PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Filmy i seriale

Za mało horroru w horrorze? Jak elevated horrory przejęły kina

Piękne zdjęcia, wysoki budżet, topowa obsada. To nie opis oscarowego dramatu, tylko nowego gatunku horroru. Czy film grozy może być ambitny?

Udostępnij

Amy-Madigan-Weapons-092325-03-036f0714a85c4416b23574c825048320

kadr z filmu „Weapons” Autor zdjęcia: fot. materiały prasowe Warner Bros Pictures

Lech_Podhalicz_GQ_RAMKA
21.11.2025

Żyjemy w rzeczywistości, w której oklepane jumpscare’y praktycznie zniknęły z popularnych horrorów. Albo jeśli występują, to ironicznie. Zamiast potworów z mroku straszą nas demony ludzkiej psychiki. Prostego i sycącego schabowego zastąpił wysublimowany koncept talerzykowy.

Ten nowy rodzaj horroru jest nazywany „elevated horror”. To filmy, które poza straszeniem muszą mieć głębię: posiadać drugie dno, poszerzać perspektywę, być perfekcyjnie zrealizowaną produkcją z obsadą z wysokiej półki.

Poza konceptualną głębią i topową obsadą, filmy te cechuje absolutnie najwyższa jakość wykonania. Wielowymiarowość przekazu i formy, bez spłycania jej do prostych chwytów.

I żeby nie było: mnie to zupełnie nie przeszkadza. Pokochałem ambitne horrory. Już dekadę temu niszowa stajnia A24 – obecnie rozdająca karty w mainstreamie – rozpoczęła krucjatę, by uznać filmy grozy za pełnoprawne, respektowane filmy przez duże F. Już nie kusząca egzotycznymi okładkami półka w wypożyczalni VHS, tylko streamingowy prime time i oscarowe nominacje. Już nie guilty pleasure, tylko filmowe dramaty zapakowane w błyszczącą folię grozy.

Podwaliny pod obecny stan horrorów kładli Ari Aster, Robert Eggers czy Jordan Peele. Tytuły takie, jak „Dziedzictwo. Hereditary”, „Czarownica”, „Uciekaj!”, a także „Pod skórą” Jonathana Glazera, „Babadook” Jennifer Kent czy „Mandy” Panosa Cosmatosa były jaskółkami rewolucji. Bez tych dzieł moglibyśmy zapomnieć o swobodzie twórczej i wysokich budżetach horrorów.

Najbardziej plastyczny gatunek

Określenie „elevated horror” nie pojawiło się nagle, filmy z tego subgatunku powstają od mniej więcej dekady. Idealnie jednak opisuje to, z czym mamy do czynienia na dużą skalę w 2025 roku. W zasadzie każdy horror, który odniósł sukces – komercyjny i/lub artystyczny – nie jest zwykłym horrorem, tylko jego kolejną iteracją: pogłębioną i potencjalnie bardziej angażującą widza.

Nie bez przyczyny mówi się, że to obecnie najbardziej plastyczny gatunek. Jeśli tworzyć kino nieoczywiste, zaskakujące i odświeżające formułę najlepiej nakręcić film wykorzystujący alegorycznie elementy przeraźliwego strachu, nadprzyrodzonych sił i przegiętej brutalności. Wtedy mamy pewność, że nie zostanie pominięty przez festiwalowe jury czy zjedzony przez wymagającą publikę. Jednocześnie to furtka do sprawnego przemycenia wątków, które w regularnym dramacie czy kinie obyczajowym nie zrobiłyby na nikim aż takiego wrażenia. Doskonałymi przykładami są „Substancja”, „Titane”, „W blasku ekranu”, „Pearl” czy „Kod zła”.

Nie da się zaprzeczyć – to sprawdzony patent. Nie przypominam sobie wyjątkowo nieudanego „elevated horroru”, który ukazał się w ostatnich miesiącach. Zaczynając od quasi-musicalowego dzieła Ryana Cooglera „Grzesznicy”, które z pewnością powalczy o Oscary. Idąc przez porażające „Oddaj ją” bliźniaków Philippou czy zrobione z dystansem „Zniknięcia” Zacha Creggera. Dorzucając znakomity powrót kultowej franczyzy zombie w postaci „28 lat później”. Kończąc na nieco mniej udanym, ale nadal intrygującym „Together”. W międzyczasie ukazał się też „Good Boy”, czyli horror przedstawiony z perspektywy psa. Jednak poza świetnym pomysłem, film jest nieudany: nudny i zupełnie niestraszny. Nie wystarczy mieć w obsadzie zagrożonego klątwą czworonoga, żeby dostarczyć innowacyjną horrorową formę.

