Jak wrocławski biznesmen doprowadził do skazania „stalkera z Tindera”
PARTNERZY SERWISU
Społeczeństwo
Jak wrocławski biznesmen doprowadził do skazania „stalkera z Tindera”
– Robert I. wyszedł na wolność po pierwszym aresztowaniu, 24 godziny po włamaniu i napaści na kobietę. Przyjechał do mnie policjant operacyjny, który go zatrzymywał. Pytam go: „Co jest? Mam mojego detektywa zaangażować, stawiać ochronę w szkole, u dziecka?”. Staliśmy koło samochodów, i on na zakurzonej masce narysował: „TV – idź do mediów” – mówi nam Grzegorz Filarowski biznesmen branży IT i współautor serii książek „Rak”.
Udostępnij

Grzegorz Filarowski jest przedsiębiorcą, współautorem serii książek „Rak”, wielkim fanem Batmana i oskarżycielem posiłkowym w sprawie polskiego „oszusta z Tindera” Autor zdjęcia: archiwum prywatne Grzegorza Filarowskiego
Robert I., określany jako polski „oszust” lub „stalker z Tindera”, został prawomocnie skazany na karę więzienia. To jednak nie koniec jego historii – wciąż toczą się kolejne postępowania, a do prokuratury zgłaszają się nowe osoby pokrzywdzone. To głównie kobiety. Z materiałów sądowych, do których dotarły media, wyłania się obraz bezwzględnego sprawcy, który latami zastraszał swoje ofiary, stosował wobec nich przemoc fizyczną i psychiczną, inwigilował je oraz wyłudzał od nich ogromne sumy pieniędzy.
O kulisach tej sprawy i wieloletniej walce o sprawiedliwość rozmawiamy z Grzegorzem Filarowskim – wrocławskim przedsiębiorcą, oskarżycielem posiłkowym w licznych postępowaniach. To właśnie on poświęcił pięć lat życia i setki tysięcy złotych, by doprowadzić do zatrzymania i postawienia przed sądem Roberta I. Znalazł się w samym środku tej sprawy w momencie, gdy przestępca nawiązał kontakt z byłą żoną Filarowskiego podczas ich rozwodu. Podszywając się pod osobę chcącą pomóc, zaoferował jej wsparcie w sporze z mężem, jednocześnie inwigilując Filarowskiego oraz podejmując próby zrujnowania jego życia zawodowego i prywatnego.
Swoje doświadczenia Filarowski opisał we współpracy z Nadią Szagdaj w serii książek „Rak”, pokazując nie tylko skalę przestępstw Roberta I., lecz także słabość systemu w reagowaniu na stalking i przemoc. Jak wyglądała ta walka od środka? I dlaczego bez determinacji jednej osoby sprawca mógłby pozostać bezkarny?
Katarzyna Przyborska: Batmobil istnieje?
Grzegorz Filarowski: Istnieje. To Mercedes, który trochę przypomina Batmobil. Miała nawet powstać replika, byłem dogadany z takim gościem z Opola. Mieliśmy już kupioną płytę podłogową. Ale przyszedł COVID-19, stal poszła w górę… Poza tym mam teraz gdzie lokować czas.
A grota? Rzeczywiście masz w domu – jak jest to opisane w serii „Rak” – ukryty pokój, w którym prowadziłeś śledztwa i w którym stoi 30-kilogramowy kostium Batmana?
Grota istnieje, kostium również. Czyli coś już o mnie wiesz?
Przeczytałam tom pierwszy, w którym opisujecie z Nadią Szagdaj dochodzenie do prawdy o przestępstwach tytułowego Raka, i tom trzeci – studium utraty i odzyskiwania kontroli. Prowadzicie ciekawą grę z rzeczywistością mimo deklaracji, że zbieżność z nią jest przypadkowa. Sprawy w sądzie się toczą, na swoim kanale na YouTubie pokazujesz fragmenty nagrań dowodowych. Alter ego głównych protagonistów mają zaledwie odwrócone inicjały. Grzegorz Filarowski jest w książce Filipem Gregorczykiem, a Robert I. – Ireneuszem Rakiem. Jest tu też gra dobra ze złem, Batmana z Jokerem. Tak postanowiłeś potraktować tę koszmarną sytuację, stalkera, który chce ci zniszczyć życie – jak grę?
