10 najlepszych polskich filmów do powtórnego oglądania
PARTNERZY SERWISU
Filmy i seriale
10 najlepszych polskich filmów do powtórnego oglądania
Od „Psów”, przez „Barwy ochronne”, do „Zimnej wojny” i starej „Akademii pana Kleksa” – te filmy są idealne do wielokrotnego oglądania.
Udostępnij

Autor zdjęcia: Kino Świat, kolaż GQ Poland
Nawet jeżeli w chwili seansu je uwielbiamy, wiele filmów to jednorazowe doświadczenie. Nie mamy potrzeby, by po wielokroć do nich wracać. Weźmy np. „Człowieka z marmuru” albo „Dom zły”. Znakomite? Oczywiście. Ale mają tak ponury ton, że prędzej obejrzymy „Nóż w wodzie” mimo problematycznego reżysera.
A jednak istnieją takie produkcje, które wręcz domagają się ponownego seansu. Wcale nie muszą to być rzeczy wybitne. Wśród nich są sensacje stylizowane na hollywoodzkie blockbustery, tytuły, które pamiętamy z dzieciństwa, więc z sentymentu przymykamy oko na słabości scenariusza, albo opowieści, które mieszają gatunki lub robią coś nieoczywistego dla polskiego kina.
Poniżej podrzucam moje typy 10 najlepszych polskich filmów do powtórnego oglądania. Jeśli ich nie widzieliście, warto to nadrobić.
„Dzień świra”
Tak naprawdę to zestaw krótkich skeczy kręconych z perspektywy nauczyciela języka polskiego, Adasia Miauczyńskiego, który podczas swoich niekończących się sesji frustracji pluje jadem na rodaków i rodaczki. Nikt nie otrzymuje tu taryfy ulgowej. Dostaje się zarówno „obcej facetce”, która wypycha ze sklepu bohatera, jak i „odartemu z godności dziecku”, robotnikom, współpasażerom środków komunikacji, posłom każdej politycznej maści oraz pozostałym „wypłoszom, wydupom spod krzaka”.
Mimo że od premiery filmu Marka Koterskiego minęły ponad dwie dekady, uniwersalność gorzkich żalów Miauczyńskiego sprawia, iż immersja nadal jest szalona. To my jesteśmy Adasiem uwięzionym w celi małych i większych neuroz. Pomaga scenariusz pełny dziś już kultowych dialogów (choć właściwie – monologów), no i – halo! – ślamazarność zmian społeczno-politycznych w kraju. „Dnia świra” nie byłoby też bez Marka Kondrata, który wręcz stał się archetypem polskiego mężczyzny. Podobno faceci zrobią wszystko, byleby nie pójść na terapię. Adaś jest tej tezy potwierdzeniem.
„Ostatni komers”
W debiucie Dawida Nickela polem bitwy jest dojrzewanie. Bohaterowie i bohaterki dwoją się i troją, żeby w oczach rówieśników wypaść na innych (lepszych?), niż są naprawdę. Komentarz kumpla może być śmiertelny jak kula. Mało to oryginalne, ale przecież nastoletniość taka właśnie jest.
Żeby wyrwać się z impasu powtarzalności, reżyser w sercu filmu umieszcza gejowskie pożądanie Tomka, które rodzi się w hormonalnym wybuchu, a które bohater kieruje w stronę Kuby „Łysego”, chłopaka siostry. Zakochiwanie się to prawdziwa lekcja prostoty: koledzy dygają razem do techno, grają w PlayStation i palą jointy (OK, Tomek, UV-ką z wyczuciem nasmaruje też naprężone plecy Łysego). Kuba to stereotypowy dresiarz, uwikłany w kulturowe oczekiwania od „prawdziwego” faceta. Nickel brawurowo dekonstruuje te normy. Wreszcie też daje nam Agnieszkę Żulewską w roli Savage, której epizod jest niczym porządny rave, energetyczny i oszałamiający.

