Za co kocham „Landmana”, serial Taylora Sheridana
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
Za co kocham „Landmana”, serial Taylora Sheridana
W świecie, w którym western dawno odjechał w stronę zachodzącego słońca, a testosteron zwykle pachnie bardziej perfumami niż prochem, „Landman: Negocjator” Taylora Sheridana zjawia się jak relikt minionej epoki. I jest on ekscytujący!
Udostępnij

Autor zdjęcia: materiały prasowe SkyShowtime
Moje wyobrażenie o USA jest usnute z kadrów z filmów ściągniętych z torrentów w wersji oddającej nielegalny charakter procesu, ze słów piosenek tłumaczonych ze słownikiem, z durnych newsów o celebrytach wyczytanych w „Bravo”, programów typu „The Jerry Springer Show”, w których Amerykanie i Amerykanki byli przedstawieni jako rozpustna banda skora do rękoczynów, z bezrefleksyjnego oglądania z mamą „Dynastii”, z prelekcji Grażyny Torbickiej przed seansami „Kocham kino” oraz z okrzyku: „Go, go, Power Rangers”.
To zupełnie przypadkowe nici. Wydziergana z nich makatka nie tyle wykrzywia prawdziwy obraz Stanów, ile zupełnie go zakłamuje. Lubię ją jednak, bo to moja wersja amerykańskiego snu, która – choć popieprzona i nieprawdziwa – jest z sentymentem przeze mnie piastowana (nawet po tym, jak ją dzięki edukacji zweryfikowałem).
Tęsknota za westernami
Czego nie ma na tym obrazku, to komiksów z superbohaterami i superbohaterkami Marvela i kultowych westernów z Wayne’em, Eastwoodem i Stewartem. Późniejsze nadrabianie na niewiele się zdało. Na Marvela jestem za stary (to temat na inny tekst). Westerny najczęściej oglądam w niedzielę około 12.00 (by poczuć sentymentalny vibe „Gwiazd w południe” w TVP). Mimo że się do gatunku nie zmuszam, nadal jest on jak niepasujące buty. Być może to przez historyczną obcość tematu (choć nasze tzw. Ziemie Odzyskane aż proszą się o westernowe potraktowanie), brak polskich produkcji w klimacie, a może instynktowną niechęć do podróżowania z brudnymi chłopami hetero w kapeluszach i butach z ostrogami (czerwone flagi widzę z daleka!)? W tym quizie wszystkie odpowiedzi są poprawne.
A jednak upodobałem sobie wszelkie westernowe przepisania, te gejowskie (na czele z „Tajemnicą Brokeback Mountain” Anga Lee), feminizujące (wspaniałe „Meek’s Cutoff” Kelly Reichardt) i te, w których western był inspiracją, punktem wyjścia (chociażby „Django” Tarantino czy „Breaking Bad” Vince’a Gilligana). Co prawda we wszystkich są obecne wystrzały z broni, pustynia, ludzkie słabości, tajemnice, brud i smród, a jeśli dobrze poszukamy, pewnie znajdą się też sępy nad padliną. Jednak sama czynność przepisania westernu dodaje produkcji ciężaru. Jakby dołączenie mniejszości (etnicznej, seksualnej) czy kobiecej reprezentacji do gatunku tak silnie skorelowanego z białymi hetero mężczyznami nakłada obowiązek powiedzenia czegoś więcej o świecie na ekranie. Nie chodzi o wydestylowanie rozrywki (trudno byłoby o to posądzić zarówno Tarantino, jak i Gilligana), ale o „coś jeszcze”, co nie pozwala odciągnąć wzroku czy wyjść w połowie seansu na siku. A przecież typowe akcyjniaki na „dzikim zachodzie” były durne, ale cool (co zresztą przepięknie portretuje Tarantino w „Dawno temu w… Hollywood”).

Autor zdjęcia: materiały prasowe SkyShowtime
Taylor Sheridan na białym koniu
I tutaj pojawia się on – Taylor Sheridan, którego „Yellowstone” z Kevinem Costnerem w roli patriarchy rodu Duttonów nadal bije rekordy zarówno popularności, jak i kasowe. Nie inaczej jest ze spin-offami serialu. Co prawda to czysta rozrywka (dla innych – irytujące doznanie). Ale sam nie załapałem się na tę przejażdżkę. Być może odrzucił mnie brak porządnego scenariusza? Narzekanie dziadersów na tematy społeczno-polityczne? A może portretowanie kobiet przez perspektywę twórcy (czytaj: białej, hetero i męskiej), szowinistycznie i stereotypowo? Ponownie – wszystkie odpowiedzi są poprawne.