Fajnie, że to wychwyciłaś. To wielopoziomowa gra. Przede wszystkim prowadzę śledztwo, bo to już chyba tak należy nazwać. Na początku bardzo nieudolnie, z ogromnymi kłopotami, bo nikt mi nie wierzył. To zostało pokazane w pierwszym tomie. W trzecim zmagam się z własnym życiem. Z sobą.
Tom trzeci jest dużo bardziej osobisty, dotyka bolesnych spraw, rozpadu związku, rozwodu. Twoja była żona stała się jedną z ofiar Roberta I.
Planowałem zrobić trylogię: narodziny zła, procesy i koniec. Taka prosta konstrukcja. To się nie udało, bo życie nam jeszcze tej historii nie napisało, a nie chcieliśmy z Nadią wymyślać zakończenia. Robert I. spędził wprawdzie już wiele miesięcy w areszcie, ale procesy trwają. Trzeci tom stał się odpowiedzią na pytania o dotąd niewyjaśnione przyczyny tego, co się wydarzyło. Po publikacji ostatniej części dostajemy niesamowity odzew, którego zupełnie się nie spodziewałem, ale najwyraźniej ludzie chcą emocjonalnej prawdy.
Prawda wyzwala, a co trzecie małżeństwo w Polsce się rozwodzi. A ty opowiadasz o zdradzie, utracie zaufania, detektywie, terapii, dzieciach. To przeżycia nie tylko trudne, lecz także wciągające.
To była walka. Stanąłem na rozdrożu, musiałem zdecydować, co zamierzam z tym wszystkim zrobić. Kolega, który mi doradzał w procesie rozwodowym, mówił: „Olej żonę, odetnij się, niech tonie, skoro się w to sama wpakowała, niech ma”. To brutalnie zabrzmi, ale tak właśnie postępuje większość facetów. Byli mężowie, partnerzy, ale nawet brat jednej ze skrzywdzonych przez Roberta I. – zostawili je. Mówili: „Mam swoje życie, ona ma swoje, niech odpowiada za własne błędy, za głupie decyzje”. I mieli na to przyzwolenie środowiska.
To bezwzględne i wygodnickie.
Tylko syn książkowej Anety stanął twardo za matką. Ja toczyłem wewnętrzną walkę. Małżeństwo można rozwiązać, ale pewnych spraw się nie da wygumkować. Przecież mamy wspólne dzieci. Wzięliśmy na siebie ciężar odpowiedzialności ze wszystkimi konsekwencjami. Zostawienie byłej żony samej z tym brutalnym i bezwzględnym przestępcą wydało mi się nie w porządku. Byłem też już w nowej relacji, chciałem, żeby partnerka myślała o mnie dobrze. W moim domu rodzinnym nie było szczególnie wiele czułości, mówienia o uczuciach, jednak wszyscy się wspierali.
Była lojalność?
Ogromna. Nikt nikogo nie zostawiał na pastwę losu, nigdy, nawet jak ten ktoś popełnił błędy. Jeżeli się coś waliło, to wszyscy się integrowali, wzajemnie wspierali. Mój dziadek był górnikiem, człowiekiem charakternym, lojalnym, bardzo konsekwentnym, zdeterminowanym. Ta część mnie doszła tu do głosu. Jestem przedsiębiorczy, biznesowo w życiu osiągnąłem bardzo wiele. Nie nazwałbym siebie jednak self-made manem, bo miałem wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali, niekoniecznie finansowo, lecz swoją obecnością i postawą. To właśnie mnie ukształtowało, choć nie spodziewałem się, że odnajdę w sobie żyłkę społecznika. Kiedy jednak zobaczyłem, w jakiej pustce zostają te oszukane kobiety, że dzięki temu tacy przestępcy, stalkerzy, bandyci mogą grasować – postanowiłem działać.
