PARTNERZY SERWISU
Trendy i zjawiska
Jonathan Anderson. Nowy mężczyzna Diora
W czerwcu 2025 roku Jonathan Anderson otrzymał absolutną władzę nad domem mody Christian Dior. Kilka miesięcy po przełomowej męskiej kolekcji pre-fall 2026 i hipnotyzującym debiucie couture wiemy już, że nie mamy do czynienia z korporacyjną roszadą w szklanych wieżowcach LVMH, ale z wizjonerem, który historię traktuje jak glinę, a luksus – jak intelektualną prowokację. Oto raport z początku nowej ery.
Udostępnij

Jonathan Anderson nie wszedł do Diora, by go odświeżyć. Jest tam, by go scalić Autor zdjęcia: David Sims
Paryż, Avenue Montaigne 30. Adres, który w geografii luksusu znaczy tyle, co Watykan dla katolików. Od śmierci monsieur Christiana Diora w 1957 roku żaden twórca nie trzymał w ręku wszystkich kluczy do tego królestwa. Przez dekady władza była parcelowana – oddzielni dyrektorzy dla kobiet, oddzielni dla mężczyzn, jeszcze inni dla biżuterii i zapachów. Era Marii Grazii Chiuri i Kima Jonesa była erą dialogu, czasem dwugłosu. Jednak Bernard Arnault, patriarcha koncernu LVMH, uznał, że czas na jeden głos.
Wybór padł na Irlandczyka z Północy – człowieka, który w ciągu ostatniej dekady udowodnił, że potrafi sprzedawać marzenia zarówno awangardowym artystom, jak i klientom szukającym po prostu doskonale wykonanej, pięknej torby. Jonathan Anderson nie wszedł do Diora, by go odświeżyć. Jest tam, by go scalić.
Patrząc na wchodzącą właśnie do butików męską kolekcję pre-fall 2026 oraz mając w pamięci styczniowy spektakl haute couture, widzimy wyraźnie: Anderson nie projektuje ubrań. On kuratoruje kulturę. Jego Dior to instytucja totalna, w której zderzają się echa XVIII-wiecznego dworu z dynamizmem współczesnej ulicy, a rzemiosło najwyższej próby służy tworzeniu rzeczy cudownie nadzwyczajnych.

Produkcja butów Roadie – nowego modelu autorstwa Jonathana Andersona – w pełni uosabia savoir-faire domu mody Dior Autor zdjęcia: Paul Lehr
Wiara w napięcie
Żeby zrozumieć radykalizm, z jakim Anderson tnie archiwalne żakiety i zszywa je na nowo w formę męskich kurtek roboczych, trzeba porzucić paryskie salony i przenieść się do Magherafelt – małej wioski w hrabstwie Londonderry w Irlandii Północnej. Anderson dorastał tam w latach 80. i 90., w rzeczywistości naznaczonej surowością krajobrazu i echem politycznych napięć. Jego ojciec, Willie Anderson, kapitan irlandzkiej drużyny rugby, był uosobieniem tradycyjnej, fizycznej męskości. Matka, nauczycielka, dbała o ekscentryczny, kreatywny ferment w domu.
Młody Jonathan nie marzył o modzie. Marzył o byciu kimś innym. Ucieczka do Waszyngtonu na studia w The Studio Theatre Acting Conservatory miała być przepustką do świata teatru. Jednak to tam, na scenie, doznał olśnienia, które zdefiniowało jego przyszłą karierę: zrozumiał, że bardziej niż odgrywanie Hamleta interesuje go to, w co Hamlet jest ubrany. Pojął, że kostium nie jest dodatkiem do postaci – on jest postacią. Ta fascynacja „opakowaniem” tożsamości, a nie samą tożsamością, stała się fundamentem jego późniejszej filozofii. Moda dla Andersona nigdy nie była jedynie funkcjonalnym okryciem ciała, lecz narzędziem narracyjnym, rekwizytem w wielkim teatrze życia społecznego.