Świadomie jednak dawałem Sheridanowi szansę. Fascynował mnie jako twórca, który ma nieograniczoną wolność i jasne poglądy (nie moje). Co prawda stawia patriarchat w centrum, broniąc „starego porządku”, ale nie w wersji republikańskiej, konserwatywnej. Bardziej hołduje wizji mężczyzny samotnika, oświeconego, mającego zawsze rację. Kobiety stoją na uboczu. Jeżeli już są rzutkie, aktywne, twórca portretuje je w wersji sfrustrowanej girls boss. Niegasnąca popularność jego produkcji wiele – jak mniemam – mówi też o oglądających.
Wciąż wierzyłem, że w końcu trafię. Obejrzę Sheridana od początku do końca. Połknąłem przynętę w 2024 roku, kiedy to zadebiutował „Landman: Negocjator”, czwarty, po „Królu Tulsy”, „Burmistrzu Kingstown” i „Special Ops: Lioness”, serial ze stajni amerykańskiego twórcy, niebędący (bezpośrednio) powiązany z „Yellowstone”. Zbingowałem pierwszy sezon i w gorączce czekałem na drugi (właśnie zadebiutował w Polsce na SkyShowtime). Mimo że każdy z nich popełnia wszystkie grzechy twórcze Taylora (patrz wyżej).
Absurdalna fabuła „Landmana”
Ale zaraz! W ogóle o czym jest „Landman”? Na pierwszy rzut oka to wysokooktanowy dramat, rozgrywający się w samej paszczy Teksasu. Serial zagląda za kulisy dzisiejszej gorączki naftowej, świata, w którym fortuna potrafi narodzić się szybko i równie pospiesznie zniknąć.
Sheridan prowadzi historię dwutorowo: z jednej strony śledzimy życie osób pracujących na wysuszonej na skwar ziemi zachodniego Teksasu – twardzieli, którzy ryzykują zdrowie dla szansy na coś większego. Z drugiej – zaglądamy do biur i olbrzymich willi miliarderów oraz inwestorów, próbujących okiełznać żywioł „czarnego złota” i zbudować swoje imperium. To opowieść o ambicji, pieniądzach, kompromisach i niebezpiecznych układach.
W idealnym hollywoodzkim świecie „Landman” byłby połączeniem „Olbrzyma” z Jamesem Deanem, Elizabeth Taylor i Rockiem Hudsonem sprzed 70 lat o teksańskich ranczerach z „Sukcesją” Jesse’ego Armstronga, serialu-fenomenie opowiadającym o walce o schedę potentatów medialnych i słodkim bezprawiu 1 procenta najbogatszych.
Choć taki pomysł na produkcję kusi, Sheridan nawet koło niego nie stał. I całe szczęście. Gdybym miał pokusić się o porównania, może i sparowałbym „Landmana” ze wspomnianymi produkcjami, ale zmieszanymi przez ChatGPT z „Dynastią”, osadzeniem fabuły w „westernowej scenerii”, z dodatkiem vibe’a… produkcji samego Sheridana oraz jego wyobrażenia na temat tego, jak Stany wyglądają.
To nie prestiżowa topka
Ogólnie nie jest to dobra telewizja. Albo inaczej: nie jest to telewizja, do której przyzwyczaiła nas era prestiżowych produkcji. To klasyczny Sheridan, jakby jego seriale były kolejnym gatunkiem. Nikt nie buduje scen jak on. Przykład?
Oto przez 11 minut kręci scenę kolacji przygotowywanej przez Angelę (Ali Larter), żonę głównego bohatera Tommy’ego (Billy Bob Thornton). Bohaterka do makaronu dodaje trufle, które cudem udało jej się dostać w lokalnym sklepie. Prawdziwi faceci wymownie wywracają oczami (oczywiście woleliby steka). Nietęga atmosfera eskaluje. Wreszcie Angela wpada w histerię, rozrzuca jedzenie, wypędza biesiadników. W taki sposób sygnalizuje, że ma okres (w serialu eufemistycznie nazywany „tym dniem w miesiącu”). Następnie idzie z Tommym do łóżka, by załagodzić kłótnię. Gdy mężczyzna pyta: „Dlaczego to zawsze musi tak wyglądać?”, Angela odpowiada: „Bo tak jest zabawniej!”. Zatem: crazy lady.
