PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Muzyka

Moda na winyle. Skąd fenomen płyt analogowych w erze Spotify?

Nigdy nie był modniejszy, w czym zasługa pokolenia Z, rzekomo całkowicie cyfrowego i nieodrywającego wzroku od smartfona.

Udostępnij

1920x1080_winyle

Autor zdjęcia: ilustracja GQ

Michał Zaczyński
24.05.2026

Winyle kupowali do niedawna wyłącznie tacy jak my albo jeszcze starsi, słuchający Queen czy Dire Straits. Dziś dołączyli najmłodsi: fani popu i K-popu. Dla nich winyl jest nie tylko nośnikiem muzyki, lecz także gadżetem, coś jak figurka, którą można postawić na półce – wyjaśnia mi, zapytany o przyczynę niegasnącego fenomenu czarnych płyt, Tomasz Lada, rocznik 1968, dziennikarz muzyczny, autor wydanej w Czarnem pozycji „Wszystko jak leci” o polskim przemyśle fonograficznym lat 90. To właśnie pod koniec tamtej dekady wyparty – wydawało się, że na zawsze – winyl po kilkunastu latach infamii zaczął wracać do łask.

Jego comeback, liczony rok w rok wzrostem liczby sprzedanych na świecie egzemplarzy, początkowo tłumaczono sentymentem: do cieplejszego dźwięku, jaki oferował, do naturalnej dynamiki i głębi, jakiej nie ma dźwięk cyfrowy, a nawet do charakterystycznych trzasków. Nie bez racji. – Sprzedałam samochód, by kupić gramofon wraz z porządnym nagłośnieniem i móc posłuchać swojej pierwszej płyty! – wykrzykuje Anna Rusowicz. Wydanie na winylu obsypanego Fryderykami debiutu „Mój Big-Bit” było – jak mi dziś przyznaje – jednym z jej największych marzeń. – Nigdy nie zapomnę wzruszenia, gdy położyłam go na matę i włączyłam. Uważam, że winyl jest jedynym „słusznym” nośnikiem muzyki, nie bez powodu nagrywam tradycyjnymi metodami, analogowo, na taśmę. To dla mnie próba zachowania duszy muzyki. Możliwe, że nowoczesnym gatunkom cyfrowe odtwarzanie nie szkodzi, ale takie gatunki jak jazz, rock, folk zawsze z czarnej płyty będą brzmieć lepiej – tłumaczy artystka.

Powrót winyla wynika też z największej rozmiarowo ze wszystkich nośników okładki, dzięki czemu trzymając go w ręce, można – jak powtarzają wyznawcy czarnej płyty – „obcować z dziełem sztuki”. Chodzi też o rytuał, za którym tęsknili melomani: wyjmowanie płyty z koperty, ustawianie ramienia – rodzaj misterium, wymuszającego bardziej uważne słuchanie, niedające się porównać ze słuchaniem – czy raczej należałoby powiedzieć: słyszeniem – dźwięków ze streamingu. Zgadza się z tym kompozytor i piosenkarz Tomasz Organek. Kolekcjonuje płyty winylowe dlatego, że słucha muzyki z poszanowaniem dla koncepcji artysty, czyli w całości. – Playlisty złożone z samych singli zupełnie mnie nie interesują – podkreśla.

Tyle że żaden comeback, który trwa przeszło ćwierć wieku, nie jest comebackiem, lecz status quo. I tak jest w przypadku winyla. Ci, którzy mieli się nim nacieszyć – wrócić do dawnej kolekcji płyt, uzupełnić ją o brakujące wydania i reedycje, już to zrobili. Na samych 50-, 60- czy 70-latkach nie utrzymałby się na fali. I nie utrzymywał nadal, bo w minionym roku znów pobito rekordy sprzedaży płyt winylowych w tym stuleciu. Analogowy longplay swój nieustanny renesans zawdzięcza najmłodszym, w tym nastolatkom.

– Kupują nawet nie dlatego, żeby posłuchać, ale dlatego, by mieć komplet wydań – tłumaczą Magda i Tomasz Sikorowie, właściciele sklepu Winylowa na warszawskim Bemowie. – Jeżeli lubią, dajmy na to, Taylor Swift, to mówią nam: „Chcę mieć wszystkie wersje, jakie ona wypuści, chcę mieć regularne, chcę mieć indie (wydanie przygotowane specjalnie dla sklepów niezależnych – przyp. red.), chcę mieć okazjonalne”.