Model Roadie to hybryda, jakiej rynek dotąd nie widział: połączenie smukłego, lekkiego buta bokserskiego z miękkim mokasynem dla kierowców, osadzone na technicznej, rurkowej podeszwie Autor zdjęcia: Paul Lehr
Prawdziwy uniwersytet Andersona nie miał jednak sal wykładowych ani indeksów. Nazywał się Brown Thomas – luksusowy dom towarowy w Dublinie. To tam, pracując jako sprzedawca (i dorabiając na czesne w London College of Fashion), spotkał kobietę, która zmieniła wszystko: Manuelę Pavesi. Prawą rękę Miuccii Prady, redaktorkę, fotografkę, stylistkę, legendę.
Pavesi dostrzegła w chłopaku z Irlandii potencjał wykraczający daleko poza umiejętność składania kaszmirowych swetrów w równą kostkę. Zatrudniła go jako visual merchandisera w londyńskim butiku Prady przy Bond Street, w rzeczywistości stała się jego mentorką. Nauczyła go patrzeć. Nie wierzyła w „dobry gust”. Wierzyła w napięcie. To ona pokazała mu, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku luksusu i kiczu, piękna i brzydoty. Uczyła go, że witryna sklepowa może być instalacją artystyczną, a ułożenie manekina – aktem intelektualnym. „Obsesja” – to słowo powtarzała jak mantrę. Produkt musi wywoływać obsesję.

W wydaniu Andersona Dior to manifest kulturowy, a zarazem celebracja pracy ręcznej Autor zdjęcia: Paul Lehr
Wizjonerski geniusz
Dziś, gdy Anderson projektuje torebkę w kształcie kokardy czy buty przypominające żaby (znane z kolekcji JW Anderson z 2023 roku, stworzone we współpracy z Wellipets), słychać w tym echa lekcji Pavesi. To ona dała mu odwagę, by nie tworzyć rzeczy stereotypowo „ładnych”. To ona nauczyła go, że w świecie mody bezpieczny środek oznacza śmierć.
Zanim Anderson przejął stery w Diorze, zbudował imperium oparte na paradoksie: byciu jednocześnie najbardziej awangardowym i najbardziej komercyjnym projektantem swojego pokolenia. Jego autorska marka JW Anderson, założona w 2008 roku, była poligonem doświadczalnym. To tam po raz pierwszy zatarł granice płci, ubierając mężczyzn w gorsety i falbany na długo przed tym, zanim Harry Styles zaczął eksperymentować z kodami męskości i kobiecości. Jednak to hiszpański dom mody Loewe stał się najpełniejszym dowodem jego wizjonerskiego geniuszu.

Każdy detal, od haptycznej faktury materiału po najdrobniejszy szew, jest świadectwem najwyższej próby rzemiosła. To buty zaprojektowane, by stawiać opór czasowi, a nie tylko przetrwać jeden sezon Autor zdjęcia: Paul Lehr
Obejmując Loewe w 2013 roku, zastał markę szacowną, lecz nudną – znaną z doskonałej skóry i niewiele więcej. Dekadę później Loewe regularnie okupuje szczyty rankingu Lyst Index jako „Hottest Brand in the World”. Jak tego dokonał? Nie przez logo. Przez kulturę. Anderson zredefiniował luksus, przesuwając akcent z „posiadania” na „dotykanie”. Powołał do życia Loewe Foundation Craft Prize – nagrodę, która wyciągnęła z cienia rzemieślników: plecionkarzy koszy, ceramików, mistrzów laki.
To podejście można określić mianem curatorial approach – podejścia kuratorskiego. Anderson, zarówno w Loewe, jak i dziś w Diorze, zachowuje się jak dyrektor muzeum sztuki nowoczesnej. Każda kolekcja jest wystawą. Współprace z artystami – takimi jak ceramistka Magdalene Odundo czy fotograf Juergen Teller – są integralną częścią kolekcji, często ujawniając się w najmniej oczekiwany sposób.