„Ostatni komers”, Galapagos Films Autor zdjęcia: Jakub Socha
„Psy”
Na początku lat 90. polska kinematografia starała się udowodnić, że rodzimi twardziele nie odstają od tych importowanych z Hollywoodu Schwarzeneggerów, Stallone’ów i Van Damme’ów. Dlatego nasi jeszcze bardziej prężyli muskuły, szczególnie w filmach Władysława Pasikowskiego. Choć jego bohaterowie tłuką się po obrzękłych od alkoholu twarzach i strzelają, by zabić, prawdziwą walkę toczą wewnętrznie, zmagając się z dylematami moralnymi. Nikogo jednak tak nie uwiera życie jak Franza Maurera w „Psach”.
Oto były ubek o twarzy Bogusława Lindy usiłuje odnaleźć się w policji tuż po transformacji ustrojowej. Co prawda wychodzi mu to raczej marnie, ale przynajmniej nosi się modnie (skórzana kurtka pilotka stała się ikoniczna) i jest „prawdziwym” facetem, którego sposób bycia starał się skopiować niejeden kinoman. Film swój sukces zawdzięcza nie tylko efektownej akcji, lecz także temu, że nie lukrował rzeczywistości – jest brudno, biednie i prowizorycznie. W języku też nieciekawie – seksizm i homofobia wystrzeliwują z ust tak szybko jak pociski z policyjnych pistoletów. Biorąc na to poprawkę, na „Psach” można nadal całkiem dobrze się bawić.
„Amator”
Moralnie niepokojące kino Krzysztofa Kieślowskiego nie jest oczywistym wyborem na powtórne seanse. Bo jak często można oglądać uczciwego człowieka uginającego się pod batem systemu? Być może dlatego najlepiej wchodzą te filmy reżysera, w których pojawia się Jerzy Stuhr, czołowa postać polskiej komedii, co i tak jest sporym uogólnieniem uniwersalności aktora. W każdym razie to dzięki niemu czarusiowaty Maks z „Seksmisji” nie wychodzi na totalnego seksistę, a komisarz Ryba nadal śmieszy w „Kilerze”, kiedy sam film już dawno osnuła pajęczyna żenady.
Oczywiście w „Amatorze”, jak na nurt przystało, pierwsze skrzypce gra poczciwy „szary człowiek” z zakładów przemysłowych, który w odruchu ojcowskiej euforii kupuje kamerę, by rejestrować kolejne etapy życia swojej córki. Z czasem bohater odkrywa w sobie żyłkę artysty wrażliwego na krzywdę innych. Zaczyna dealować z oczekiwaniami władzy oraz z cenzurą. Film niby o komunie, ale i dzisiejsi twórcy odnajdą się w tym morzu metafor.
„Zimna wojna”
Zaczyna się od przesłuchań do socrealistycznego „Idola”, by ze sceny na scenę przerodzić się w najpiękniej sfotografowany polski melodramat. Cała zasługa w pracy Łukasza Żala, którego zatopione w czerni i bieli kadry same w sobie są powodem do wielokrotnego oglądania filmu Pawła Pawlikowskiego. Jest taka scena, w której Tomasz Kot i Agata Kulesza, oparci o wielkoformatowe lustro, obserwują tłum zebrany po koncercie prowadzonego przez nich zespołu pieśni i tańca. My widzimy gwarne zbiorowisko w odbiciu. Kadr można powiesić obok Degasa, Maneta, Corota w muzeum. Dziękujmy niebiosom też za ścieżkę dźwiękową, bo przez pretensjonalne dialogi moglibyśmy oglądać „Zimną wojnę”. uprzednio wcisnąwszy na pilocie mute.
Uwodzi nas również obsada. Zwłaszcza Joanna Kulig jako rozśpiewana, roztańczona i niezdecydowana Zula, której odwzajemniona miłość do Wiktora (Kot) prowadzi do iście nuklearnego zakończenia. Z kolei za mało mówi się o Borysie Szycu w (nadal najlepszej w karierze) roli pnącego się po zawodowych szczeblach aparatczyka. Sama jego obecność w scenach budzi niepokój.