Na początku nie wiedziałeś, na kogo trafiłeś. Dowiadywałeś się o tym stopniowo.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaką głębokość ma ta historia, ilu osób dotyczy, jak wiele spraw systemowych przy okazji wyjdzie. Nagle okazało się, że nie pomagam jednej kobiecie, mojej byłej żonie, ale że zaczynam pomagać wielu.
Powiedziałeś, że na początku ci nie wierzyli, ale ten system nie wierzy też im, kobietom. „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego otworzył dyskusję o przemocy w domach, spowodował wzrost liczby zakładanych niebieskich kart. Ty pokazujesz też część systemu, który przemoc ignoruje. Dlaczego?
Wojtek to zrobił genialnie. W konsekwencji wiele kobiet, które były zastraszane, poniewierane w domach, zaczęło mówić głośno o swoich doświadczeniach. Jednak procedura niebieskiej karty działa tylko częściowo. Jest statystycznym sygnałem problemu, ale sprawia, że krzywda się kończy. Policja nie wie, jak się zająć przemocą domową, stalkingiem, nękaniem. To nie tak proste jak sprawa kradzieży roweru. Jak bowiem rzetelnie opisać w protokole oszustwo czy przemoc psychiczną, nie rozumiejąc ich złożonego, psychologicznego charakteru?
A przy tym z przekonaniem, że rodzinne brudy pierze się w domu? Ze wspomnieniem wczorajszej awantury z własną żoną?
Gdyby ktoś odważył się zrobić audyt wśród policjantów, popatrzeć na ich zaburzenia, traumy, przemoc w ich własnych domach, wynik mógłby okazać się niepokojący. Ignorowanie skarg kobiet w takich warunkach nie jest więc trudne do wytłumaczenia. Stalking, grożenie, nękanie – czyja to jest domena? Ludzi pragnących władzy.
Ile jest ofiar Roberta I.?
Dziesiątki. Część z nich dotąd boi się ujawniać, będą gotowe zeznawać dopiero, kiedy Robert I. trafi do więzienia. Tego w książce nie opowiedzieliśmy, ale Robert I. wyszedł na wolność po pierwszym aresztowaniu. Przyjechał do mnie policjant operacyjny, który go zatrzymywał. Zapytałem go: „Po 24 godzinach od włamania i napaści na kobietę on jest na wolności? I co, mam mojego detektywa zaangażować, stawiać ochronę w każdym miejscu, w szkole, u dziecka?”. Staliśmy koło samochodów i on na zakurzonej masce palcem narysował: „TV – idź do mediów”. Wtedy zrozumiałem, że to nie byle „pies”, lecz porządny śledczy – gość, który wie, w jakim syfie pracuje, i uczciwie, bo mnie zna, mówi, że tu jest mur, że się nie wybronię. Postanowiłem sprawę nagłośnić. Albo zwróci ktoś uwagę na to bagno, albo dalej będziemy się zapadać.
Książkowa Patrycja została zepchnięta ze schodów. Efekt? Cztery śruby w kręgosłupie. Książkowa Julia została straszliwie skopana w krocze, Sara zgwałcona. Rak bił i zastraszał swoje ofiary, np. polewał żrącą substancją ogród przed domem, montował urządzenia szpiegowskie, lokalizatory, straszył, że zrobi krzywdę ich dzieciom, podsuwał psychotropy, potem nieprzytomne kobiety nagrywał i szantażował nagraniami. A przy okazji oszukiwał je, okradał.
Oczywiście zrobiliśmy z Nadią Szagdaj wszystko, by kobiety występujące w tej książce były nie do rozpoznania, ale ich historie są prawdziwe – tak samo jak krzywdy, które je spotkały. Czasem z historii kilku osób tworzyliśmy jedną, by zmniejszyć prawdopodobieństwo ich rozpoznania i dla dobra fabuły.
Rak powtarzał ten sam scenariusz: wybierał ofiarę, uwodził, oszukiwał i niszczył, gdy tylko pojawił się ślad oporu.