W atelier domu mody Dior unikatowe know-how i techniki rzemieślnicze są nie tylko pielęgnowane, lecz także nieustannie aktualizowane Autor zdjęcia: Paul Lehr
Desakralizacja formy
W 2024 roku, gdy trafił na listę 100 najbardziej wpływowych ludzi świata magazynu „Time”, reżyser Luca Guadagnino, twórca filmów „Challengers” i „Queer”, do których Anderson projektował kostiumy, a wkrótce także do „Artificial” (tak, Jonathan spełnia się również jako wybitny projektant kostiumów filmowych) – napisał w laudacji: „Jego moda należy do nas wszystkich – teraz i w przyszłości”.
Anderson zrozumiał bowiem coś, co umyka wielu: w cyfrowym świecie, w którym wszystko staje się płaskim obrazkiem na Instagramie lub 10-sekundowym filmikiem na Tik-Toku, prawdziwym luksusem są faktura, ciężar materiału, szorstkość wełny, chłód ceramiki. Haptyczność stała się nową walutą.
Wchodzimy w teraźniejszość. Kolekcja pre-fall 2026 dla Dior Men to płynny przeskok między debiutem Andersona a drugą kolekcją pokazową, którą oglądaliśmy w styczniu w czasie paryskiego tygodnia mody męskiej. To manifest nowej męskości – arystokratycznej, rodem z Ligi Bluszczowej, lecz przepuszczonej przez filtr paryskiej nonszalancji.
Fundamentem tej kolekcji jest postmodernistyczny dialog między high i low. Anderson z premedytacją sięga po elementy święte dla tradycyjnego krawiectwa i bruka je utylitarnością. Najbardziej emblematycznym przykładem jest frak – ubranie, które w męskiej garderobie stało się skamieliną, symbolem XIX-wiecznych balów, dyplomacji i sztywnej etykiety. Co robi Anderson? Szyje frak z surowego, japońskiego denimu. Zamienia go w miejską zbroję. Taki frak wkłada się nie do opery, lecz na kawę na Marais albo na wernisaż w londyńskiej galerii. To desakralizacja formy, która paradoksalnie przywraca jej życie.
Równie fascynująca jest męska interpretacja Bar Jacket. Ta ikoniczna, taliowana marynarka, którą Christian Dior stworzył w 1947 roku, by podkreślić kobiece biodra, u Andersona staje się elementem męskiej sylwetki. Nie jest jednak noszona z eleganckimi spodniami w kant. Projektant zestawia ją z solidnymi, funkcjonalnymi spodniami typu carpenter. To zestawienie działa jak wizualny esej: góra to Paryż – historia i dyscyplina, a dół to Detroit – praca fizyczna i pragmatyzm.

Kolekcja pre-fall 2026 to styl Ligi Bluszczowej przepuszczony przez filtr paryskiej nonszalancji Autor zdjęcia: Joseph Smith
Zniszczony arystokrata
Nie sposób pominąć butów. W świecie luksusowego streetwearu sneakersy są królami, a Anderson właśnie koronował nowego władcę. Model Roadie to hybryda, jakiej rynek dotąd nie widział: połączenie smukłego, lekkiego buta bokserskiego z miękkim mokasynem dla kierowców, osadzone na technicznej, rurkowej podeszwie. Wykonane z luksusowego zamszu w odcieniach spalonej sieny i gołębiej szarości, Roadie dowodzą, że Anderson potrafi tworzyć it-item o ogromnym potencjale komercyjnym, nie rezygnując z autorskiej ekscentryczności.
W tej hybrydowości kryje się zresztą głębszy plan. Anderson dokonuje w Diorze fascynującej operacji na męskim ego. Przez dekady moda męska oscylowała między dwiema skrajnościami: albo była garniturem, albo streetwearem. Anderson proponuje trzecią drogę: ubranie jako intymny pamiętnik. W jego męskim Diorze czuć wyraźny powrót do „brytyjskości”, ale nie tej z podręczników savoir-vivre’u, lecz tej z błotnistych boisk rugby i zimnych, wietrznych wybrzeży, które ukształtowały jego wrażliwość.