„Zimna wojna” Autor zdjęcia: materiały prasowe Kino Świat
„Barwy ochronne”
Gdyby kina moralnego niepokoju było nam za mało, cały na biało wjeżdża Krzysztof Zanussi i jego – jak dla mnie – kwintesencja wizualnego przedstawienia gierkowskiej Polski. W opływających w żółcie kadrach reżyser portretuje letni obóz lingwistów i odbywający się tam… filozoficzny spór między idealistycznym młodym asystentem a pozbawionym złudzeń, zgorzkniałym docentem. Ponownie mamy małą społeczność jako metaforę całego społeczeństwa pod komunistycznym butem. Docenta gra Zbigniew Zapasiewicz, którego malkontenctwo i malujące się na twarzy zniesmaczenie rzeczywistością i innymi ludźmi ogląda się po prostu pysznie. Mistrz disu! Film krytykuje konformizmie, co można odczytywać uniwersalnie.
„Body/Ciało”
Polskie „Uwierz w ducha”, tylko zamiast romansu mamy przepracowywanie traum rodzinnych. Naszą Whoopi Goldberg jest Maja Ostaszewska, której bohaterka-terapeutka po śmierci syna odkrywa, że potrafi gawędzić ze zmarłymi. W ciotkowych swetrach i fryzurze pensjonarki staje w szranki z Januszem Gajosem, pozbawionym złudzeń prokuratorem. Ich „bitwa” o ciało i duszę córki anorektyczki (perła aktorstwa – Justyna Suwała) tego drugiego nie jest tylko przeciąganiem liny. To pretekst dla reżyserki Małgorzaty Szumowskiej do rozkmin nad wiarą i rozumem. A także – co najciekawsze – nad tym, jak ciało jest rozumiane społecznie i do kogo należy. Gdyby tego było mało, do oglądania na repeacie jest scena tańca Ewy Dałkowskiej do „Śmierci w bikini” Republiki.

„Body/Ciało”, Kino Świat Autor zdjęcia: Jacek Drygała
„Akademia pana Kleksa”
Szukając polskiego filmu, który w innej czasoprzestrzeni miałby szansę zostać hollywoodzkim blockbusterem, pierwsza przychodzi mi na myśl ekranizacja Brzechwy w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Co prawda moje jej ikoniczne postrzeganie jest podyktowane bardziej sentymentem niż faktycznymi walorami artystycznymi. Ale paździerzowość scenografii i kręcenie części scen w formie animacji czy z wykorzystaniem ledwo trzymających się kukieł ma swój urok i nikt nie powie mi inaczej. Scenariusz trzyma się na uroku Piotra Fronczewskiego, a to klej o wielkiej mocy.
Oglądanie „Akademii…” jest jak powrót do dzieciństwa. Przeżywanie przygód, wcinanie piegów i zbieranie snów do magicznego sennika działały na wyobraźnię. Pewnie, że wiele kontekstów i znaczeń nie zestarzało się dobrze (scena pod prysznicem. Michnikowski w rasistowskim dragu), co odziera film z niewinności. Dla mnie niezmiennie wabiące pozostaje jednak wrażenie przebywania na pograniczu baśni i horroru (android Alojzy!). Nawet po latach mam gęsią skórkę!

„Akademia pana Kleksa” Autor zdjęcia: materiały Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny
„Demon”
Wiele gatunków filmowych zagrzało swoje miejsce w naszej kinematografii, ale horror jakoś nie może. Dlatego każda produkcja z dreszczykiem jest na wagę złota. Reżyser Marcin Wrona zabiera widownię na wesele, jednocześnie trzymając się na dystans od filmów Wajdy i Smarzowskiego. Pomagają mu w tym gatunkowe wycieczki.
Zatem mamy mieszaninę czasu i przestrzeni, pojawiają się szczątki ludzkie, dybuk i opętanie niczym z „Egzorcysty”. Trudno odgadnąć, co jest prawdą, a co wytworem napędzanego wódką umysłu. Ciasne kadry, zabawa schematami horroru i creeperska muzyka dają wrażenie paranoi. Wrona nie boi się też komedii. W fantastycznej scenie zakrwawiony pan młody zawodzi w jidysz, stary Żyd odprawia egzorcyzmy, a zaryczana panna młoda nadal nie może uwierzyć w absurd tego bigosu. Reżyser po chwili wraca do ojca dziewczyny, granego przez Andrzeja Grabowskiego, który w każdej ze scen przechodzi samego siebie. Rzuca kurwami na prawo i lewo, starając się racjonalizować opętanie zięcia. Aktor grał już podobne schamiałe postacie. Jednak w konwencji horroru jego Zygmunt posiada tragiczny rys.

„Demon” Autor zdjęcia: materiały prasowe Kino Świat
„Znachor”
Nawet jeżeli nie celowo, każde z nas oglądało „Znachora” przynajmniej kilkukrotnie. Może nawet niekoniecznie podczas jednego seansu, ale fragmentarycznie, przez lata. Film Jerzego Hoffmana to lejtmotyw telewizji podczas przerw świątecznych – leci w tle obiadów i słodkiego tuż po nich. Profesor Wilczur stał się członkiem rodziny jak Kevin McCallister.
Zaskakuje ta niegasnąca popularność historii słynnego lekarza, który po odejściu żony idzie w smutne tany, zostaje pobity, okradziony i traci pamięć niczym bohaterka telenoweli. Być może powodem fejmu jest uniwersalność opowieści „od pucybuta do milionera”? Albo altruistyczne podejście Wilczura? Bohater, tułając się od wsi do wsi, odkrywszy, że potrafi leczyć, zaczyna nieść pomoc za darmo. W kraju, w którym wielu obywatelom służba zdrowia kojarzy się z kolejkami, łapówkami i brakiem życzliwości, „Znachor” jest jak baśń, a z nich przecież nigdy się nie wyrasta.