Inny przykład? Tommy wygłasza kilkuminutowy monolog do słuchanych prezenterów w radiu, w którym krytykuje dzisiejszą amerykańską politykę. Ta – przynajmniej częściowo – jest nieprzychylna wydobyciu paliw kopalnych. Tymczasem „Landmanowi” zarzuca się sianie propagandy na rzecz tejże eksploatacji (z podobnymi zarzutami spotkał się serial „Special Ops: Lioness”, który ma być propagandówką amerykańskiej armii).
Tommy jest jak większość „prawdziwych mężczyzn” u Sheridana (być może będących poniekąd jego alter ego?) – ich wiedza, sprawczość i doświadczenie zawsze wypłyną na wierzch. To jedyna stabilna podpora ich biznesu (tu naftowego), który jest – oczywiście! – metaforą Stanów Zjednoczonych.
Seanse “Landmana” to żadne moje guilty pleasure, bo podczas nich nie czuję się winny. Odczuwam przyjemność, i to na kilku poziomach. Przede wszystkim cieszy się moja głowa, kiedy staram się zrozumieć logikę Sheridana w prowadzeniu zarówno fabuły, jak i postaci. Imponuje mi jego twórcze bezprawie. Dlaczego nikt z Paramountu (to studio produkowało jego seriale) nie zakwestionował któregoś z pomysłów? Najwidoczniej worki z kasą są dostatecznym argumentem. Wreszcie też dostałem „przepisany” western, w którym panowie nie spotykają się w samo południe na obstrzałkę, ale pojedynkują się na różne inne sposoby (w drugim sezonie „Landmana” Andy Garcia gra „wielkiego złego”, więc czekam na naboje świdrujące w powietrzu!).

Autor zdjęcia: materiały prasowe SkyShowtime
Aktorskie zaświaty
Na koniec rzecz najciekawsza. „Landman” uderza w tony moich sentymentów. Przede wszystkim to „Dynastia”, ale na sterydach. Mydlany dramat goni dramat, zwłaszcza w wykonaniu wspomnianej Angeli i jej córki cheerleaderki, Ainsley. Obie są blondynkami, więc stereotypowo nie grzeszą inteligencją. Angela jest mądra życiowo (wie, np. jak zrobić faceta na kasę albo jak porządnie podpompować pośladki na siłowni). Ainsley? No cóż… Powiem tylko, że scena na kampusie, w której bezwiednie opowiada się za lebensborn to złoto. Jednocześnie śmiałem się i kręciłem głową z niedowierzaniem. Oczywiście ten portret to szowinizm. Poglądy twórcy są jasne jak słońce, nie kryje się z nimi, a ja mogę je w najlepsze krytykować.
Mimo koszmarnie napisanej postaci, Ali Larter jest fantastyczna. Potrafi wycisnąć ze swojej bohaterki to, co najlepsze (chociażby jej samostanowienie, odmowa bycia ofiarą, poczucie kobiecej solidarności itp.). Mam do aktorki osobisty stosunek. Po raz pierwszy zobaczyłem ją będąc nastolatkiem w „Jeziorze marzeń”, gdzie co prawda pojawiła się w zaledwie dwóch odcinkach, ale to wystarczyło, żebym zapamiętał ją na lata. Później zagrała w „Oszukać przeznaczenie” (1 i 2) i „Legalnej blondynce”... Niby niespecjalna kariera, raczej klasy B, ale to właśnie powrót Larter na ekran przyciągnął mnie do „Landmana”.
Dużo silniej niż Billy Bob Thornton. Co prawda będąc młodzieńcem z inklinacjami do melancholii i przesadnego romantyzmu, z zachwytem przeczytałem (w „Bravo”!), że aktor wraz z Angeliną Jolie, jego ówczesną partnerką, wymienili się fiolkami z własną krwią i noszą je na szyi. How cool was that?! Dziś to stare dzieje, podobnie jak celebrycki status Thorntona. Takie odkurzenie jego i Larter na pewno działa na korzyść produkcji.
Dodam jeszcze, że na drugim planie błyszczy (choć w pierwszym sezonie przez słońce i wodę z basenu. Kto wie, ten wie!) Demi Moore, à propos powrotów z celebryckich zaświatów.
Rozgościłem się w tym świecie cuchnącym ropą naftową, pełnych zmęczonych facetów i wypacykowanych kobiet. To świat prosty jak budowa cepa – przecież Sheridan nie bawi się w niuanse. Być może siedząc na swoim wielgachnym ranczu (bo to portretowane w „Yellowstone” tak naprawdę jest jego), stracił ogląd rzeczywistości. A może wcale go ona nie interesuje? Snuje bajkę o swoim Teksasie, którego pewnie dawno już nie ma. Być może to ta potrzeba tak bardzo mnie fascynuje.
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.