Gdyby spojrzeć na tego człowieka na ulicy, można nie zwrócić na niego uwagi. Ale kiedy on spojrzy na ciebie, w ten swój psychopatyczny sposób, to momentami miękną nogi. Jeśli zaś wiesz, do jakiej brutalności jest zdolny, to naprawdę można się bać. Dopiero gdy porozmawiałem z tymi kobietami, zacząłem zdawać sobie sprawę, z jakim kalibrem przestępstw zaczynam się mierzyć.
Jest taka scena w pierwszym tomie, kiedy policjant Cyja znajduje u siebie teczkę, a tam zeznania kobiet, które mu dostarczyłeś, a których on nie był w stanie zdobyć, bo zastraszone nie chciały mówić albo wycofywały zeznania. Jak je przekonałeś?
Najtrudniejsza jest historia Lili, byłej żony Raka. Czułem, że jeśli uda mi się ją namówić do współpracy, to prawdopodobnie namówię większość tych dziewczyn. Przekonywałem ją, że sojusznik istnieje. A ona powiedziała najpierw „nie”.
Czemu?
Przez wiele lat była ignorowana przez policję, pozostawiona sama sobie. Wszystkie sprawy przeciwko Rakowi przegrała. Jego prawnik – były prokurator – wywalczył dla niego prawa do opieki nad dziećmi mimo wszelkich dowodów na to, że nie powinien mieć z nimi kontaktu. Lila nie widziała dla siebie nigdzie ratunku. Kiedy nagłośniłem sprawę i skupiłem uwagę na sobie, stając się głównym celem Roberta I., poczuła wreszcie, że nie jest już zupełnie sama. Pomogły mi media – najpierw artykuł w „Gazecie Wyborczej”, potem program „Państwo w Państwie” w Polsacie.
Dopiero wtedy stałeś się wiarygodny dla innych?
Wiesz, jak to wygląda. Dwoje ludzi się rozwodzi, towarzystwo plotkuje, dzieli się, jedni wierzą temu, inni tamtemu. W dodatku sam miałem założoną niebieską kartę, próbowano mnie wkręcić w dragi, aresztowano. Byłem w szambie, krótko mówiąc. No i miałem stalkera, który podszywał się pod pracowników mojej firmy, próbując zniszczyć i ją. Decyzja Lili to był przełom. Kolejne pokrzywdzone kobiety same zaczęły się zgłaszać. Następny zwrot nastąpił, kiedy wszedłem w posiadanie danych z iPhone’a Roberta I., ujawniłem, że mam dostęp do jego korespondencji, materiałów, SMS-ów, zdjęć i mejli.
Jak? Czy to zgodne z prawem?
Mam świetnego adwokata, którego rola będzie bardzo wyraźna w czwartym tomie „Raka”. To świetny karnista, który uzmysłowił mi jedną rzecz. Powiedział: „Są granice, panie Grzegorzu, niech ich pan nie przekracza, ale niech je pan naciąga”.
Chodziło o to, że działam w interesie społecznym, charytatywnie, jako oskarżyciel posiłkowy. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, jak ogromne, niemal prokuratorskie uprawnienia ma osoba występująca w tej roli. Jeśli się wie jak – można stać się architektem śledztwa. Dwa lata iPhone Raka leżał na komendzie, a policja nie mogła go złamać. Okazało się, że można.
Czyli wybitny adwokat to nie fikcja. A książkowy policjant Cyja istnieje?
Faktycznie było dwóch policjantów. Jednym z nich jest mój przyjaciel. Poznaliśmy się, kiedy szkoliłem policję w obszarze cyberbezpieczeństwa. Dokładniej chodziło wtedy o kradzieże numerów PIN do kart bankomatowych. Ryszard Piotrowski, nadkomisarz, w tej chwili jest na emeryturze. To on pomógł mi przy pierwszym zatrzymaniu Roberta I. Nie nadużywam znajomości. To był pierwszy raz, kiedy poprosiłem kolegę o pomoc. Sam przed sobą musiałem przyznać, że jej potrzebuję, musiałem się otworzyć.