Dziś płyta analogowa potrafi mieć nawet kilkanaście edycji. Pozostając przy Taylor – piosenkarka sprytnie promuje swoje albumy, oferując w zależności od wydania dodatkowe piosenki, plakaty lub wiersze dla fanów. Po połączeniu czterech okładek albumu winylowego „Midnights” z 2020 roku można było np. stworzyć obraz z tarczą zegara. Jej „The Tortured Poets Department” był z kolei najczęściej kupowanym albumem 2024 roku, co w sumie nie dziwi, zważywszy, że był dostępny łącznie w… 36 różnych fizycznych wersjach. Ubiegłoroczne „The Life of a Showgirl” artystka sprzedawała w siedmiu wersjach samego winyla, w tym tej nazwanej „Portofino Orange Glitter” (półprzezroczysty, pomarańczowy winyl ze złotym brokatem).

– Ale młode osoby kupują też „dziaderską” muzykę. Takie Radiohead nie jest tylko dla ludzi w wieku 40+, dwudziestolatkowie także tego słuchają – właściciel Winylowej wspomina niedawną premierę koncertowej odsłony płyty „Hail to the Thief”.

Obserwacje własne to jedno, statystki – drugie. Ale i one potwierdzają: popyt na winyle podobnie jak i na inne tradycyjne nośniki – płyty CD i kasety magnetofonowe – nakręcają najmłodsi. W czerwcu 2025 roku Key Production, największa w Europie agencja zajmująca się zlecaniem produkcji nośników fizycznych (pracowali m.in. dla Oasis, PJ Harvey, Little Simz czy Raye), podała, że nie tylko pokolenie Z jest obecnie głównym odbiorcą płyt i kaset – muzyki z nich słucha też 46 proc. przedstawicieli generacji Alpha (nastolatków do 16. roku życia).

W USA, gdzie sprzedaż płyt winylowych w ciągu ostatnich pięciu lat rosła średnio o 18 proc. rocznie – podobnie. Według raportu Futuresource Consulting płyty kupuje około 60 proc. przedstawicieli zetek.

Tym samym, choć wydawało się, że renesans winyla nie będzie trwać wiecznie, płyta analogowa osiąga właśnie kolejny szczyt. Początkowo był on zaskoczeniem. – Ale nie dla mnie. Już w okolicach 1998 roku wiedziałem, że nastąpi. To się zaczęło, gdy firma od whisky (kanadyjskie Seagram – przyp. red.) kupiła holenderską wytwórnię płytową PolyGram i zmieniła ją w Universal Music Group. Usłyszałem wtedy na jednej z imprez od lekko podpitego menedżera polskiego oddziału, że bossom Universalu zamarzyło się powtórzenie manewru z kompaktami, kiedy to na przełomie lat 80. i 90. cały muzyczny katalog świata nagrano na nowo, na płytę CD właśnie. Kolejne nośniki, takie jak Mini Disc, się nie przyjęły, stąd zapadła decyzja, by na nowo zacząć wydawać winyle, zwłaszcza reedycje, które nie wymagały dużych nakładów, bo były już wcześniej nagrane, a artyści wypromowani – opowiada dziennikarz Tomek Lada.

I tak z czystego marketingowego cynizmu odrodziła się płyta winylowa. Jeszcze w 2006 roku jej sprzedaż w USA nie przekraczała miliona egzemplarza, by w 2025 roku sięgnąć 50 milionów sztuk.

Z pomocą przyszedł też jednak… internet, w tym działający w latach 1999–2002, nielegalny – nazwijmy to: pierwowzór Spotify – Napster. – Wytwórnie niechcący dostały od niego prezent: gotową PR-ową narrację o bezdusznej muzyce w sieci w kontrze do ciepłego, niemal ludzkiego winyla – uważa Lada. Winylowi przysłużyło się powszechne, chałupnicze „wypalanie” (nagrywanie) kompaktów na pecetach, a także ich wszechobecne bazarowe piractwo. Winyli tymczasem nie piratowano. Było to zbyt drogie i zbyt niszowe. Tym samym płyty CD – choć do dziś sprzedają się całkiem nieźle – zostały ograne przez winyle wizerunkowo.