„Znachor” Autor zdjęcia: materiały Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny
Zanim trafił do GQ Poland, ponad dekadę działał jako freelancer. Współpracował z m.in. „Vogue Polska”, OKO.press, Mint Magazine, Spider’s Web i „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest autorem „Cudownego przegięcia. Reportażu o polskim dragu” (Wydawnictwo Znak). Praca nad książką silniej skierowała jego uwagę na tematy społeczne i te dotyczące osób LGBT+.
Specjalizuje się też w pisaniu o filmach i serialach. Jeśli mógłby, nie wychodziłby z kina. Uwielbia długie rozmowy z twórcami i twórczyniami stojącymi po obu stronach kamery. Prowadzi wywiady z psychologami o męskości w każdym wydaniu. Nie unika też tematów okołoliterackich.
Gdy nie ogląda filmów, przesiaduje na siłowni lub jeździ na wyprawy rowerowe, najchętniej po drożdżówki. W weekendy wcina naleśniki i snuje się po galeriach sztuki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Filmy i seriale
Na ekranie i za kierownicą. Francuski świat Peugeota
Samochody i kino mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.
Filmy i seriale
Marcin Dorociński i Ryan Reynolds, czyli „Katastrofa w duecie”. Polski aktor w nowym filmie Apple TV
Marcin Dorociński wraca do Hollywood. Apple TV pokazało pierwszy zwiastun filmu „Katastrofa w duecie” (Mayday), w którym polski aktor występuje obok Ryana Reynoldsa i Kennetha Branagha.
Filmy i seriale
„Odyseja” to kino totalne. Christopher Nolan w znakomitej formie [RECENZJA]
Gdyby Christopher Nolan żył w starożytnej Grecji, dziś jego dramaty stałyby obok największych antycznych tragików. Zamiast ekranizować Homera, opowiedział trojański mit po swojemu. I zrobił to zjawiskowo.
Filmy i seriale
Łukasz Simlat o swoich ikonicznych rolach
Od pierwszego polskiego serialu Netfliksa „1983”, przez nagradzane „Boże Ciało”, po „Rojsta” i „Furiozę” – Łukasz Simlat opowiada o rolach, które wyznaczały kolejne etapy jego aktorskiej kariery. Z okazji 10-lecia Netfliksa w Polsce kontynuujemy cykl „Ikoniczne role”, w którym aktorzy wracają do najważniejszych postaci swojej kariery.
Filmy i seriale
Emmy 2026: Ogłoszono nominacje. Mamy polski akcent
Poznaliśmy nominacje do 78. nagród Emmy. Wśród wyróżnionych „The Pitt”, „Jedyna” i Zendaya. Oto kto jeszcze powalczy o statuetkę dla najważniejszych produkcji telewizyjnych.
Filmy i seriale
Najlepsze seriale 2026 roku (jak dotąd). Nasze typy
Rok 2026 obfituje w seriale, o których będzie się mówić jeszcze długo. To produkcje zachwycające świetnie napisanymi bohaterami, odważnymi historiami i wysokim poziomem realizacji. Wybraliśmy najlepsze seriale 2026 roku – od głośnych premier po znakomite powroty. Jeśli zastanawiasz się, co warto obejrzeć, ta lista jest dobrym miejscem, żeby zacząć.
Filmy i seriale
Co obejrzeć w lipcu? Nowości na Prime Video
Od prequela „Legalnej blondynki”, przez widowiskowe science fiction z Ryanem Goslingiem, po pełen napięcia horror rozgrywający się w tajskich jaskiniach. Oto najciekawsze filmy i seriale, które Prime Video przygotowało dla swoich widzów na lipiec.
Filmy i seriale
„Wielki Łuk” – film o cenie marzeń
Co się dzieje, gdy idealista dostaje szansę stworzenia pomnika epoki? „Wielki Łuk” to oparta na faktach historia architekta, który zamiast świętować życiowy sukces, musiał stoczyć wyniszczającą walkę o własną wizję. W rolach głównych Claes Bang, Xavier Dolan i Swann Arlaud.