Must-have kolekcji: kultowy żakiet Bar zyskuje męski charakter dzięki współczesnym proporcjom i surowej, utylitarnej formie Autor zdjęcia: Estelle Hanania
Widać to w doborze materiałów. Anderson wprowadza do atelier Diora tkaniny, które wcześniej nie miałyby tam wstępu. Szlachetny jedwab miesza z surowym moherem, a kaszmir spilśnia tak mocno, że w dotyku przypomina wojskowy koc. Ten zabieg celowo wprowadza dysonans. Mężczyzna Diora w wydaniu Andersona nie jest już tylko gładkim bywalcem salonów. Jest kimś, kto nosi historię na plecach. Projektant bawi się archetypem „zniszczonego arystokraty” – kogoś, kto odziedziczył fortunę i garderobę, ale nosi ją z nonszalancją, a nawet pewną brutalnością.
Dlatego w jesiennej kolekcji obok wspomnianych butów Roadie pojawiają się ciężkie, oversize’owe płaszcze, które wyglądają, jakby zostały wyciągnięte z kufra na strychu rodowej posiadłości, a następnie naprawione przy użyciu technik haute couture. Anderson celebruje niedoskonałość – buduje przez nią narrację o mężczyźnie, który nie musi nikomu nic udowadniać. Jego elegancja wynika z faktu, że nie boi się wyglądać na „niegotowego”. To odważna gra z kodami męskości, która w rękach słabszego projektanta mogłaby zamienić się w chaos, ale u Andersona staje się nowym kanonem. To moda dla mężczyzn, którzy zmęczyli się już perfekcją Instagrama i szukają ubrań z duszą, ubrań, które stawiają opór.

Diabeł tkwi w detalach. U Andersona nie ma miejsca na przypadek – każdy element jest częścią wizualnego eseju, który zachęca do swobodnej, autorskiej interpretacji Autor zdjęcia: Joseph Smith
Couture wkracza do męskiej szafy
Ekonomia luksusu rzadko bywa romantyczna, lecz w przypadku Jonathana Andersona działa według własnej, przewrotnej logiki. LVMH pozwala mu na tak daleko idącą autonomię nie mimo ryzyka, lecz właśnie dlatego, że ryzyko stało się dziś najcenniejszą walutą. W świecie marek produkujących niemal identyczne torebki i sneakersy prawdziwą przewagą konkurencyjną są odmienność i charyzma, których nie da się skopiować w jednym sezonie.
Anderson udowodnił to już w Loewe. Zamiast przyspieszać tempo i gonić za wiralowością, zwolnił je, inwestując w rzemiosło, narrację i obiekty, które wymagają uwagi. Paradoksalnie, im bardziej intelektualna stawała się marka, tym szerszy był jej zasięg. Klienci nie kupowali produktu – kupowali uczestnictwo w świecie znaczeń. Dior ze swoim nieporównywalnym kapitałem symbolicznym jest idealnym polem dla tej strategii. Anderson nie musi krzyczeć logo, bo Dior jest logotypem. Zadaniem projektanta nie jest zwiększanie widoczności, lecz pogłębianie treści. A to, jak doskonale wie LVMH, przekłada się na lojalność, a nie tylko na jednorazową sprzedaż.
Geniusz Andersona najwyraźniej widać jednak nie w bestsellerowych akcesoriach, lecz w sposobie, w jaki prowadzi dialog z duchem założyciela. Centralnym punktem kolekcji pre-fall 2026 są szorty, których genezy należy szukać w archiwum maison Dior.
Cofnijmy się do 1948 roku. Europa wciąż liże rany po wojnie. Brakuje wszystkiego – węgla, jedzenia, tkanin. I wtedy Christian Dior pokazuje suknię Delft: arcydzieło inspirowane holenderską ceramiką, z biało-niebieskimi wzorami i monumentalną spódnicą, która pochłania metry drogocennego jedwabiu i satyny. Był to akt buntu przeciwko szarości i oszczędności, gest eskapizmu.