Nie byłoby jednak odrodzenia winyla, gdyby nie wspomagające go obrzędy. Choćby oficjalne, zatwierdzone przez artystę i jego wytwórnię, przedpremierowe odsłuchy. Winylowa to zazwyczaj jedyny w naszym kraju sklep, a często jeden z kilku na świecie, który je oferuje. Nawet kilka razy w tygodniu, na parę dni przed debiutem jakiejś płyty na rynku, w Winylowej można jej posłuchać po raz pierwszy. Na każdym z trzech pięter sklepu kilkadziesiąt osób w absolutnej ciszy słucha puszczonego na gramofonie albumu od początku do końca. W czasach dwuipółminutowych piosenek, dobieranych przez algorytm i skrojonych pod TikTok oraz playlisty Spotify – ewenement. – Największy szał był na odsłuchu Lany del Rey i jej „Did You Know That There’s a Tunnel under Ocean Blvd” w chłodnym marcu 2023 roku. Przyszło ponad 300 osób, głównie młodzież. Część marzła, bo nie zmieściła się do środka – wspomina Magda Sikora. Tamtego popołudnia do zdobycia były merche (oficjalne gadżety) Lany, w tym plakat, który do dziś pozostaje jednym z ważniejszych trofeów niżej podpisanego, oraz sama płyta z limitowanej, oczywiście, edycji. Poza Warszawą taką możliwość mieli fani w ledwie kilku metropoliach całego globu.

Koniunkturę winylowi nakręca jednak przede wszystkim Record Store Day, cykliczna impreza, która melomanów doprowadza do spazmów z ekscytacji. Ustanowiona, by pomóc niezależnym sklepom przetrwać w czasach Amazona i tym podobnych gigantów, stała się kołem zamachowym tego biznesu. Raz do roku, wiosną, specjalnie na tę okazję winyle wydają setki artystów: od Billie Eilish i Charli XCX po U2, Madonnę, Garbage i Morrisseya. Oraz lokalnych artystów z Niemiec, Włoch czy Polski (takich jak Hey, Tomasz Stańko czy Nocny Kochanek), bo wiele krajów ma własne edycje wydarzenia. To zwykle unikaty: nagrania mniej znane, koncertowe czy wznowienia. Limitowane, trafiają na półki małych sklepów jednego, konkretnego dnia. I zazwyczaj błyskawicznie z nich znikają, bo kolejki przed sklepami potrafią ustawić się dzień wcześniej. To, co się nie sprzeda stacjonarnie, po tygodniu trafi do sprzedaży w sieci. „Wielu pomyśli, że nie potrzebują Record Store Day ani sklepów płytowych w ogóle, bo sami potrafią znaleźć muzykę i sami wyrobić sobie gust, ale jest powód, dla którego ten cholerny »X Factor« dominuje w kraju rok po roku – a mianowicie to, że zdecydowana większość ludzi lubi, gdy im się mówi, czego mają słuchać” – pisał wpływowy brytyjski magazyn muzyczny „New Musical Express”, podając owoce owego talent show za przykład – no cóż – muzycznej szmiry.

Wydarzenie do Polski wprowadziła Winylowa po otrzymaniu zgody przez współwłaściciela marki, Amerykanina Michaela Kurtza, i zastrzeżeniu w Urzędzie Patentowym nazwy Record Store Day Polska, „bo parę osób posługiwało się nią, organizując zwykłe targi używanych płyt i tym samym wprowadzając ludzi w błąd, a Record Store Day nie ma nic wspólnego z handlem używanymi płytami”, jak wyjaśniają Sikorowie, którzy przed otwarciem dziewięć lat temu Winylowej zajmowali się głównie sprzedażą płyt online.

