A co, jeśli Disney faktycznie został zamrożony po swojej śmierci?
PARTNERZY SERWISU
Sylwetki
A co, jeśli Disney faktycznie został zamrożony po swojej śmierci?
Opowieści o słynnym nieboszczyku czekającym w zamrażarce na czasy, kiedy medycyna będzie potrafiła poradzić sobie z leczeniem agresywnych nowotworów, krążą po świecie już od wielu dekad i jest to chyba jedna z najbardziej utrwalonych miejskich legend w historii. Zaraz obok tej o autyzmie czającym się w chmurach kondensacyjnych samolotów pilotowanych przez iluminackich reptilian.
Udostępnij

Autor zdjęcia: Getty Images, kolaż Klaudia Adamek
Walt Disney z całą pewnością słyszał o krionice, czyli procedurze polegającej na zamrożeniu ludzkich szczątków w ekstremalnie niskiej temperaturze. Temat ten elektryzował społeczeństwo już w połowie ubiegłego wieku. I nie mówimy tu tylko o teorii. Doskonale rozwijała się już wówczas technologia kriokonserwacji ludzkiego materiału biologicznego. W latach 50. świat obiegła wieść, że udało się skutecznie zamrozić i rozmrozić plemniki, później wykorzystane do inseminacji trzech kobiet. Logiczne jest więc to, że szybko zaczęto snuć futurystyczne wizje o możliwości umieszczenia całego człowieka w komorze kriogenicznej. Zaczęły nawet powstawać pierwsze firmy, które ewidentnie widziały w tym potencjalny zarobek.
Jedną z nich była założona w Phoenix Cryo-Care Equipment Corporation, która zainwestowała nawet w opracowanie specjalnych, mobilnych kapsuł. To i inne przedsiębiorstwa przetarły szlaki dla specjalistycznych klinik – jakby nie patrzeć – żerujących na wierze w cudowne przywrócenia mrożonych umarlaków do życia. W połowie lat 60. zamrożono ciekłym azotem pewną anonimową kobietę. Biorąc pod uwagę, że nieboszczka wcześniej została zabalsamowana i przez dwa miesiące spoczywała w kostnicy, jej ewentualny powrót do świata żywych mógłby się udać chyba tylko za sprawą jakiegoś zakapturzonego nekromanty, a nie nauki.
Walt Disney i krionika – między nauką, strachem przed śmiercią i miejską legendą
Nie jest wykluczone, że o tym głośnym wydarzeniu dowiedział się i sam Disney. Czy to jednak oznacza, że zainwestował on część pieniędzy zarobionych na animacjach o Kaczorze Donaldzie i sam kazał umieścić się w zamrażarce z ciekłym azotem? Oczywiście, że nie. Potentat przemysłu rozrywkowego trafił do szpitala, gdzie wykryto u niego bardzo agresywny nowotwór płucny, który prawdopodobnie był następstwem dekad nałogowego palenia papierosów. Disney opuścił ten świat w grudniu 1966 roku, czyli mniej więcej w czasie pierwszych, słabo udokumentowanych eksperymentów z zamrażaniem nieboszczyków. Ani w jego testamencie, ani w relacjach pracowników nie pojawiły się żadne informacje o jego rzekomej woli trafienia po śmierci do komory krionicznej. W akcie zgonu istnieje za to zapis o tym, że słynny producent został skremowany.
Nie wiadomo dokładnie, kiedy pojawiły się plotki o przeprowadzeniu na nieżywym już Disneyu eksperymentalnej procedury. Pewne jest to, że szczególną rolę w ich spopularyzowaniu odegrały jego dwie sensacyjne biografie: „Disney’s World” Leonarda Mosleya z 1986 roku oraz „Walt Disney: Hollywood's Dark Prince” Marca Eliota z 1993 roku. Obie były krytykowane za przeinaczanie faktów, a wręcz mocne mijanie się z nimi. W obu przypadkach autorzy bardzo czule pielęgnowali niedorzeczne teorie na temat pośmiertnych losów filmowca, sugerując np., że wykazywał on niezdrową obsesję na punkcie śmierci i makabrycznych eksperymentów, na co niezbitym dowodem miała być… kreskówka z 1933 roku, w której to szalony naukowiec usiłował urżnąć psu Pluto głowę i przeszczepić ją kurczakowi.