W 2026 roku Jonathan Anderson bierze tę sylwetkę na warsztat. Nie kopiuje jej jednak do kolekcji damskiej, lecz przenosi jej konstrukcję do mody męskiej. Efektem są szerokie bermudy, gładkie albo w heraldyczny wzór, które właśnie trafiają do sprzedaży. Na pierwszy rzut oka przypominają nowoczesny streetwear, lecz gdy przyjrzeć się konstrukcji tyłu, ujawnia się coś niezwykłego: skomplikowane, architektoniczne plisowanie, które pochłania aż siedem metrów bawełnianego twillu.
Siedem metrów materiału w męskich szortach. To szaleństwo – ilość tkaniny typowa dla balowych kreacji Diora. Anderson dokonuje tu fascynującego przesunięcia znaczeń: zamienia jedwab w pancerne płótno, a dekoracyjną formę – w funkcjonalne kieszenie cargo. Myślenie couture bezpardonowo wkracza do męskiej szafy. To hołd dla historii mody, który nie pachnie naftaliną, lecz świeżą farbą drukarską.

Kolekcja kapsułowa Diorling z serii Dior Men zima 2025 Autor zdjęcia: Joseph Smith
Wiara w sens luksusu
Haute couture w ujęciu Jonathana Andersona nie jest eskapizmem ani nostalgicznym rytuałem odprawianym ku czci przeszłości. Jest gestem kulturowo-społecznym – choć pozbawionym transparentów i sloganów. W epoce algorytmów, przyspieszenia i wizualnej nadprodukcji couture staje się przestrzenią oporu wobec logiki natychmiastowości.
To moda, która broni czasu: godzin pracy, tygodni konstrukcji, miesięcy prób. Broni ręki rzemieślnika i prawa do savoir-faire. Oraz przywraca hierarchię wartości, w której proces ma większe znaczenie niż obraz, a trwałość większe niż zasięg. Jego działalność w Diorze jest manifestem wiary w sens luksusu jako przestrzeni refleksji – luksusu, który nie krzyczy, lecz wymaga skupienia. Couture nie konkuruje tu z mediami społecznościowymi, ono funkcjonuje obok nich, na własnych warunkach, jak ostatnia enklawa wolna od presji natychmiastowej konsumpcji.
Opowieść o nowym Diorze byłaby niepełna bez styczniowego debiutu Andersona w dziedzinie wysokiego krawiectwa. To tam, w najświętszym sanktuarium mody, pokazał pełnię swoich możliwości. Pokaz w paryskim Musée Rodin nie był zwykłą prezentacją – był renesansem couture.
Scenografia zapierała dech w piersiach: tysiące fioletowych cyklamenów zwisających z sufitu tworzyły oniryczny klimat. Cyklamen – kwiat symbolizujący trwałe i szczere uczucia – stał się hołdem nie tylko dla Christiana Diora, znanego z miłości do ogrodów, którą do dziś można podziwiać w willi Les Rhumbs, rodzinnym domu projektanta w Granville, lecz także dla poprzedników Andersona: Johna Galliano i Rafa Simonsa, którzy również posługiwali się kwiatową metaforyką.
Sama kolekcja nie była jednak romantyczna w banalny sposób. Była – jak szeptano w kuluarach – żywym Wunderkammer, gabinetem osobliwości. Anderson potraktował modelki jak rzeźby. Miniaturowe sukienki z opalizujących piór przypominały egzotyczne ptaki zamknięte w klatce formy. Największe emocje wzbudziły jednak akcesoria: torebki w kształcie srebrnych fretek czy broszki wykonane z XVIII-wiecznych miniatur malarskich. Te surrealistyczne obiekty przełamywały powagę couture, wprowadzając element humoru i surrealizmu – tak charakterystyczny dla Andersona.