Jak taki dzień wygląda w praktyce? W otwieranej chwilę po północy Winylowej kolejka sięga kilometra, liczba transakcji osiąga wartości czterocyfrowe, a na kasach pracuje nawet pięć osób. – W ubiegłym roku pierwsi klienci stanęli pod drzwiami o dziesiątej, a ja skończyłam pracę o czwartej rano dnia następnego – mówi Magda Sikora. To najbardziej dochodowy dzień dla sklepów płytowych w całym roku. Drugim jest Black Friday Record Store Day, czyli powtórka z rozrywki, tyle że jesienią i na mniejszą skalę. A dopiero na trzecim miejscu obroty przynoszą święta Bożego Narodzenia. Record Store Day Polska to jednak nie tylko działalność sklepowa, lecz także wydawnicza. – Wydaliśmy ponad 80 płyt z polską muzyką. Między innymi pierwszą epkę Sanah, choć nie miałem wówczas pojęcia, kim ona jest, a także ekskluzywną edycję ścieżki do filmu „Samotny mężczyzna” Abla Korzeniowskiego czy płytę szerzej nieznanej heavymetalowej kapeli From Today, która fantastycznie sprzedała się w Stanach. Tamtejszy dystrybutor błagał: „Wytłoczcie więcej, wszystko w sekundę się rozeszło”. Dla takich chwil warto to robić – mówi Tomek Sikora.

Artyści także lubią winyle. Mimo że krążki odpowiadają za 6–8 proc. wartości rynku muzyki, da się na nich zarobić. Lub przynajmniej nie mieć poczucia, że zarabiają wszyscy, tylko nie sam twórca. – Oczywiście winyl jest produktem niszowym, którego sprzedaż raczej nigdy nie osiągnie pułapów sprzedażowych płyt kompaktowych z lat 90. Kiedyś jednak był eleganckim dodatkiem do płyt CD, a dziś – ostatnim fizycznym nośnikiem uzupełniającym nieuczciwie traktujące artystów streamingi – mówi Tomasz Organek, którego albumy można kupić na winylu w kolorach czerwonym bądź turkusowym.

Największym sklepem płytowym świata jest Amoeba Music. W trzech kalifornijskich lokalizacjach mieści koło miliona nośników. Wielkością i kubaturą nie tyle przypominają hipermarkety, ile hangary lotnicze. Inny fenomen to Rough Trade ze sklepami w Wielkiej Brytanii, Nowym Jorku i Berlinie. Firma-instytucja, której sercem jest sklep w dawnym browarze przy londyńskiej Brick Lane, z barem i sceną, na której występują artyści. Rough Trade prowadzi też działalność wydawniczą, mając pod swoją pieczą takie gwiazdy, jak Anohni, Libertines czy Pulp. Do tego sklepy prowadzone przez muzyków. Jack White swoje Third Man Records z osobiście zaprojektowanymi wnętrzami otworzył w Nashville, Detroit i Londynie, Simon Raymonde z grupy Cocteau Twins – firmowy sklep swojej wytwórni Bella Union w romantycznym, nadmorskim Brighton nad kanałem La Manche. Oraz sklepy płytowe in-store, czyli w stylowych koktajlbarach, hotelach, domach towarowych czy designerskich sklepach. Także w Polsce, by wspomnieć o PRM w warszawskiej Fabryce Norblina.

Tyle miejsc dla fanów płyt, by się spełnić. I nierzadko zrujnować finansowo. Bo analogi uzależniają. O ćpiących winyle chodzą legendy… – Niejaki Mecenas, warszawiak, już nieżyjący, zajmował się na co dzień obsługą prawną piłkarzy Legii, ale gdy dorwał jakiś sklep w Hiszpanii, gdzie pojechał z rodziną na wakacje, potrafił wykupić połowę. I oczywiście z wakacji nici, bo musiał te płyty zwieźć do Polski. Mógł mieć w domu jakieś 30 tysięcy egzemplarzy. Inny, o ksywce Baron, z Wrocławia, musiał pójść na terapię i zerwać kontakty z całym środowiskiem, bo kupował tyle winyli, że już nie znajdował czasu na ich rozpakowywanie z kartonów, zwłaszcza że niektórych tytułów potrafił kupić po dwa, trzy egzemplarze, bo rzadkość albo coś w tym stylu – opowiada Tomasz Lada. Bez nazwisk, wiadomo, bo to jednak nałóg. Jak dodaje, by utrzymać życiową równowagę (i związek), wiele par idzie na układ: faceci budują sobie pokój muzyczny, do którego nikt z rodziny nie ma wstępu. 