Poza konceptualną głębią i topową obsadą, filmy te cechuje absolutnie najwyższa jakość wykonania. Przepiękne zdjęcia, niestandardowy montaż czy eksperymentalna muzyka wykraczająca poza klasyczny filmowy soundtrack. Wielowymiarowość przekazu i formy, bez spłycania jej do prostych chwytów.


Wszystkiemu winna trauma

Za większością straszydeł stoi jeden z najbardziej nadużywanych współcześnie terminów: mityczna trauma. Niepozwalająca normalnie funkcjonować, spędzająca sen z powiek, paraliżująca działania. Przytłaczająca rodzinna historia w „Dziedzictwo. Hereditary” została - nomen omen - odziedziczona przez „Oddaj ją”, drugi film braci Philippou. Niegdyś youtube'owi pranksterzy, dzisiaj są specjalistami od świeżej wizji w horrorze. Ich debiutancki „Mów do mnie”, zbudowany wokół motywu nastoletniego opętania, był skrajnie przerażającym filmem.

W „Oddaj ją”, gdzie godną Oscara rolę dowiozła Sally Hawkins, skupiają się na nieprzepracowanej żałobie, która dzień po dniu zżera życie matki tragicznie pozbawionej dziecka. Jest to zarazem najbardziej ponure i dołujące dzieło z zestawienia, które odcisnęło na mnie największe piętno. Long story short: główna bohaterka za pomocą nieczystych mocy próbuje przywrócić zmarłą córkę do życia. Nie trzeba dodawać, że jej metody są – delikatnie mówiąc – kontrowersyjne i wymagają restrykcyjnego trzymania się rytualnych zasad. Film jest przytłaczający i klaustrofobiczny. „Oddaj ją” może na dobre zamknąć grę w temacie wybitnie traumatycznych horrorów. Ciężko sobie wyobrazić, jak reżysersko można pójść dalej w brutalnej analizie wewnętrznego żalu, smutku i emocjonalnego rozpadu.

Musical? A komu to potrzebne

Chyba nikt nie spodziewał się tak wielkiego sukcesu „Grzeszników”. Ambitny blockbuster twórcy „Czarnej Pantery” czy „Creed” to historia osadzona w latach 30. ubiegłego wieku, z bezpośrednim nawiązaniem do niewolnictwa i bluesowej muzyki. W skrócie: balansujący na granicy prawa bliźniacy Smoke i Stack – w podwójnej roli Michael B. Jordan – wraz z całą watahą organizują wielką, podszytą bluesem, imprezę czarnej społeczności. Ta zostaje brutalnie przerwana przez wampirów-białasów, którzy domagają się nie tylko krwi.

Systemowy rasizm, muzyczne dziedzictwo, braterskie więzi czy nadużywanie przemocy to główne tematy poruszane w tym horrorze akcji. „Grzesznicy” to jeszcze inne spojrzenie na gatunek, bo umęczenie głównych bohaterów jest przedstawione z mniej emocjonalnej perspektywy. Bardziej jawi się jako globalny, nadrzędny problem, który trawi Amerykę po dziś dzień. Czy wielki hit i popularność przełożą się na oscarowy sukces? Wszystko na to wskazuje.


Więcej humoru, wytrzymamy

W kategorii najciekawszego horroru sezonu zwyciężyły „Zniknięcia”. Film, który skutecznie przełamał traumatyczne piętno „elevated” straszaków. Szkatułkowy scenariusz, jak w „Pulp Fiction” czy „Magnolii”. Zrealizowany z dystansem, pozbawiony ciężaru i skupiający się na innych wątkach niż rozliczanie z przeszłością. Prawdziwe antidotum na męczące fabuły.

Zach Cregger już w poprzednim „Barbarian” dał się poznać jako reżyser, któremu nie zależy na byciu drugim Arim Asterem czy Robertem Eggersem, traktującym śmiertelną powagę jako wykładnię. „Zniknięcia” to sukces zarówno dzięki topowej obsadzie (Josh Brolin, Julia Garner czy Benedict Wong), jak i nieprzewidywalnemu scenariuszowi. Jedyne, czego zabrakło w tym filmie to zupełnie niepogłębiony wątek mitologii. Szkoda, bo wszystkie mają ogromny potencjał na pociągnięcie wątków „dlaczego” i „kto za tym stoi” znacznie dalej. Czy dotyczy to okultystycznych rytuałów, czy newage’owej sekty, czy bliżej nieokreślonego demonicznego zjawiska, czy szalonej ciotki bijącej pokłony przed pomarszczonym drzewem.