Innym tropem było to, że opinia publiczna nie została od razu poinformowana o śmierci Disneya, a sam pogrzeb okazał się prywatną ceremonią, w której brali udział tylko najbliżsi – wiadomo, to wszystko miało przecież ułatwić przeprowadzenie krionicznych procedur na ciepłym jeszcze nieboszczyku.
Tymczasem pierwsza w historii osoba, którą poddano temu zabiegowi, została po roku odmrożona i pochowana. Do życia bynajmniej nie wróciła. Zresztą do 1974 roku wszyscy zmarli, których zdecydowano się w ten sposób potraktować, ostatecznie zostali wyjęci ze swoich komór i należycie umieszczeni w ziemi. Jedynym wyjątkiem jest tu profesor psychologii z Uniwersytetu w Kalifornii, James Bedford – mężczyźnie temu, parę godzin po stwierdzeniu zgonu, wpompowano w żyły substancję zawierającą dimetylosulfotlenek, który miał zapobiec powstawaniu w ciele kryształków lodu. Rekordzista w dziedzinie najdłuższego przebywania w ciekłym azocie znajduje się obecnie w siedzibie Alcor Life Extension Foundation – organizacji non profit zajmującej się zamrażaniem zarówno całych ciał, jak i samych ludzkich głów oraz prowadzeniem badań nad krioniką. Zresztą sam Bedford w swoim testamencie przekazał na ten cel okrąglutkie 100 tys. dolarów.
Czy Walt Disney mógł być jednym z nich? Fakty kontra fantazje
Załóżmy, że popularna teoria, według której Disney miałby czekać na swoją dawkę leku mającego zapewnić mu natychmiastową remisję choroby jest prawdziwa, to czy w ogóle dałoby się ożywić? Wygląda na to, że nie. Mimo że założenia samej idei są jak najbardziej szlachetne, to niestety na przeszkodzie stoi parę czynników, z których powodu twórca wielkiego, filmowego imperium raczej nie mógłby wrócić do swoich pracowych obowiązków. Głównie taki, że po odmrożeniu i po przeprowadzeniu na nim całej masy reanimacyjnych zabiegów, prawdopodobnie mężczyzna nadal pozostawałby wyraźnie nieżywy.
Wnioski, że sprawa nie będzie tak prosta, jakby mogło się to wydawać, wyciągnęli już XIX-wieczni uczeni. Dzięki nowince technologicznej, jaką był mikroskop optyczny, zaczęli obserwować zachowanie komórek roślin, które poddano działaniu bardzo niskich temperatur. Mimo że na pierwszy rzut oka po odmrożeniu próbka wyglądała całkiem zdrowo, to po bliższym przyjrzeniu się wyszło na jaw, że obecna w organizmie woda po zamarznięciu tworzy krystaliczne formacje, które rozrywają struktury komórkowe. Pierwsi badacze nazwali to pękaniem protoplazmy, jednak dopiero późniejsze badania pozwoliły na bliższe opisanie zjawisk zachodzących wewnątrz komórek poddanych działaniu niskich temperatur.
Wydawać by się mogło, że był to problem absolutnie nie do przeskoczenia, a jednak zwykły przypadek doprowadził do naprawdę wielkiego przełomu. W latach 40. ubiegłego wieku zespół uczonych z londyńskiego National Institute for Medical Research pracował nad sposobem przechowywania nasienia zwierząt hodowlanych. Podczas jednego z doświadczeń ktoś pomylił próbki i zamiast pracować z cukrem, badacze prowadzili eksperymenty z gliceryną. Substancję tę dodano do materiału badawczego, zamrożono ją do blisko -79 stopni Celsjusza, a następnie rozmrożono. Okazało się, że plemniki szybko odzyskały swoją ruchową sprawność. Po kilku kolejnych doświadczeniach uczeni w 1949 roku podzielili się ze światem pracą naukową, w której potwierdzili, że oto po raz pierwszy w historii udało się przeprowadzić udany proces odwracalnego zamrożenia komórki ssaka. A to oznaczało, że po dopracowaniu tej metody można było tworzyć banki nasienia, a w przyszłości również – banki krwi!