– Jeden z moich zamożnych znajomych zakochał się po pięćdziesiątce, spłodził synów i zbudował dom z pokojem jak sala kinowa, z fotelami, półkami robionymi na zamówienie przez najlepszych rzemieślników. No i do tego wypasiony sprzęt. I on miał białe kruki, np. tłoczone w kilkuset egzemplarzach włoskie wydania kolekcjonerskich ścieżek dźwiękowych do artystycznego porno z lat 60., autorstwa Ennio Morricone. Z tego, co słyszałem – mógłby sobie za nie kupić niezłe auto – opowiada Tomasz. Taki podział stref w domu to nierzadko warunek konieczny, inaczej relacja się rozpada. Jak na znanym rysunku Marka Raczkowskiego, gdy w rozmowie dwóch mężczyzn na pytanie: „Dlaczego rozstałeś się z dziewczyną?”, drugi poważnie odpowiada: „Ruszała moje płyty”. – Jest spore prawdopodobieństwo, że to było o mnie – przyznaje Lada, siedzący niegdyś w jednym redakcyjnym boksie ze znanym rysownikiem.

Więcej w tym temacie:

Czytaj więcej

Kasia Lins w sesji dla GQ Poland

Obywatelka K.L. powraca na scenę Męskiego Grania. Rozmowa z Kasią Lins

To jedyny festiwal, który podjął się promocji polskiej muzyki i sprawił, że jej słuchanie stało się modne. Męskie Granie pokazuje też transgresję miedzy płciami, pozwalając odkryć, że stereotypy rzadko odpowiadają rzeczywistości – mówi nam Kasia Lins.

ARTYKUŁ PARTNERSKI Vinyl Corner w PRM Concept Store

Vinyl Corner w PRM to coś więcej niż miejsce z płytami

Niektóre miejsca odwiedza się po to, by konkretnie coś tylko kupić, ale są też takie, do których wraca się również dla atmosfery. PRM należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Warszawski Concept Store od początku powstał z myślą o ludziach, którzy traktują modę jako element stylu życia, a nie sezonowy trend. To właśnie w tym miejscu równie ważne jak perfekcyjnie skrojona koszula czy limitowane sneakersy są sztuka, design i muzyka. To ta ostatnia odgrywa w przestrzeni PRM wyjątkową rolę.

Otsochodzi RIOTT

Otsochodzi wraca z nowym albumem – są pierwsze single!

Jeden z topowych rodzimych artystów zapowiedział płytę i opublikował dwa premierowe utwory z nadchodzącego materiału.

LeonKrzesniak

Leon Krześniak przez lata pisał hity dla innych. Dziś opowiada własną historię

Niektórzy muzycy od pierwszego dnia marzą o świetle reflektorów. Inni wolą zostać kilka kroków za sceną. Tam, gdzie rodzą się piosenki. Leon Krześniak przez lata należał do tej drugiej grupy. Dziś aranżuje Orkiestrę Męskie Granie i występuje z własnym materiałem.

SL_SWAE LEE-SD_020126_CAR-CRASH_01_0670

Sentymentalny powrót do 2016 – Swae Lee urodzinową gwiazdą klubu Sen

Do Warszawy przyjedzie jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów współczesnego rapu.

Lech Janerka

Lech Janerka kończy karierę w wielkim stylu

Bas zrobiony z półki na kwiaty, zespół rockowy założony z żoną grającą na wiolonczeli, walka z tremą – kariera Lecha Janerki od początku wymykała się prostym rockandrollowym kliszom. Dziś 74-letni artysta żegna się ze sceną na startującym 16 lipca festiwalu w Jarocinie i wraca pamięcią do czasów zespołu Klaus Mitffoch, pierwszych występów na żywo, Jarocina i tego, co przez lata dawało mu muzyczną krzepę.

Madonna

Czy nowy album Madonny był skazany na sukces?

Owszem, Instagram już roi się od prześmiewczych rolek, na których najbardziej oddani fani ogłaszają „Confessions II” arcydziełem po kilku sekundach odsłuchu. Trudniej zbyć jednak zgodny ton profesjonalnych recenzji. Nawet krytycy, którzy przez ostatnią dekadę z rosnącym sceptycyzmem przyglądali się kolejnym wcieleniom artystki, dostrzegli w tej płycie coś, czego od dawna u niej brakowało – spokój.

Smolik w sesji dla GQ Poland

Smolik: „Najlepsze wspomnienia mam z grania na żywo

– Wolę dwudziestu ludzi w małym klubie, którzy naprawdę słuchają, niż tysiąc takich co gadają w trakcie grania – mówi nam Andrzej Smolik, którego pytamy o Męskie Granie, plany na przyszłość i siłę niezależności w muzyce.