Jak „Euforia” ściemnia w sprawie pracy seksualnej?
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Jak „Euforia” ściemnia w sprawie pracy seksualnej?
Sam Levinson w trzecim sezonie „Euforii” niemal obsesyjnie wikła każdą bohaterkę w świadczenie usług seksualnych. Jak jego wizję oceniają osoby, które rzeczywiście wykonują tę pracę? O tym opowiada nam Sonia Nowak, która od lat walczy o prawa osób w branży.
Udostępnij

Niemal każda bohaterka serialu świadczy usługi seksualne – czy to przez taniec w klubie, Only Fans czy escorting Autor zdjęcia: Materiały prasowe/kolaż Klaudia Adamek
Finał najnowszej odsłony serialu, który namieszał w popkulturze i spolaryzował publikę, tuż-tuż. Zanim jednak poznamy ostateczne losy bohaterów „Euforii”, sprawdzamy, co trzeci sezon mocno eksplorujący temat pracy seksualnej próbuje nam o niej powiedzieć. Do rozmowy zaprosiłam Sonię Nowak – pracownicę seksualną i performerkę, która jest w branży od 2012, a w latach w latach 2016-2024 działała w kolektywach, organizacjach feministycznych i związku zawodowym United Sex Workers w Londynie, walcząc o prawa kobiet i osób zajmujących się pracą seksualną. W 2020 roku wygrała precedensową sprawę w brytyjskim sądzie pracy o przyznanie statusu pracownicy w klubie, który wymuszał pracę na samozatrudnieniu.

Sonia Nowak: „Jeśli uznać, że praca polegająca na odgrywaniu ról i „byciu na widoku” o świadczy o kompleksach, desperacji i potrzebie atencji, to podobnie moglibyśmy interpretować aktorstwo” Autor zdjęcia: Eleonora Di Marino
Paulina Januszewska: W „Euforii” jedna z bohaterek – grana przez Rosalíę tancerka klubowa o pseudonimie Magick – musi pracować w przyozdobionym błyskotkami kołnierzu ortopedycznym. Scena, w której mimo urazu wykonuje taniec jest zjawiskowa i zabawna jednocześnie, ale czy prawdopodobna?
Sonia Nowak: Tak się składa, że podobna sytuacja przydarzyła mi się dziesięć lat temu, gdy pracowałam w klubie. Podczas zmiany spadłam z rurki prosto na głowę, bo źle zahaczyłam kolanem o rurę. Nikt nawet nie zasugerował, żebym pojechała na ostry dyżur. Poszłam do szpitala dopiero następnego dnia, gdzie zrobiono mi tomograf i inne prześwietlenia. Na szczęście okazało się, że nie doszło do żadnych poważniejszych uszkodzeń, ale lekarze zalecili mi noszenie przez dwa tygodnie kołnierza ortopedycznego, żeby zabezpieczyć odcinek szyjny.
Co na to twoi pracodawcy?
Na wieść, że nie mogę wykonywać swoich obowiązków, szef nie chciał ze mną rozmawiać i odesłał mnie do menadżerki. To był zresztą dość chaotyczny moment, bo nowy właściciel dokonywał częściowego przejęcia klubu i nikt do końca nie wiedział, kto odpowiada za grafiki czy wypłaty. Menedżerka stwierdziła jednak, że skoro nie mogę tańczyć, będę zarabiać na sprzedaży drinków.
– Przecież mam kołnierz! – odparłam, a ona na to: – Więc założysz na niego apaszkę. Pamiętam, że pomyślałam wtedy: „kto będzie chciał mnie w takim stanie?”. Przecież klienci w klubie płacą za określone fantazje. Oczekują towarzystwa dziewczyn, które mają ich zabawiać, wysłuchiwać problemów i wyglądać stereotypowo atrakcyjnie, czy też wpisywać się swoim wyglądem w lansowane kanony piękna. Skończyło się na tym, że przystałam na polecenie służbowe. Zagadywałam klientów, żartując sobie z kołnierza, ale ostatecznie chyba szefostwo samo doszło do wniosku, że to się nie sprawdza i psuje wizerunek klubu, bo dali mi na tydzień wolnego na regenerację.
