„Klątwa Oscarów”, czyli wszyscy wierzymy w teorie spiskowe
PARTNERZY SERWISU

Filmy i seriale
„Klątwa Oscarów”, czyli wszyscy wierzymy w teorie spiskowe
Lubimy wierzyć, że za spektakularnymi sukcesami i porażkami stoją ukryte mechanizmy. „Klątwa Oscarów” jest jedną z tych wygodnych teorii spiskowych, które pozwalają nam nadać sens branżowym wzlotom i upadkom, zamiast przyznać, że rządzą nimi przypadek, władza i systemowe nierówności.
Udostępnij
Autor zdjęcia: materiały prasowe, kolaż GQ Poland
Większość z nas wierzy w teorie spiskowe. Czy tego chcemy, czy nie. Okej, nie mówię tutaj o klasykach z półki ze skrajnościami, jak pizzagate, QAnon, szczepionki z czipami czy to, że „Polska niepodległa to Polska Lechicka”. Myślę raczej o – tylko z pozoru niegroźnym – naszym instynktownym przeświadczeniu, iż za wszystkim złem, które nam się przytrafia, stoi wszechpotężna siła spiskująca, by niweczyć nasze plany, szanse, możliwości.
Amerykańska językoznawczyni Amanda Montell w swojej książce „Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności” (premiera polskiego tłumaczenia w lutym w Wydawnictwie Czarne) pisze: „Psychiczne pragnienie, by ważkie wydarzenia (i ważkie uczucia) miały równie ważkie przyczyny, jest instynktowne”. Następnie dodaje, że taka inklinacja nazywa się „błędem proporcjonalności”. Chociaż ekonomiści behawioralni uważają ją za siłę napędową radykalnych teorii spiskowych (jak wspomniane), nawet wśród osób trzeźwo myślących wzbudza ciągoty do przeceniania związków przyczynowo-skutkowych.
Kij i marchewka
Na przykład w moim ukochanym (nigdy nie byłem) Hollywood, od lat mówi się o „klątwie Oscarów”. Z jednej strony nagroda jest marchewką na kiju wymachiwaną przed (niemal) każdym aktorką i aktorem, którym oferuje się rolę lub którzy walczyli o dołączenie do głównej obsady. Wydaje mi się, że w ostatnich latach łudzenie złotym bożkiem Akademii jeszcze bardziej się zintensyfikowało. Przecież do biopiców, filmów wojennych czy rozdzierających serca dramatów, czyli gatunków, które – dobrze wypromowane – miały nominacje (w najróżniejszych kategoria) w kieszeni, w ostatnich latach dołączyły te bardziej pojechane i (historycznie) nieoczywiste. Przykład? Na rozdaniu w 95. nagród Akademii bank rozbił (zdobył 7 z 11 statuetek) film „Wszystko wszędzie naraz” w reż. Daniela Kwana i Daniela Scheinerta, absurdalna komedia SF o migranckiej rodzinie. Polubiono marvelowskie ekranizacje („Czarna pantera” Cooglera). Wreszcie doceniono – co istotne z punktu widzenia tegorocznych Oscarów – horror. Zaczęło się pewnie od „Uciekaj!” Jordana Peele’a. W tym roku najprawdopodobniej nominacje zgarnie (ponownie) Coogler i jego wampiryczna extravaganza „Grzesznicy”. Amy Madigan ma szansę na nominację za drugoplanową rolę czarownicy w „Zniknięciach” Zacha Creggera. A po zwycięstwie na zeszłotygodniowym Critic’s Choice Awards wzrosła szansa Jacoba Elordiego na nomkę za bycie jednocześnie przerażającym, kruchym i wzruszającym w roli potwora we „Frankensteinie” Guillermo del Toro.
To ta marchewka. Zdobycie Oscara powinno być momentem, w którym słychać fanfary, aktor, aktorka wchodzą na scenę i dostają pieczątkę jakości i poczesne miejsce w historii kina. W pakiecie powinien być też telefon, który nigdy nie przestaje dzwonić z propozycjami kolejnych ról.
Co jednak, jeśli ta marchewka okazuje się przygniła? To właśnie wspomniana „klątwa” – mało śmieszny żart, opowiadany szeptem na bankietach. „Tajemnicza przypadłość”, przez którą akcje części świeżo upieczonych laureatów i laureatek, zamiast lecieć w górę, zaczynają pikować. Z projektu na projekt jest coraz gorzej, coraz ciszej, coraz dziwniej. Nikt nie wie, dlaczego nie wszystkich to dopada, ale wygląda na to, że zdarzyło się to już co najmniej kilka razy. Czy nie brzmi to jak gotowa teoria spiskowa?
Rasizm i złe wybory
Wśród aktorów i aktorek, dla których sukces okazał się „porażką”, wymienia się, m.in.: F. Murraya Abrahama (który wrócił do świadomości widzów i widzek dopiero dzięki drugiemu sezonowi „Białego Lotosu”), Louise Fletcher (siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”), wybitną Marcię Gay Harden czy Mirę Sorvino (pamiętamy!).
