PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

MENU

PARTNERZY SERWISU

apartpl PKO BP Logo

Filmy i seriale

Jak stworzyć katastrofę i nie zginąć. Twórcy „Heweliusza” o tym, jak zatapia się statek

Nie byli na morzu. Ale potrafili sprawić, że widzowie czują sól w oczach i strach w gardle. Oto, jak ekipa od efektów specjalnych i kaskaderzy zbudowali najprawdziwszy sztorm w historii polskiego serialu i to bez jednego green screenu.

Udostępnij

1920x1080_heweliusz

Autor zdjęcia: Robert Pałka

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA
12.11.2025

Kiedy trzy lata temu na Netfliksie zadebiutowała „Wielka woda”, sześcioodcinkowa produkcja w reżyserii Jana Holoubka i Bartłomieja Ignaciuka o pamiętnej powodzi w 1997 roku, pisano: „Takiego polskiego serialu jeszcze nie było”. Przez wysoki poziom realizatorski niemal staliśmy pośrodku zalewanych wrocławskich ulic. „Wielka woda” z dumą nosiła tytuł „najbardziej autentycznej rodzimej produkcji katastroficznej” przez trzy lata. Zdetronizował ją „Heweliusz”, który właśnie miał swoją premierę na tym samym streamingu. Za kamerą ponownie stanął Jan Holoubek.

Fabuła jest inspirowana faktami. W styczniu 1993 roku prom Jan Heweliusz z 64 osobami na pokładzie wypłynął w rejs do Szwecji. Niedługo po opuszczeniu portu wpadł w potężny sztorm. W statek dął porywisty wiatr i targały nim wysokie fale. Samochody ciężarowe przewoźników latały po dolnym pokładzie, jakby były to resoraki, pozostały ładunek przemieszczał się z zawrotną prędkością, miażdżąc wszystko (i wszystkich) na swojej drodze. Trefna konstrukcja łajby również dołożyła swoje do tragedii, w której śmierć poniosło ponad 50 pasażerów i pasażerek. Uratowało się jedynie dziewięciu członków załogi. Choć na lądzie nie groziła im już śmierć w lodowatych odmętach Bałtyku, czekał psychologiczny horror przesłuchań i zastraszań, by odnaleźć winnych (niekoniecznie prawdziwych) katastrofy. 

„Heweliusz” łączy te dwa plany czasowe. Serial jest realizatorską perełką. Za sprawą efektów specjalnych, zdjęć i postprodukcji wierzymy, że oglądamy coś, co nie tylko trudno sobie wyobrazić, lecz także czemu człowiek na pewno nie potrafiłby zapobiec. Groza przenika do trzewi. „Wielka woda” sprawnie pokazywała nieokiełznaną siłę natury. „Heweliusz” idzie krok dalej i zabiera nas, jak mówią twórcy, w oko cyklonu. Możemy tylko sobie wyobrazić, ile produkcja kosztowała nerwów i wysiłku.

Jak uzyskuje się tak zajmujące efekty na małym ekranie? Jakich umiejętności potrzebują twórcy? Wreszcie, co było pierwsze: scenariusz czy CGI? O to zapytałem cztery osoby zaangażowane w produkcję „Heweliusza”. W serialu widzimy efekty ich pracy. 

Wyobraźcie sobie najgorszą polską zimę. Ciężkie chmury po horyzont, dojmująca szarość, nieustannie mokre, obdrapane bloczyska z wielkiej płyty, kikuty drzew bez liści i breja pod butami. Taka atmosfera towarzyszy nam przez pięć odcinków „Heweliusza”. Za zdjęcia odpowiadał Bartłomiej Kaczmarek, stały współpracownik Holoubka. 

– Rok 1993 to czas wielkiego kryzysu. Byliśmy zaledwie trzy lata po zmianie systemu, panowała straszna bieda i przygnębienie – wspomina operator. – Chciałem przenieść ten nastrój na ekran. 

Kaczmarek miał w głowie swoją idée fixe: mimo że serial jest w kolorze, powinien mieć wąską paletę barw. Zdjęcia przede wszystkim budują wspomniany nastrój, a ten tworzy się przez aurę, kolor i światło. Twórca dążył do tego, by efekt końcowy był naprawdę ponury.

HEWELIUSZ_NETFLIX_FOT.ROBERT_PALKA_1314

Bartłomiej Kaczmarek i Jan Holoubek Autor zdjęcia: Robert Pałka

Czas akcji był znany. Nastroje społeczne również. Do pracy najważniejszy był jednak scenariusz. W czasie naszego spotkania Adrian Kujda, kierownik postprodukcji, zachwala kunszt Kaspra Bajona, który ma „niesamowitą umiejętność pisania obrazem”. To nie pierwsza ich współpraca.

– Po przeczytaniu scenariusza przygotowujemy pierwszy, własny breakdown, czyli analizujemy, znając realia produkcji, co da się zrobić w kamerze w całości, co będzie wymagało łączenia zdjęć. Te częściowo będą realizowane na planie, a częściowo dorabiane w komputerze. Zastanawiamy się też, co prawdopodobnie trzeba będzie wykonać całkowicie cyfrowo – wyjaśnia Krzysztof Hrycak, supervisor VFX (visual effects supervisor), który odpowiada za całość efektów wizualnych, od koncepcji po finalny obraz na ekranie.