Finał pokazu stanowił klamrę spinającą całą wizję. Na wybieg wyszła panna młoda w sukni z asymetrycznym dekoltem i spódnicą ciętą w ostry „zygzak” – bezpośrednim, technicznym cytatem z archiwum Diora z 1948 roku, tym samym motywem, który pojawił się w męskich spodniach Delft. Anderson udowodnił, że moda męska i damska nie są dla niego dwoma obcymi językami, lecz dialektami tej samej mowy.

Dior Normandie Tote Bag Autor zdjęcia: Joseph Smith
Opłacalne ryzyko
Rewolucja Andersona nie odbywa się w próżni. Wybór ambasadorów marki jest równie precyzyjnym działaniem kuratorskim jak selekcja tkanin. Projektant odchodzi od bezpiecznych hollywoodzkich „przystojniaków”, stawiając na charaktery nieoczywiste.
Josh O’Connor – brytyjski aktor znany z roli księcia Karola w „The Crown” oraz filmu „Challengers” – od wielu lat jest muzą Andersona. Ucieleśnia typ wrażliwego intelektualisty. Jego uroda nie jest oczywista: odstające uszy, melancholijne spojrzenie, sylwetka pozornie niezdarna, a przez to niezwykle stylowa. W błękitnej koszuli i szarych, wełnianych spodniach Diora wygląda jak beztroski student historii sztuki. To on uwiarygadnia trudniejsze, historyzujące akcesoria – takie jak satynowa opaska na szyję z przeskalowaną muchą. Na nim nie przypominają kostiumu, lecz stają się wyrazem osobistej ekscentryczności.
Tymczasem Louis Garrel, ikona niezależnego francuskiego kina, uosabia paryski intelektualizm. W kampanii na sezon wiosna–lato 2026, sfotografowanej przez Davida Simsa, trzyma czereśnię w dłoni w geście niemal szekspirowskim – to ukłon w stronę tradycji domu Dior, lecz w wersji zmodernizowanej. Garrel reprezentuje elegancję w sposób wysublimowany: nonszalancki, lekko arogancki w francuski sposób, zabójczo szykowny. Taki właśnie jest nowy mężczyzna Diora według Andersona.
Jonathan Anderson funkcjonuje w systemie mody jak ciało obce i właśnie dlatego jest tak skuteczny. W epoce dyrektorów kreatywnych budujących własny mit, epatujących osobowością i medialną obecnością, on wybiera strategię niemal ascetyczną. Rzadko mówi o sobie, za to nieustannie mówi za pomocą rzeczy. Nie jest projektantem solistą ani showmanem. Bliżej mu do redaktora naczelnego, który porządkuje głosy, selekcjonuje cytaty i dba o spójność narracji.
Jego metoda pracy opiera się na dialogu: z archiwum, z rzemieślnikami, z artystami i z historią domu, do którego wszedł. Anderson nie narzuca jednej wizji – on ją wydobywa. W Diorze nie obserwujemy więc zerwania ani gwałtownej rewolucji, lecz precyzyjnie kontrolowaną ewolucję. To model przywództwa rzadki w świecie luksusu, gdzie ego często bywa ważniejsze niż idea. Anderson dowodzi, że dziś największym aktem kreatywnej odwagi jest umiejętność cofnięcia się o krok i pozwolenia, by przemówiła sama instytucja.
Początki „rządów absolutnych” Jonathana Andersona w Diorze pokazują, że LVMH podjęło ryzyko, które opłaciło się z nawiązką. Projektant nie próbuje być drugim Yves’em Saint Laurentem ani naśladować teatralności Galliano czy chłodnego rock and rolla Hediego Slimane’a (choć subtelnie nawiązał do jego kultowych rurek z czasów Dior Homme w kolekcji jesień–zima 2026/2027). Buduje Diora na własnych zasadach – jako markę głęboko zakorzenioną w historii, lecz oglądaną oczami współczesnego wizjonera.
W świecie, który staje się coraz bardziej powierzchowny, Jonathan Anderson zaprasza nas do głębi. Jego Dior to moda wymagająca uwagi i refleksji. Moda, która myśli. I być może właśnie to jest dziś największym luksusem.