Ten niewątpliwy sukces brytyjskiego zespołu stanowił prawdziwą rewolucję w medycynie, ale nadal nie wnosił niczego nowego do krioniki jako procedury zamrażania całego człowieka, by potem móc go wskrzesić, wyleczyć, ładnie uczesać i oddać światu. Cóż, na pewno dla pierwszych, zachłyśniętych tą ideą, badaczy wyniki ich badań przeprowadzonych na owadach były bardzo obiecujące, ale wychłodzona, a następnie „ożywiona” larwa muchy nawłociowej to nadal tylko prosty, znacznie mniej złożony organizm niż ludzkie ciało. Wiele z tych zwierząt wykształciło u siebie mechanizmy, które pozwalają im przetrwać mroźne zimy. Niektóre np. produkują naturalne krioprotektory ograniczające powstawanie lodu wewnątrzkomórkowego.
Mózg jako ostatnia nadzieja krioniki
Tego typu preparaty zaczęto stosować stosunkowo wcześnie podczas prób umieszczania w ciekłym azocie pierwszych, ludzkich „pacjentów”. Niestety, mimo to nadal w komórkach dochodziło do nieodwracalnych mikrouszkodzeń. W tej sytuacji postanowiono skupić się na opracowaniu skutecznej metody zamrażania samego mózgu.
Takie badania prowadzono już w latach 60. i 70. Na przykład dr Isamu Suda opublikował w prestiżowym magazynie „Japanese Journal of Physiology” wyniki swoich badań nad mózgiem kota. Organ został opłukany w roztworze z glicerolu, a następnie schłodzony do temperatur rzędu -20 stopni Celsjusza. Po rozmrożeniu tkanka oglądana pod mikroskopem nie była zbyt uszkodzona, a badania EEG wykazały pewne ślady aktywności niektórych obszarów zawartości kociego łebka. Nadal to jednak nie oznacza, że wystarczyłoby podpiąć tę „jednostkę centralną” pod resztę kota, by ten słodko się przeciągnął, ziewnął, wszedł uczonemu na kolana i mrucząc, domagał się pieszczot.
Pomyślmy jednak, co zrobilibyśmy z ujawniającym pewne ślady funkcjonowania mózgiem faceta, który stworzył Myszkę Miki… Na ten moment raczej niewiele, ale wyniki prowadzonych od dziesięcioleci doświadczeń dają jakieś nadzieje na przyszłość. Tutaj wchodzimy już jednak w regiony fantastyki naukowej, bo oprócz naprawienia potencjalnych skaz powstałych w procesie zamrażania oraz solidnego niedotlenienia organu, przyszli naukowcy staną przed zadaniem przeszczepienia mózgu do np. specjalnie wyhodowanego ciała lub do urządzenia, dzięki któremu organ ten odzyska świadomość.
Ten scenariusz przypomina trochę element fabuły filmu „Robocop”, w którym najważniejsze elementy układu nerwowego zabitego policjanta zostały zainstalowane w bebechach maszyny, a po jej uruchomieniu stopniowo były przywracane wspomnienia, osobowość i charakter resztek człowieka, który był uwięziony pod blachą, plątaniną kabli i labiryntów z układów scalonych.
Najwyraźniej jednak taka wizja nie przeraziła setek członków wspomnianej już fundacji Alcor Life Extension Foundation. Większość z tych osób zdecydowała się bowiem na poddanie krioprezerwacji jedynie swoich głów lub wyjętych z nich zawartości. Ta – szczerze mówiąc – trudna do spełnienia, „obietnica nieśmiertelności”, w przypadku samych tylko mózgów kosztuje między 90 a 100 tys. dolarów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zapłacić za tę usługę trzeba za życia. Tego pierwszego, bo drugiego prawdopodobnie nigdy nie będzie...