Gdy w 2002 roku Halle Berry odbierała statuetkę za „Czekając na wyrok” Marca Forstera, była przekonana, że do jej drzwi zapukają najwybitniejsi: Martin Scorsese, Quentin Tarantino czy Steven Spielberg. Guzik! Wyczekiwane role się nie pojawiły, zamiast tego zagrała chociażby w „Kobiecie-Kocie”, uznanym za jeden z najgorszych filmów komiksowych, i innych produkcjach, z których żadna nie przełożyła się na karierę. Odbierając statuetkę, Berry powiedziała, że otworzyła branżę filmową dla „każdej kobiety koloru”. Przez ponad dwie dekady, które minęły od czasu jej wygranej, ani jedna czarnoskóra aktorka nie otrzymała nagrody za pierwszoplanową rolę żeńską (jedyną niebiałą kobietą była Michelle Yeoh, która dostała Oscara za główną rolę za „Wszystko wszędzie naraz”).
Czy ktoś pamięta Cubę Gooding Jr.? W ostatnim czasie (blisko 10 lat temu!) błysnął w świetnym serialu „American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona” Ryana Murphy’ego. Jednak jego kariera miała wyglądać zupełnie inaczej. Zwłaszcza po 1997 roku, kiedy to zgarnął Oscara za drugoplanową rolę w filmie z Tomem Cruisem, „Jerry Maguire”. Początkowo było całkiem nieźle („Lepiej być nie może” Brooksa!), ale później już tylko nominacje do Złotych Malin i produkcje, które ledwie pozwoliły aktorowi utrzymać się na powierzchni.
Czy to „klątwa Oscarów”? Powiedziałbym, że bardziej klasyczny rasizm Hollywood. Dla niebiałych osób zawsze było mniej ról z powodu… rasizmu (białych aktorów i aktorki uznawano też za zwyczajnie kasowych). Potrzeba nowości również nie śpi. Szukano zatem „kolejnych” Halle Berrych, Cubów Goodingów Jr. i tak dalej. Może też aktor i aktorka dokonali kilku złych wyborów scenariuszowych, bo komu się to nie zdarza? Starczyło.

Adrien Brody wygrywa Oscara w 2003 roku Autor zdjęcia: Getty Images
Druga szansa i manifestacje
Kiedy mówimy o krachach w świetnie zapowiadających się karierach, często wymienia się też Adriena Brody’ego, który w 2003 roku dostał Oscara za „Pianistę” Polańskiego. Od tego czasu pojawiał się to tu, to tam. Zagrał w „Osadzie” M. Nighta Shyamalana, „King Kongu” Petera Jacksona, „Predators” Nimróda Antala, filmach gatunkowych, czyli – jak wspomniałem – jeszcze wtedy mocno deprecjonowanych przez jury Akademii. Pojawił się u Woody’ego Allena w „O północy w Paryżu”, ale to Owen Wilson był tam gwiazdą. Wreszcie też Brody znalazł wspólny język z Wesem Andersonem. Zagrał w kolejnych jego produkcjach (np. „Pociąg do Darjeeling” czy „Grand Budapest Hotel”), w których cały zespół aktorski liczy się bardziej niż jednostki. Czy to „klątwa”? A może – znowu – raczej wybory? Zresztą przygoda z Andersonem musi Brody’emu przypaść do gustu, bo pojawia się w kolejnych jego filmach, nadal w niewielkich rolach. Jeżeli zaś mamy już mówić o „powrocie” aktora na piedestał, to zdecydowanie wydarzył się on w ubiegłym roku. Zgarnął bowiem najwyższe wyróżnienia (w tym drugiego Oscara) za „Brutalistę” Brady’ego Corbeta. Szczęście? Talent? Kolor skóry? Pewnie wszystkie odpowiedzi są poprawne.
A może to manifestacja? Amanda Montell w „Wieku magicznego myślenia” nazywa ją „najbardziej przebiegłą teorią spiskową ze wszystkich od 2020 roku”. Wmawiamy sobie, że coś nam się na pewno uda i gdy to się faktycznie dzieje, mamy dowód, iż manifestacja faktycznie działa. Nie sądzę jednak, by Adrien Brody korzystał z tej praktyki. Nie sądzę też, by robiły to pozostałe osoby z Hollywood (choć: kto wie?!). Może jednak warto wykorzystać manifestację nie jako siłę sprawczą, ale jako zastrzyk motywacyjny? Podobnie zróbmy z „klątwą Oscarów”. Nagrody działają tylko wtedy, gdy nie stają się centrum, lecz są jedynie dodatkiem. Bo gdy zaczynamy wierzyć, że statuetka jest celem samym w sobie, łatwo wpaść w pułapkę. I nie dotyczy to jedynie wielkich gwiazd filmowych.
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.