata Aleca. To on wciągnął nas wszystkich do świata show-biznesu. Jak wspomniałeś, chciałem zostać prawnikiem. Studiowałem politologię, działałem w młodzieżowych strukturach politycznych i instytucjach charytatywnych. Regularnie zapraszano mnie do siedziby Kongresu USA, gdzie odbywałem praktyki.
Byłem na dobrej drodze, by zostać nie tylko prawnikiem, lecz także może politykiem. Marzyłem o tym od 12. roku życia. Mój tata uczył historii, więc od zawsze byłem z nią związany. Aż tu nagle Alec, starszy ode mnie o pięć lat, rzucił szkołę w Waszyngtonie, przeprowadził się do Nowego Jorku i zaczął studiować aktorstwo. Rok później dostał angaż w jakiejś operze mydlanej, a jego twarz regularnie pojawiała się w telewizji.
Wtedy byłem na pierwszym roku studiów. Gdy miałem przerwę lub święta, jeździłem do Nowego Jorku, żeby go odwiedzić na planie. Chciałem zobaczyć, jak to wszystko wygląda od kulis. Pierwszego dnia zabrał mnie na kawę ze swoimi znajomymi. I nagle siedzę przy stoliku z jego narzeczoną, aktorką Janine Turner, oraz jej koleżanką z planu, 19-letnią wówczas Demi Moore. Byłem tak oczarowany, że postanowiłem pójść w jego ślady. Dwóch pozostałych naszych braci zrobiło to samo.
Musisz być w czepku urodzony, bo debiutowałeś w „Urodzonym czwartego lipca” Olivera Stone’a z Tomem Cruise’em.
Nic nie dzieje się przez przypadek. Przyszedłem na casting do tego filmu – kolejka chętnych była ogromna. Zarówno Stone, jak i Cruise byli już wtedy nazwiskami, z którymi każdy chciał pracować. A ja? Nie miałem żadnego doświadczenia. Byłem żółtodziobem, dla którego był to dopiero drugi casting w życiu. Ale miałem coś, czego inni nie mieli.
Co takiego?
Wiedzę, kim był Ron Kovic, którego w filmie grał Tom Cruise. Znałem go osobiście, bo pochodził z mojego miasteczka. Mój ojciec uczył go historii w szkole. Od piątego roku życia odwiedzałem go w ośrodku dla weteranów na Bronksie. Kiedy opowiedziałem o tym Stone’owi, jego szczęka opadła. Myślał, że wymyślam, że próbuję go oszukać. Gdy jednak zorientował się, że mówię prawdę, zatrudnił mnie od razu. To jeszcze nie znaczyło, że dostanę znaczącą rolę. Stoczyłem walkę z Tomem Sizemore’em o postać jednego z weteranów i przegrałem – był po prostu lepszy, miał doświadczenie. Byłem przybity, ale Stone powiedział, że i tak zabiera mnie na plan na Filipiny i że tam znajdzie mi coś do zagrania. I tak właśnie się stało.
Kiedy spojrzeć na obsadę, można zauważyć, że w tej produkcji pojawiło się więcej Baldwinów.
To prawda (śmiech). Finalnie zagrali tam także moi bracia Daniel i Stephen. Dla każdego coś się znalazło.

Autor tekstu Dawid Muszyński z aktorem Williamem Baldwinem w Warszawie Autor zdjęcia: materiały prywatne autora
Więcej w tym temacie:
- „Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
- „Wędrówka na północ” – cichy buntownik we wrzeszczącym świecie
- „Obsesja” najbardziej dochodowym horrorem roku. Skąd fenomen filmu?
- Czy Paul Anthony Kelly to najbardziej stylowy aktor nowego pokolenia?
- Foto-pamiętnik Leny Góry z warszawskiej premiery „Erupcji”
- Odszedł Krzysztof Piesiewicz. Dokładnie w dniu premiery filmu „Historie równoległe”, który bez niego by nie powstał
Redaktor z 20-letnim doświadczeniem. Branża filmowa nie ma przed nim tajemnic. Miał niezwykłą okazję podglądać z bliska maestro Ennia Morricone przy pracy podczas jednego z jego muzycznych tournée. Przeprowadzał wywiady z takimi mistrzami kinematografii, jak Ridley Scott, Denis Villeneuve, Robert De Niro, Sylvester Stallone, Samuel L. Jackson i wielu innych.
Obecnie jest redaktorem naczelnym portalu o filmach i serialach naekranie.pl. W przeszłości pisał m.in. dla „Przekroju”, „Machiny”, „Playboya”, „Esquire’a”, „Maxima”, „Wprost” czy „Pani”. Uwielbia relaksować się na kanapie, grając w przygodówki na konsoli.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.