A pensję za czas spędzony w domu?
Oczywiście, że nie. Nie miałam przecież żadnej umowy. I to stanowi jeden z największych problemów tej branży – szczególnie w krajach, gdzie praca w klubach jest wprawdzie legalna, jak w Polsce, ale ich właściciele robią wszystko, żeby ominąć kwestie zatrudnienia czy opłacania składek. W efekcie dziewczyny często dostają pieniądze wyłącznie do ręki albo podpisują fikcyjne umowy, w których widnieją na przykład jako hostessy.
Chyba części osób to odpowiada?
Tak, ale to wynika z ogromnej stygmatyzacji pracy seksualnej. Niektóre pracownice faktycznie boją się umów, bo widnieje na nich nazwa klubu i istnieje ryzyko ujawnienia miejsca pracy. Nic dziwnego, że wolą funkcjonować „na gotówce” bez żadnych praw. Niestety zdarza się, że kluby nie wypłacają pieniędzy za przepracowaną zmianę (zwłaszcza przy bardzo dużych kwotach). I choć sama miałam takich sytuacji niewiele, bo w większości. dostawałam tyle, ile zarobiłam, to bynajmniej nie jest reguła. Wyzysku jednak „Euforia” nie pokazuje.
Serial zbiera znacznie więcej zarzutów o niewiarygodność, utrwalanie uprzedzeń i przedmiotowe traktowanie osób świadczących usługi seksualne, ale jednocześnie można odnieść wrażenie, że Sam Levinson ma wręcz obsesję na punkcie tym rodzaju pracy. Niemal każda bohaterka jest z nią w jakiś sposób związana – czy to przez taniec w klubie, OnlyFans, czy escorting. Skoro jednak mówisz, że mogłaś utożsamić się z Magick, to jak odbierasz resztę? Masz poczucie, że Levinson rzeczywiście próbował dowiedzieć się czegoś o tej branży?
Żeby było jasne: utożsamiam się tylko z wypadkiem, jaki się jej przytrafił. W serialu oglądamy zarówno do bólu stereotypowe, często krzywdzące przedstawienia pracy seksualnej, jak i takie, które mają oparcie w rzeczywistości. Rozpoznaję w poszczególnych scenach sytuacje, które są uniwersalne, więc zakładam, że Levinson przynajmniej częściowo mógł się z tym światem zetknąć. Ale czy rozmawiał z osobami z branży i robił research? Nie wiem i wydaje mi to mniej istotne od wszystkiego, co reżyser osiągnął sensacyjną ze względu na podjęty temat produkcją. Dosłownie wykorzystał osoby pracujące seksualnie jako narzędzie marketingowe, ponieważ zapewne wiedział, że zareagują na przedstawiony obraz: wzmogą dyskusję w mediach, a serial zyska zainteresowanie. Najbardziej obrzydliwy wydaje mi się fakt, że Levinson najprawdopodobniej właśnie taki efekt zamierzał osiągnąć, co tylko podkreśla jego bezwzględnie kapitalistyczne podejście do serialu, w którym aż roi się od uproszczeń. Nie mogę ich przemilczeć.
Które uważasz za największe pójście na skróty?
Sposób pokazania pracy online oraz uogólnienie pracy w branży escortingu. W „Euforii” wygląda to tak, jakby wystarczyło mieć pomysł, być atrakcyjną, znaleźć niszę, a pieniądze zaczynają płynąć same.
Tak nie jest?
Ogromną część pracy online stanowi promocja w internecie, o której serial praktycznie nie wspomina albo sprowadza do wkupienia się w łaski znanego influencera celem zdobycia widoczności. Prawda wygląda tak, że w mediach społecznościowych bardzo trudno jest reklamować treści erotyczne i nawet ogrzewanie się w blasku dużego konta tego nie zmieni. Instagram, X czy TikTok ucinają albo ograniczają zasięgi użytkowników już za samo użycie słów kojarzących się z erotyką. Shadowbany dotykają nie tylko osób pracujących seksualnie, ale nawet kont prowadzących edukację seksualną. Problem polega na tym, że bez obecności na tych kanałach praktycznie nie da się funkcjonować online. „Euforia” pomija cały wymiar związany z moderacją treści i cenzurą platform, przekonując, że trzeba tylko „dobrze trafić z timingiem”.