Mokasyny Dior Antibes Autor zdjęcia: Joseph Smith
Krytyk mody i konsultant kreatywny działający w branży high fashion. Z wykształcenia historyk sztuki, obecnie doktorant w tej dziedzinie. Od 2012 roku prowadzi dziennik modowy @designandculturebyed oraz jest autorem newslettera „Ed’s Dispatch”. Oprócz pisania o modzie wypowiada się na jej temat również przez swoje ulubione artystyczne medium – kolaż. Fascynuje go obserwowanie mody w szerokim kontekście kultury i polityki.
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Trendy i zjawiska
Uniform projektanta. Dlaczego najwięksi wizjonerzy mody ubierają się tak zwyczajnie?
Choć uniform kojarzy się z rutyną, to w rzeczywistości jest jednym z najbardziej wyrafinowanych narzędzi budowania wizerunku. Oszczędza czas i energię każdego poranka, eliminuje zmęczenie codziennymi decyzjami i pozwala polegać wyłącznie na fasonach, kolorach i proporcjach, które zostały już wielokrotnie sprawdzone. Z czasem staje się strefą komfortu, a także osobistym znakiem rozpoznawczym, wręcz wizytówką.
Trendy i zjawiska
Wybieramy najbardziej ikonicznie koszulki w historii mundialu
W USA, Kanadzie i Meksyku wystartowały mistrzostwa świata. Kontrowersyjne, nietypowe i generujące masę problemów. Mimo wszystko – z wielkim potencjałem na sportową ekscytację oraz liczne modowe highlighty.
Trendy i zjawiska
Wakacyjna garderoba męska, czyli jak nie wyglądać jak turysta z filmu
Letnia męska szafa balansuje między dwiema skrajnościami: z jednej strony mamy sportową funkcjonalność, z drugiej – krzykliwe „vacation mode” w postaci hawajskich koszul i neonowych szortów. Choć bywają fashion-forward, na wakacjach częściej przebodźcowują wzrok, niż pozwalają naprawdę odetchnąć.
Trendy i zjawiska
Wielka piłka i wielka moda. Jak największe marki współpracują z piłkarzami i trenerami?
Mistrzostwa Świata w USA wystartowały, ale emocje nie kończą się na obserwacji zmagań piłkarzy na murawie. Piłkarskie wydarzenia to kolejne poletko dla branży mody, która w rytm dopingujących okrzyków, daje się poznać z nieco innej strony.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Trendy i zjawiska
Pięć kultowych modeli w nowej odsłonie. adidas Originals prezentuje Object of Legacy
Od dziesięcioleci adidas Originals tworzy ikony butów sportowych, które istnieją poza trendami – są ponadczasowe, trwałe i niezmiennie pożądane, także do miejskich looków. Oddając hołd tej współczesnej tradycji, marka przedstawia kolekcję Object of Legacy, na którą składa się pięć cenionych, klasycznych modeli, z ikoną, od której wszystko się zaczęło na czele: Stan Smith.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Trendy i zjawiska
Levi’s® i futbol w nowoczesnym wydaniu
Levi’s® tym razem kieruje swoją uwagę w stronę futbolu, jednak nie w dosłownym, stadionowym wydaniu, lecz poprzez estetykę, która od lat towarzyszy temu sportowi poza boiskiem. Efektem jest kolekcja Country Ringer Tees.
Trendy i zjawiska
Astronauta ubiera się u Prady. Ekipa NASA z pionierskim kombinezonem
Okazja wyjątkowa, więc i strój unikatowy. Po 50 latach przerwy człowiek znów spróbuje postawić stopę na Księżycu.
Trendy i zjawiska
Biała gorączka. Dlaczego latem warto ubierać się od stóp do głów na biało?
Biały total look wraca z przewrotną siłą. Jak nosić kolor, który uchodzi za wymagający i ryzykowny? To nie musi być trudne.