Telefon dwa lata leżał na komendzie dlatego, że chodziło o kobiety, nie ma poparcia społecznego dla takich spraw czy nie chciało się nikomu połączyć kropek?
Wszystkie z tych rzeczy, o których powiedziałaś, są prawdziwe. Ale jest jeszcze jeden czynnik – toksyczne środowisko, która zabija pęd młodych, ambitnych policjantów. Na sprawy skomplikowane, wielowątkowe zawsze brakuje czasu, a w policji liczą się statystyki, liczby. Książkowy Cyja jest świetnym śledczym, ale takich jak on jest jak na lekarstwo. W drugim tomie opisujemy, jakie kłody rzucano mu pod nogi. W czwartym opiszemy historię nadużyć, których dopuszczała się komendantka Cyi.
Widzę w tym kolejny poziom gry. Zaproszenie mediów, seria książek, może serial – to przejęcie narracji. Wcześniej to Rak układał swoje scenariusze: uwiedzenie, oszukanie, zniszczenie. Z jego skryptów wynikało, że kobiety są łatwowierne i same sobie winne, policja – bezczynna, a on – najcwańszy. Odwracasz tę opowieść. Pomagasz zbudować rolę dobrego, upartego gliny, ekscentryka – Batmana, z zasadami. Podajesz dalej historię, w której to, że się komuś chce, że nie odpuszcza, że pomaga – jest fajne.
Oddaję tę opowieść, którą pokochałem jako chłopiec. Miałem wszystkie komiksy o Batmanie. Do dziś pamiętam dzień, w którym mi je ukradziono. Do audiobooka „Raka” wybrałem Marcina Popczyńskiego, aktora, który ma genialny głos. Tę książkę w dużej mierze kieruję do facetów, żeby zobaczyli, jaką rolę mają do odegrania. Może zainspiruje dwóch, pięciu podobnych mentalnie do mnie, którzy dadzą kobietom oparcie. Facet faceta boi się bardziej. Czasem nie można ustąpić i trzeba takiej kanalii powiedzieć coś dosadnie, i powinien to zrobić mężczyzna.
Ty znalazłeś swojego Cyję, ale chyba Rak też miał plecy i nie działał sam?
Czułem, że Rakowi ktoś musi pomagać. Ktoś przecież wziął udział w jego intrydze i mnie aresztował, próbował wrobić w dragi. Kto? Ta sprawa śmierdziała. Nie poprzestałem więc w swoim śledztwie na tropieniu tylko Raka. Wytropiłem każdego prawnika, każdą osobę, która pomagała tej kanalii niszczyć ludzi. No i znalazłem. Okazuje się, że Robert I. był nierejestrowanym współpracownikiem wydziału narkotyków. Chodził po imprezach, zbierał kompromitujące materiały i dostarczał je policji. Funkcjonariusz, który odbierał od niego te informacje, nie zarejestrował go jako operacyjne źródło. Złamał regulamin. Zadzwoniłem do niego.
Tej rozmowy można wysłuchać na YouTubie, na twoim kanale „Rak”. Policjant najpierw zaprzecza, a na koniec proponuje, żeby się jakoś dogadać. Domyślasz się dlaczego?
Wystraszył się. On nadal pełni swoją funkcję, jest naczelnikiem jednego z wydziałów komendy wojewódzkiej policji. W tej rozmowie zarzucił mi, że szukałem ścieżek dotarcia do Roberta I. po to, żeby go pogrążyć. Odpowiedziałem mu: „Pogrąża się ludzi niewinnych, a ja żądam sprawiedliwości”. Jeśli miałby wskazać efekt książki, to zainicjowałem we Wrocławiu proces czyszczenia w policji.
Robert I. został wreszcie prawomocnie skazany. W jakiej sprawie?
To sprawa z pierwszego tomu. Książkowa Aneta pożyczyła mu pieniądze. To silna, inteligentna babka. Mimo że ją uwodził, nękał, oszukiwał, spisali umowę, schowała ją tak, że Rak nie mógł jej znaleźć i sfałszować albo podmienić. Aneta wygrała, chociaż zapewne nie odzyska pieniędzy.