Ale to się przecież zdarza.
Oczywiście w czasie pandemii i boomu na OnlyFans wiele osób próbowało – często z powodzeniem – wejść do branży. Aby jednak w niej przetrwać, trzeba wykonać ogrom mozolnej pracy organizacyjnej i marketingowej. Co do escortingu jeden klient, który „ustawia całe życie” i jest niczym róg obfitości to mit. Główny zarzut polega na tym, że „Euforia”, choć nie jest dokumentem i nie ma obowiązku wiernie przedstawiać realiów pracy seksualnej, dla wielu odbiorców staje się podstawowym źródłem wiedzy o tematach objętych społecznym tabu.
Jak jeszcze Sam Levinson mija się z prawdą?
Przykładowo Cassie, grana przez Sydney Sweeney, tworzy treści, które w rzeczywistości prawdopodobnie nie przeszłyby moderacji OnlyFans. Serwisy tego typu bardzo restrykcyjnie podchodzą do materiałów mogących kojarzyć się z fetyszyzacją nieletniości, zwierząt czy innymi zakazanymi kategoriami. Jednocześnie sama postać Cassie jest przedstawiona w sposób niekonsekwentny.
Co dokładnie masz na myśli?
Z jednej strony serial pokazuje ją jako osobę naiwną, zdesperowaną i uzależnioną od uwagi innych. Z drugiej – sugeruje, że bohaterka świadomie odgrywa określoną rolę i rozumie kapitalistyczną logikę branży, w której ciało oraz emocje stają się narzędziem pracy, ale też mogą mieć efekt w jakimś sensie emancypacyjny. I właśnie to mogło być naprawdę odświeżające, ale główna narracja odbiera bohaterce sprawczość. Widz nie skupia się na tym, czy Cassie odczuwa niezależność, satysfakcję, przyjemność, z tego, co robi, lecz ma litować się nad nią. Już na początku główna serialowa postać – Rue (Zendaya) – ustawia przecież ten kierunek, mówiąc, że Cassie „robiła wszystko i dawała się upokorzyć”. Pojawia się tu zresztą jeszcze jeden ciekawy paradoks.
Jaki?
Jeśli uznać, że praca polegająca na odgrywaniu ról i „byciu na widoku” o świadczy o kompleksach, desperacji i potrzebie atencji, to podobnie moglibyśmy interpretować aktorstwo. A jednak, oglądając Meryl Streep czy Pedro Pascala, raczej nie reagujemy współczuciem. Cassie sama, zresztą, nie określa swoich działań jako pracy seksualnej – mówi o performansie i empowermencie. To interesujące, bo podobny język bywa dziś używany przez niektóre osoby w branży, by odczarować społeczne tabu wokół pracy seksualnej, jak i po to, by rozmywać jego materialny oraz ekonomiczny wymiar. Ja akurat z narracją o „empowermencie” się nie zgadzam i uważam też, że większy serialowy zgrzyt pojawia się gdzie indziej.
Levinson bardzo konsekwentnie łączy pracę seksualną z traumą, zaburzeniami i emocjonalnym rozchwianiem bohaterek. Cassie potrzebuje ciągłej atencji, a Jules, grana przez Hunter Schafer, jest przedstawiana jako osoba obsesyjnie poszukująca ryzyka i adrenaliny. W efekcie powstaje obraz, w którym niemal każda osoba pracująca seksualnie cierpi na jakieś braki czy schorzenia, a tak naprawdę w branży może być i jest każdy. Serialowy zabieg prowadzi nie tylko do stereotypizacji, ale momentami wręcz do fetyszyzacji postaci. Wątek Jules wydaje mi się zresztą najbardziej ambiwalentny.
Dlaczego?