Kontynuując komediowy vibe: body horror „Together” wydawał się początkowo psychologiczną analizą rozpadającego się związku. I poza dość oczywistymi schematami dotyczącymi wyeksploatowanych emocji w parze z długoletnim stażem, film z Dave'em Franco i Alison Brie, jest – na całe szczęście – dość zabawny. Gdyby nie to, mogłoby się ponownie skończyć na śmiertelnie poważnym, moralizatorskim tonie. W takim wypadku post-cronenbergowska otoczka nie zrobiłaby na mnie wielkiego wrażenia. Być może dodanie dystansu i humoru w kontekście gatunkowego horroru jest najsensowniejszym rozwiązaniem.

Jeszcze w kontekście żartu – niewypałem okazała się „Małpa” Osgooda Perkinsa, który nie wiedział, czy chce totalnie pójść w groteskę rodem z „Gęsiej skórki”, czy jednak straszyć na serio. Finalnie wyszedł niedogotowany, ale też nie tak zły, jak mówią, film. Z kolei drugie tegoroczne dzieło reżysera – „Keeper” (z polską premierą 26 grudnia) – ponownie ma uderzać w znacznie poważniejsze tony, które do tej pory Perkinsowi wychodziło najlepiej.


Co nas czeka w 2026?

Żeby nie było, poza ambitnym horrorem, równolegle funkcjonują bardziej konserwatywne w wydźwięku. Reaktywacja serii „Oszukać przeznaczenie” okazała się średniakiem, a próby puszczania oczka do widza i autoironii ciekawe, ale niezbyt udane.

Dużo obiecywałem sobie po sequelu „Czarnego telefonu” autorstwa jednego z najrówniejszych twórców kina grozy, Scotta Derricksona. Nie zawiodłem się. Druga część zmagań z mordercą Grabberem – w tej roli Ethan Hawke – to progres w każdym możliwym aspekcie. Znakomite tempo, angażujący scenariusz i ciekawie ograny koncept marzeń sennych, co prawda lekko splagiatowany z „Koszmaru z ulicy Wiązów”, decydują o jego sile. Chociaż formalnie jest to raczej klasyczny horror, nadal traktuje o pokoleniowej traumie, więc poniekąd wpisuje się w termin „elevated”.

Jestem bardzo ciekaw, co wydarzy się po stronie serwisu streamingowego Shudder, który w ostatnich latach obrał alternatywną ścieżkę: ani to elevated horrory, ani blockbusterowe sztampowe jumpscare’y. Takie tytuły, jak „Późna noc z diabłem”, „In a Violent Nature”, „Brzydka siostra” czy „Dom osobliwości”, czarowały oryginalnym klimatem, nawet jeśli pomysły były proste, a forma oszczędna.

Końcówka 2025 roku przyniesie jeszcze kilka wartych uwagi premier. Na horyzoncie jawi się niepokojący „Keeper” Osgooda Perkinsa, który wydaje się mocnym kandydatem do najstraszniejszego filmu roku. Czeka nas również polska premiera pierwszego (?) sportowego horroru ever, czyli „Jestem nim”, traktującym o zawodniku futbolu amerykańskiego, który zaprzedał duszę nieczystym siłom. Będzie też biblijny „Syn przeznaczenia” z FKA twigs i Nicolasem Cage’em w rolach głównych. Z kolei początek przyszłego roku to „Powrót do Silent Hill”, siódmy „Krzyk” oraz kontynuacja rewelacyjnego „28 lat później”, czyli „Świątynia kości”. Jedno jest pewne: żyjemy w erze zdominowanej przez horror i niech to się trzyma. Jako wielki fan – dajcie więcej koszmaru, wytrzymam!

Więcej w tym temacie:

Lech_Podhalicz_GQ_RAMKA

Dziennikarz popkulturowy GQ Poland z dekadą doświadczenia w branży. Charakteryzuje go wszechstronność – mimo że od lat kojarzony głównie z muzyką, tworzy także treści lifestyle’owe: o modzie, kinie, motoryzacji czy gamingu. Porusza tematykę związaną z męskością: od psychologii, przez zjawiska społeczne, po self-care.

Wcześniej przez wiele lat był związany z medium newonce, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego. Obecnie współpracuje również z CLOUT Festival, gdzie odpowiada za komunikację. W przeszłości pisał dla m.in. Going., Noizz, 4the20s, „Aktivist” czy Electronic Beats. Uwielbia wszystko, co związane z Japonią. Jest fanem ambientu, relaksuje go gotowanie, a jego ulubionym napojem jest zielona herbata.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI KA518830_Peugeot_HighRes Light

Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota

Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

"Katastrofa w duecie": Marcin Dorociński i Ryan Reynolds w jednym filmie

Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV

Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.

Matt Damon i Zendaya w filmie „Odyseja”

„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]

Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Jedyna” zdobyła wiele nominacji do Emmy

Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent

Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.

Oto najlepsze seriale 2026 roku

Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy

Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.

„Projekt Hail Mary” to nowość na Amazon Prime Video

Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video

Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.

„Wielki Łuk” to film oparty na faktach

„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń

Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.