Cel jest jeden: widz nie powinien być w stanie odróżnić, co powstało naprawdę, a co zostało dodane w postprodukcji. To trudne zadanie, dlatego tak ważne jest wieloetapowe przygotowanie. Nie dotyczy ono tylko sprawdzania dostępności sprzętu i technologii, lecz także obiektów, w których da się zrealizować zdjęcia.

– Efekty specjalne powstają właściwie od samego początku, a nie w postprodukcji, kiedy trzeba „coś poprawić” po filmowcach, jak czasami się błędnie wydaje – mówi Bartłomiej Kaczmarek. – By efekty wyglądały dobrze, muszą się rodzić już na etapie scenariusza.

Bez współpracy między wszystkimi działami nie ma szans, żeby końcowy efekt był naprawdę przekonujący.

Twórcom zależało, by katastrofa została pokazana w sposób maksymalnie realistyczny.

– Dążyliśmy do niego różnymi metodami, które stosowaliśmy już na planie „Wielkiej wody”, jak zbieranie informacji o oświetleniu, o teksturach, a także ścisłą współpracę między działem VFX a operatorem – komentuje Adrian Kujda.

Choć Netflix gwarantował komfortowe warunki budżetowe, odtworzenie realiów katastrofy statku podczas sztormu jest niezwykle skomplikowane. Bywa, że to, co ułatwia jedno, często komplikuje coś innego.

– W trakcie tego projektu nie został użyty ani razu green screen, ani blue screen – wspomina operator. – Było to ciekawe technologicznie wyzwanie, bo zależało nam, żeby ich nie stosować, by oddać mroczną atmosferę sytuacji.

Jednocześnie na aktorów leciały tony wody pod ciśnieniem. To oznaczało, że dział postprodukcji miał przed sobą ogrom pracy: nie tylko musiał domalować tła, lecz także przebrnąć przez cały pierwszy plan – korygować ujęcia i usuwać niepożądane elementy sprzętu. 

HEWELIUSZ_NETFLIX_FOT.ROBERT_PALKA_1308

Autor zdjęcia: Robert Pałka

Krzysztof Hrycak stwierdza, że green screen zawsze odbiera część realizmu. W nocnych scenach „Heweliusza” budowanie atmosfery opierało się tylko na ciemnym tle, czarnej wodzie i błyskawicach. 

– Już w kamerze wyglądało to naprawdę groźnie, bez żadnych efektów. Aktorzy mieli zupełnie inną perspektywę. Nie musieli niczego udawać, tylko mogli reagować na prawdziwe bodźce i naprawdę wejść w scenę – dodaje supervisor VFX.

Za przygotowanie pełnego programu realizacji zdjęć w trudnych warunkach odpowiadał Maciek Maciejewski, kaskader filmowy i koordynator innych kaskaderów. Zapewniał bezpieczeństwo aktorom i całej ekipie filmowej. Dotyczyło to nie tylko scen wodnych związanych z katastrofą, lecz także ujęć realizowanych na ruchomych dekoracjach – zarówno tych „suchych”, jak i „mokrych”.

– Dekoracje, woda i wiatr sprawiały problemy z błędnikiem, co wymagało od aktorów specjalnych treningów – wyjaśnia Maciejewski. – Musieli nauczyć się panować nad mechanizmami wywołującymi zawroty głowy, mdłości czy utratę równowagi, tak by mogli bezpiecznie i wiarygodnie zagrać swoje sceny.

Gdzie ćwiczono? Zbudowano prostą, ruchomą konstrukcję w rodzaju tunelu z płyt OSB, zbliżonego wymiarami do korytarzy promu i części hotelowej. 

– Ustawialiśmy ją pod różnymi kątami, symulując przechył statku. W środku stanęło zwykłe krzesło, a z worków na śmieci zrobiliśmy prowizoryczne okna, przyklejone tylko w jednym miejscu – tak żeby podczas przechyłu „firanki” odchylały się jak prawdziwe – dodaje kaskader. Wspomina o „niesamowitych początkach”, kiedy aktorzy tracili równowagę, przewracali się.

Z czasem, dzięki odpowiedniej metodyce, zaczęli oswajać się z ruchem i coraz lepiej utrzymywać równowagę. Stopniowo zwiększano poziom trudności. Wreszcie też aktorzy przenieśli się do właściwych ruchomych dekoracji, które widzimy na ekranie. Dopiero później dochodziły elementy żywiołów.

– Miały ogromny wpływ na emocje aktorów, ich sposób poruszania się i autentyczność reakcji – komentuje mój rozmówca.

Druga faza przygotowań dotyczyła pracy w wodzie. Sceny realizowano na specjalnym basenie w Belgii. Do współpracy zaproszono specjalistów, m.in. Pawła Golika, zawodowego nurka z wieloletnim doświadczeniem. Lata temu jako jeden z pierwszych zszedł do wraku „Heweliusza”. Wspólnie z Maćkiem Maciejewskim analizowali potencjalne zagrożenia dla aktorów. Były to przede wszystkim hipotetyczne momenty, w których np. osoba grająca scenę na tratwie w basenie wypadłaby z niej i znalazła się pod spodem.