Serial pokazuje realne zagrożenia związane z pracą seksualną i spotkaniami z obcymi ludźmi – szczególnie w escortingu czy dominacji. Sama, pracując jako domina, spotykałam się z klientami proszącymi o bardzo konkretne i potencjalnie niebezpieczne praktyki czy fetysze. I choć dostajemy coś bliskiego realiom, „Euforia” nie poprzestaje na pokazaniu ryzyka. Buduje wokół Jules narrację osoby, która sama aktywnie szuka zagrożenia i ekscytacji, a więc niejako „prosi się” o krzywdę. Z kolei inna, inspirowana motywem femme fatale, bohaterka – Mama Brown (Danielle Deadwyler) – jest kobietą uwodzącą mężczyzn i wykorzystującą ich do własnych celów. Można domyślać się, że pracuje jako escortka. Połączenie figury kobiety fatalnej, matki i osoby pracującej seksualnie z faktem, że jej syn staje się niemal diaboliczną postacią, wzmacnia u widza wyobrażenie, że praca seksualna zawsze prowadzi do destrukcji i moralnego upadku, a kobiety pracujące seksualnie są wszystkiemu winne.
Levinson sugeruje też, że automatycznie wiąże się z narkotykami. Ma rację?
Znowu – to duże uproszczenie. Jeśli chodzi o pojawiający się w „Euforii” motyw odurzania klientów dla zysku, to, rzecz jasna, znamy głośne afery z tym procederem w roli głównej. Mam tu na myśli choćby historię, która zainspirowała film „Hustlers”, ale też słynną sprawę klubów Cocomo w Polsce. Tak, tego typu rzeczy się dzieją, ale nie są wpisane w branżę. Niestety większość osób wyciąga z nich jeden wniosek: że świat pracy seksualnej sam w sobie jest do szpiku kości zły i patologiczny. Tymczasem największe patologie wynikają z braku regulacji i ochrony pracowników, co prowadzi do ich wyzysku, przemocy i działań przestępczych. Dlatego potrzebna jest dekryminalizacja.
Czyli co?
To model prawny, dzięki któremu osoby mogą pracować w każdej branży (escorting, striptiz itp.) w ramach umów o pracę i są chronione przez przepisy BHP. Dzięki temu osoby mogą świadczyć usługi kolektywnie, odprowadzać podatki, zakładać związki zawodowe, a w przypadku nadużyć zgłosić to odpowiednim organom i dostać należyte odszkodowanie. Dekryminalizacja usuwa sankcje karne wobec osób trzecich, którymi są np. klienci, ochroniarze lub osoby, które pomagają w organizacji pracy i otrzymują za to wynagrodzenie. Jest to jedyny model prawny, który całkowicie eliminuje szarą strefę. Dzisiaj ten mechanizm działa odwrotnie.
To znaczy?
Escorting sam w sobie jest nieopodatkowany, ale praca na własną rękę w pojedynkę jest legalna. Z kolei praca z kimś lub np. w agencji już nie, bo osoby trzecie są karane. W praktyce oznacza to, że jeśli wydarzy się coś niebezpiecznego, wiele osób boi się iść na policję, bo konsekwencje mogą spaść także na miejsce pracy i inne osoby z branży. W efekcie mnóstwo sytuacji po prostu zostaje przemilczanych. Gdyby branża podlegała kontroli państwa – inspekcji pracy, skarbówki czy ZUS-u – byłoby dużo trudniej o nadużycia. Dekryminalizacja mogłaby zmienić nie tylko ten aspekt, ale też relacje z klientami, którzy (tak, jak i właściciele klubów czy agencji) mieliby świadomość, że przekraczanie granic może mieć konsekwencje, a osoby pracujące nie są pozostawione same sobie. Dlatego, oglądając „Euforię”, czuję ogromną frustrację, bo myślę sobie: „tak, znam to”, a jednocześnie wiem, jak bardzo Levinson ignoruje systemowy kontekst pracy seksualnej – znacznie bardziej skomplikowany niż widzimy to na ekranie.