To sprawa z ponad dekady, czemu dopiero teraz wydano wyrok?
Sprawa została wniesiona do sądu w 2021 roku. Aneta też potrzebowała wsparcia. Dzięki temu, że zdecydowała się wnieść sprawę, mamy wyrok. Robert I. pójdzie do więzienia. Kolejne sprawy są w toku. Jest szansa, że z tego więzienia długo nie wyjdzie.
Ta historia to świetny materiał na serial. Będzie?
Tak, sześcioodcinkowy. Pierwsza propozycja dotyczyła dokumentu. Już dawno temu, zanim powstało polsatowskie „Państwo w Państwie”. Wtedy nie byłem na to gotowy, nie umiałem jeszcze opowiedzieć całej historii. Poza tym jak zaprosić przed kamery osoby, które doświadczyły tak wielkiej krzywdy? Które się boją? Pomyślałem więc, że najlepszą formułą będzie książka oparta na faktach, ale sfabularyzowana. Tak się stało, pisanie pozwoliło mi ułożyć sobie w głowie wydarzenia. Wtedy pojawiła się propozycja filmowa. Kocham kino, więc się zgodziłem.
To dopiero plany czy już działacie?
Podpisałem umowę z Jake Vision. Jesteśmy już na finiszu scenariuszowym i wchodzimy na plan. Dorota Kośmicka i Jan Kępiński to producencki duet, który tym zarządza. Janek zajmuje się kinem rozrywkowym, ma zmysł, świetnych operatorów, reżyserów, umie grać kamerą. Jest genialny w tym, co robi. Dorota Kośmicka od lat odpowiada za seriale. Zrobiła takie tytuły, jak „Rodzinka.pl”, „Kasia i Tomek”, ściągnęła wszystkie formaty komediowe do Polski, w tym obecnie „The Office”. Kośmicka i Kępiński to ludzie, którym można ufać. Mają sukcesy, nie widzę powodu, by im patrzeć na ręce, wtrącać się, co daje niesamowity komfort. Co więcej –Dorota - myślę, że się nie obrazi, jeśli to zdradzę – też przechodziła przez problemy ze stalkerem, z oszustem. Wie, co to znaczy.
Serial będzie bardzo różnić się od książki?
To bardzo ważne dla nas, by nie powtarzać książki, lecz stworzyć nową, opartą na niej historię. Brałem udział w castingu scenarzystów, rozmawiałem z nimi, wielu odrzuciłem. Byli tacy, którzy chcieli zmieniać okoliczności, np. pokazać inne społeczności niż środowisko bogatych ludzi. Proponowali też, by główny bohater był nauczycielem akademickim. Kolejne sugestie sprawiały, że historia stawała się coraz mniej prawdopodobna. Nie zgodziłem się na to. Dorota znalazła jednak w końcu świetną scenarzystkę. Spotkaliśmy się już kilkakrotnie. Tworzymy razem naprawdę dobry tandem – tak jak wcześniej z Nadią Szagdaj. Potrzebne jest męskie i żeńskie spojrzenie. A ona jest prawdziwą twórczynią, zostawi swój ślad, swoje interpretacje, to będzie też jej opowieść.
Pieniądze, ambicje, pokusy, intrygi… Podobno najwięcej rozwodów w Polsce biorą mieszkańcy warszawskiego Wilanowa…
Zgadłaś! fabuła serialu jest osadzona właśnie tam! Uciekliśmy od Wrocławia, chcieliśmy, by opowieść stała się bardziej uniwersalna. Poza tym będziemy mieć fajne zdjęcia, produkcja będzie szybsza. Wilanów jest inspirujący. Znajduje się tam kilka takich restauracji, gdzie przy każdym stoliku siedzi jakiś twórca filmowy. Dla mnie to też wielki komplement, że miejsca, w których powstają wielkie produkcje filmowe, wybrały mnie. Mam jednak świadomość, że aby przełożyć cztery tomy na sześcioodcinkowy serial, konieczne będą cięcia i selekcja materiału. Serial będzie więc bardziej duszny i kameralny, bliski emocjom, oddający grozę osaczenia, rosnącego strachu. Znajdzie się w nim mniej postaci. Na początku skupimy się tylko na kilku bohaterach, nie odsłaniając od razu całego planu.