– Mieliśmy dokładnie wyliczone, że w takim przypadku ratownik wodny z naszego zespołu kaskaderów byłby w stanie dotrzeć do aktora średnio w ciągu pięć sekund – mówi Maciejewski. – Przez ten czas aktor musiałby poradzić sobie sam, wykonując odpowiednie procedury.

HEWELIUSZ_NETFLIX_FOT.ROBERT_PALKA_1321

Autor zdjęcia: Robert Pałka

Po powrocie do Polski rozpoczął się kolejny etap przygotowań. Na basenie Politechniki Morskiej w Szczecińskim Centrum Szkoleniowym Offshore MUSTC symulowano już konkretne warunki sztormowe. Twórcy trenowali z głównym rekwizytem, czyli tratwą ratunkową. Ćwiczono z niej skoki na statek ratunkowy, wyciąganie na linie przez śmigłowiec, utratę orientacji w ciemności, w zadymieniu, hałasie, podczas wysokich fal. Cały proces przygotowań trwał dwa tygodnie.

– Po trzech dniach kręcenia sceny, w której bohaterowie przeskakują z tratwy na statek ratunkowy, podszedł do mnie szef belgijskich nurków i zapytał: „Dobrze, a kiedy przyjeżdżają aktorzy?”. Powiedziałem: „Ale przecież kręcimy z aktorami od trzech dni!” – śmieje się Maciejewski. Wrażenie Belga nie jest odosobnione. Oglądając serial, trudno nie zastanawiać się, jak oni wszyscy dali radę. Postacie nie tylko topią się w bałtyckich wodach, lecz także są miażdżone przez ciężki sprzęt i spadają z wysokości. Trudno wyobrazić sobie, że wszystko wykonywali aktorzy i aktorki.

– W „Heweliuszu” inaczej niż w kinie gatunkowym, kinie akcji, warsztat kaskaderski był schowany „pod wodą” – rozwiewa moje wątpliwości Maciek Maciejewski. – Naszego kunsztu w postaci popisów na ekranie nie widać. Właśnie o to chodziło.

Kaskaderzy nie tworzyli scen spektakularnych w sensie widowiskowym. Ich siła miała tkwić w emocjach, w prawdzie sytuacji. Za każdym razem, kiedy coś wychodziło zbyt dobrze, zbyt widowiskowo, natychmiast „psuto” efekt. Maciejewski wspomina, że jeśli coś wyglądało „za profesjonalnie”, to znaczy, że jest nieprawdziwe. Podobnie było w scenach ze skokami – zostały wybrane duble, mniej perfekcyjne, ale bardziej ludzkie.

– Nasza praca polegała na tym, żeby widz nie widział kaskaderów. Żeby miał wrażenie, że to naprawdę ludzie walczą o przetrwanie, nie bohaterowie kina akcji, tylko zwykli pasażerowie – dodaje koordynator. Co nie oznacza, że ktokolwiek lenił się na planie. Ich przygotowanie było równie intensywne co aktorów. 

– Kaskaderzy musieli się dopasować do rytmu żywiołów. Na zegarkach sportowych wychodziło, że palą po 5–6 tysięcy kalorii dziennie! – podkreśla mój rozmówca.

W serialu zaledwie jedną scenę wykonali kaskaderzy. To ta, w której lina śmigłowca zaczepia się o tratwę i przewraca ją do góry dnem. Poza tym w każdej innej scenie grali aktorzy. Co najciekawsze, poza główną obsadą pozostałych pasażerów promu zagrali kaskaderzy. Nie było statystów, nie było przypadkowych ludzi.

Podczas rozmowy z twórcami nie opuszcza mnie wrażenie, że wszyscy oni czerpali ogromną przyjemność z pracy przy „Heweliuszu”. Jednak przez temat serialu i cierpienia rodzin po śmierci prawdziwych ludzi trudno się im do tego przyznać. Gdy pytam o tę frajdę, przytakują. Dla filmowców był to wielki plac zabaw.

– Moje studio liczy już sobie prawie dwie dekady. Na taki projekt jak „Heweliusz” czekałem od początku jego powstania – kończy z uśmiechem Krzysztof Hrycak.

Efekty widzimy na ekranie. 

Jakub_Wojtaszczyk_GQ_RAMKA

Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.

Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.

Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.

Czytaj więcej

ARTYKUŁ PARTNERSKI KA518830_Peugeot_HighRes Light

Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota

Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

"Katastrofa w duecie": Marcin Dorociński i Ryan Reynolds w jednym filmie

Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV

Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.

Matt Damon i Zendaya w filmie „Odyseja”

„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]

Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach

Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.

„Jedyna” zdobyła wiele nominacji do Emmy

Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent

Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.

Oto najlepsze seriale 2026 roku

Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy

Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.

„Projekt Hail Mary” to nowość na Amazon Prime Video

Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video

Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.

„Wielki Łuk” to film oparty na faktach

„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń

Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.