Sonia Nowak: „Dekryminalizacja pracy seksualnej to jedyny model prawny, który całkowicie eliminuje szarą strefę” Autor zdjęcia: Eleonora Di Marino
Dla mnie uderzające jest też to, jak wiele osób z jednej licealnej społeczności zajmuje się pracą seksualną. To chyba też nie jest szczególnie realistyczne?
Nie jest, ale film sprawia wrażenie, że praca seksualna wydaje się czymś bardzo łatwo dostępnym i dla młodych dziewczyn stanowi niemal naturalny wybór sposobu zarabiania. Tymczasem w realu ludzie trafiają do tej branży z bardzo różnych powodów – ekonomicznych, życiowych, czasem z braku możliwości podjęcia innej pracy. Tak samo jak w przypadku każdego innego zawodu. „Euforia” dodatkowo przekonuje nas, że w branży są góry pieniędzy i że odpowiedni wygląd oraz odwaga gwarantują znalezienie „złotego klienta”. Takie historie to rzadkość, a nie norma.
Mimo to w debacie publicznej wciąż dominują dwie skrajne narracje o pracy seksualnej. Z jednej strony słyszymy: „to przedsiębiorcze dziewczyny, które świetnie zarabiają”, z drugiej – opowieści sprowadzające całą branżę wyłącznie do patologii i traumy. „Euforia” wzmacnia tę polaryzację czy rozmywa?
Zdecydowanie wzmacnia, a przede wszystkim pokazuje odbiorcy, że za całe zło w świecie są winne kobiety – zwłaszcza te pracujące seksualnie, bo poniekąd kształtują zachowania głównych postaci męskich. Sama natomiast patrzę na ten serial przede wszystkim jako na zapis systemowych mechanizmów, choć Sam Levinson raczej nie myśli o nich w sposób świadomy i krytyczny. W serialu widzimy same skrajności, natomiast niemal nie ma miejsca na codzienność pracy seksualnej ani realne problemy osób wykonujących ten zawód. Sama trafiłam do branży raczej z przypadku, a nie w wyniku wielkiego życiowego dramatu czy „wielkiego biznesowego planu”.
Co robiłaś wcześniej?
Po liceum pracowałam jako kelnerka czy hostessa rozdająca ulotki. Do klubu poszłam przez sugestię znajomego. Nie wiem czy sama bym na to wpadła. Na początku pracy naiwnie myślałam też, że chodzi w niej głównie o to, żeby dobrze tańczyć na rurze i być towarzyską. Dopiero po latach zaczęłam rozumieć warunki panujące w branży i związane z nią zależności ekonomiczne czy społeczne. Tego właśnie w „Euforii” brakuje najbardziej – pokazania pracy seksualnej jako pracy, a nie wyłącznie przestrzeni ekstremów, które najmocniej wpływają na publiczne postrzeganie całej branży. Kiedy widz ogląda sceny przemocy, narkotyków czy przymusu – jak Jules owiniętą przez swojego sugar daddy folią albo tancerkę zmuszaną do pracy mimo wyczerpania – bardzo łatwo dojść do wniosku, że „takiej pracy w ogóle nie powinno być”, zamiast zastanowić się, jak pomóc tym, którzy ją wykonują. Nawet, jeśli Levinson przypadkiem dotyka tych kwestii, dla większości widzów nie będą one czytelne. Ktoś, kto już wcześniej potępiał pracę seksualną, po obejrzeniu serialu raczej utwierdzi się w przekonaniu, że należy ją całkowicie wyeliminować.
A przecież dużo ciekawsze i odważniejsze byłoby pokazanie alternatywy: pracownic seksualnych organizujących się, walczących o prawa pracownicze czy próbujących stworzyć związki zawodowe.
Takie historie również istnieją, tylko znacznie rzadziej trafiają do mainstreamu.
Myślisz, że gdyby wprowadzono dekryminalizację, kluby i inne podmioty organizujące dziś pracę seksualną w sposób przemocowy czy przestępczy przestałyby handlować narkotykami albo bić kobiety?