Co z Batmanem?
Nie możemy oczywiście użyć Batmana. Nie wypłacilibyśmy się. Postanowiliśmy jednak dać Filipowi motocykl i charakterystyczny kostium.
W książce czasem zwracasz się do Cyi „szeryfie” – jego to irytuje, ale jest w tym pewna trafność. Świat nękania, szpiegowania, portali randkowych i internetu w ogóle wciąż przypomina Dziki Zachód. To przestrzeń, w której zasady i procedury dopiero się kształtują. Masz pomysł, co z tym zrobić?
Rozważam założenie fundacji, która dawałaby pomoc ofiarom takich przestępstw. Przetarliśmy szlaki. Jesteśmy wiarygodni. Możemy dać wskazówki i powiedzieć, jak się bronić, złożyć zeznania na policji, doprowadzić do uporządkowania sytuacji konfliktu z partnerem. Możemy ostrzegać, pokazywać, jak rozpoznać drapieżnika.
Tagi
Reklama
Lubisz GQ?
Włącz reklamy, by nas wspierać.
Czytaj więcej
Społeczeństwo
STATUS QUO: Świat w klatce. Podsumowanie ostatnich dni w polityce.
Moje pokolenie dorastało słysząc, że polityka to poważna sprawa. W tym tygodniu oglądaliśmy walki w klatce na trawniku Białego Domu, nacjonalistów przyklejonych do krzyża w Berlinie i przywódców państw kłócących się o selfie. Na Status Quo zaprasza Oliwier Starczewski.
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Jedno urządzenie dające komfort cały rok
Jeszcze kilka lat temu klimatyzator był traktowany wyłącznie jako praktyczny dodatek do mieszkania, który chłodził pomieszczenia. Dziś coraz częściej staje się też elementem aranżacji wnętrza. Na dodatek nie tylko chłodzi, ale także ogrzewa mieszkanie.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Nowe myśliwce, stare spory. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Na Status Quo mijającego tygodnia zaprasza Oliwier Starczewski.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Drony nad Petersburgiem i wybory nad Araksem. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Polska świętuje piętnaście tysięcy dzieci urodzonych dzięki in vitro, Ukraina świętuje pożar terminalu naftowego w Petersburgu, a Armenia jutro zdecyduje czy chce świętować z Europą czy z Moskwą.
Społeczeństwo
STATUS QUO: Tydzień jałowych sporów. Podsumowanie ostatnich dni w polityce
Na Status Quo mijającego tygodnia zaprasza Oliwier Starczewski.
Społeczeństwo
Z czego (nie) wypada się śmiać? Polskie poczucie humoru przez współczesną soczewkę
Dystans i humor potrafią zupełnie odmienić to, jak widzą nas inni. Mogą stać się też remedium (choćby tymczasowym) na codzienne bolączki i osłodzić nam rzeczywistość, ale czy chętnie korzystamy z ich siły? Czy jako Polacy potrafimy śmiać się z siebie, a żart traktować jako społeczny komentarz?
ARTYKUŁ PARTNERSKI
Społeczeństwo
Villa Bogoria – warszawski adres dla tych, którzy wybierają jakość życia
W samym sercu Warszawy, tuż przy Ogrodzie Krasińskich, powstaje inwestycja przypominająca miejską rezydencję. Villa Bogoria nie jest kolejnym apartamentowcem premium. To projekt dla ludzi przyzwyczajonych do najwyższych standardów.
Społeczeństwo
Partnerstwo, nie patronat. Nowe otwarcie współpracy afrykańsko-europejskiej na TOP CHARITY ChangeMAKERS 2026
W warszawskim Pałacu Zamoyskich odbyła się kolejna edycja TOP CHARITY ChangeMakers – wydarzenia, które połączyło światy polityki, biznesu, nowych technologii i filantropii, jednocześnie wzmacniając dialog między Europą Środkową a Afryką.