W połowie Peruwiańczyk, w całości – podróżnik na wiecznym, dopaminowym głodzie. Od lat wałęsa się po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie szuka przygód i z uporem maniaka pakuje się w coraz to większe kłopoty. Przez ostatnie dwie dekady wyprodukował sporo reportaży o swoich wyprawach dla takich magazynów jak „Focus”, „Angora”, „Poznaj Świat” czy „CKM”. Ma też na swoim koncie kilka tysięcy mniej lub bardziej poważnych artykułów napisanych dla Joe Monstera. Prywatnie jest zawodowym leniem figurowym, miłośnikiem ciężkiego rocka oraz kiczowatego kina z lat 80. Lubi też żurek i ruskie pierogi. Od niedawna razem z ekipą kilku innych podróżniczych zapaleńców prowadzi agencję turystyczną Po Peru.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Sylwetki
Pośród mizoginów, klakierów Trumpa i konformistów bądź jak Borja Iglesias
„Takich sojuszników potrzebujemy” – chciałoby się rzec, obserwując, jak piłkarz zwycięskiej mundialowej drużyny, angażuje się w sprawy, wobec których większość jego kolegów przechodzi obojętnie. Ale może Borja Iglesias nie tyle jest bohaterem, ile po prostu zachowuje się po ludzku?
Sylwetki
Artur Dela: „Nie trzeba znać się na sztuce, żeby z nią żyć”
Na emigrację uciekł bez bagażu. Trzy miesiące po upadku komuny odwiedził Polskę, by wrócić dopiero 25 lat później z kapitałem i planem, żeby wydać pieniądze we własnym kraju. Zbudował kilka przedsiębiorstw i znaczącą kolekcję sztuki. W zasadzie z tej samej branży, bo sztuka też jest energią.
Sylwetki
Cezary Pazura: „Komedie to w Polsce bilet w jedną stronę”
Kultowy aktor, a teraz gospodarz „LOL: Kto się śmieje ostatni” w Prime Video, opowiada o 40 latach kariery, cenie komediowej popularności i rolach, na które wciąż czeka.
Sylwetki
Ojciec chrzestny streetwearu. Jak Nigo zdefiniował modę i hype
Sprowadzenie biografii Nigo do stanowiska dyrektora kreatywnego Kenzo to duże niedopowiedzenie. Kolekcjoner, pasjonat mody, hip-hopu i wszystkiego, co vintage, od ponad 30 lat wyznacza kierunek, w którym podąża streetwear, nieustannie szukając twórczej i życiowej równowagi.
Sylwetki
Jeremy Sochan. Władca pierścienia
W wieku 23 lat Jeremy Sochan jako pierwszy Polak został mistrzem NBA. Na ten sukces NY Knicks czekali aż 53 lata, a Sochan występuje w ich barwach dopiero pierwszy sezon. Czy to początek wielkiej kariery polskiego koszykarza? – Ten chłopak miał wielkie marzenia, które teraz się spełniają – mówi w rozmowie z GQ Poland Magdalena Tronina, koszykarka, trenerka i przyjaciółka rodziny Sochanów.
Sylwetki
Masza Wągrocka o lęku, odwadze i dorastaniu
„Matki pingwinów” przyniosły jej przełom, a „Znieczulenie” otwiera kolejny rozdział kariery. W rozmowie Masza Wągrocka opowiada o nierównym traktowaniu aktorek w branży, lęku, który przez lata napędzał jej życie, i momencie, w którym przestała bać się dorosłości.
Sylwetki
Najlepszy timing świata według Kyliana Mbappégo
Kapitan reprezentacji Francji Kylian Mbappe został najlepszym strzelcem w historii swojego kraju, strzelając 16 czerwca br. dwie bramki przeciwko Senegalowi na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2026. Pobił tym samym rekord Oliviera Giroud, który zdobył 57 goli.
Sylwetki
Hugh Jackman: od Wolverine’a do Robin Hooda. Jak został człowiekiem od zadań specjalnych?
Niegdyś wuefista, dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Hollywood. I choć swoją popularność zawdzięcza marvelowskim blockbusterom, portfolio 58-letniego Hugh Jackmana oferuje znacznie więcej niż akcję skrojoną pod fanów komiksów i przeznaczoną wyłącznie na duży ekran.