Na pewno przestałyby działać w szarej strefie, dzięki czemu łatwiej byłoby kontrolować warunki zatrudnienia, a przemoc czy handel narkotykami nie mogłyby funkcjonować tak bezkarnie, jak do tej pory. Obecnie największe korzyści czerpią zwykle właściciele i osoby zarządzające systemem. Natomiast najbardziej cierpią ci, którzy pracują na jego dole. Wyobraźmy sobie, że obecnie jakaś tancerka z klubu idzie zgłosić służbom to, że jest zmuszana do świadczenia innych usług niż taniec. Policja wbija do klubu, znajdują narkotyki, likwidują wszystko, zamykają wszystkich w więzieniu albo tylko bossów, którzy mają kasę na prawników, ale 150 osób zostaje bez pracy. Wiadomo, komu najbardziej się obrywa. Właśnie dlatego, że mamy do czynienia z nieuregulowanym, podziemnym systemem, tak trudno jest prowadzić o pracy seksualnej rozmowę w sposób systemowy i polityczny.
To może faktycznie trzeba znieść pracę seksualną?
Dla osób spoza branży „Euforia” z pewnością potwierdza takie przekonanie, ale branża nie zniknie jednak tylko dlatego, że ktoś uzna ją za niemoralną. Ludzie zawsze będą mieć popęd seksualny i szukać sposobów realizowania swojej seksualności – czy poprzez pornografię online, escorting, dominację, masaże erotyczne czy kluby ze striptizem. Pytanie brzmi więc nie „czy to istnieje”, ale w jakich warunkach osoby pracujące seksualnie będą mogły funkcjonować: bezpiecznie czy bez żadnej ochrony i w ciągłym strachu.
Pisałam niedawno o tym, że ożywiona m.in. przez „Euforię” i „Margo jest spłukana” czy zaproszenie Leny Polanski do podcastu WojewódzkiKędzierski otworzył publiczną dyskusję na temat OnlyFans. Czy dostrzegasz w niej jakiś społeczny progres – gotowość do rozmowy o pracy seksualnej?
Widzę raczej konieczność zadania pytania o samą logikę współczesnych platform i mediów. Czy naprawdę takie produkcje jak „Euforia” i debaty wokół nich powstają po to, by zmienić rzeczywistość osób, których dotyczą? Czy może dlatego, że prowokacyjne motywy stają się motorem napędowym oglądalności i gwarantem wysokich zarobków? Obstawiam to drugie. Im bardziej szokujący serial, tym większy medialny szum, zainteresowanie odbiorców i ostatecznie zyski. W tym sensie „Euforia”, podobnie jak inny serial Levinsona – „Idol” – sprawiają wrażenie projektów nastawionych przede wszystkim na wywoływanie silnych emocji. Trudno zresztą mówić o rzeczywistych poglądach twórców czy medialnych komentatorów, skoro ich działalność funkcjonuje w warunkach nieustannej walki o uwagę odbiorcy. Nieprzypadkowo tak chętnie sięgają po temat pracy seksualnej jako narzędzie budowania zasięgów. Ostatecznie wszyscy pozostają częścią tej samej kapitalistycznej logiki, nawet wtedy, gdy próbują ją diagnozować i poddawać krytyce.
Jest dziennikarką w GQ.pl, gdzie pisze o relacjach międzyludzkich w pracy i poza nią, wpływie nowych technologii i popkultury na codzienność, a także o pozytywnych wzorcach męskości i kobiecości, które wcale nie muszą się wykluczać i wzajemnie zwalczać. W mediach pracuje od 10 lat jako dziennikarka, redaktorka i podcasterka – najpierw w „Newsweeku Polska”, a później w „Krytyce Politycznej”, gdzie pisała głównie o prawach człowieka i zwierząt.
Jest autorką książki „Gównodziennikarstwo. Dlaczego w polskich mediach pracuje się tak źle?”. Jej pracę wyróżniono m.in. nominacją do Pióra Nadziei 2024 Amnesty International i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. Jest laureatką konkursu Dziennikarze dla Klimatu i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. W wolnym czasie tańczy dancehall, dźwiga sztangi i nałogowo rozwiązuje krzyżówki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.